środa, 17 lipca 2013

[FF: Lucky Luke] Daltonowie rozdzieleni - cz.1

Sędzia Archer oparł brodę na jednej ręce, a palcami drugiej zaczął postukiwać w stół. Spojrzał zrezygnowanym wzrokiem na ławę oskarżonych, którą zajmowała czwórka aż nazbyt dobrze znanych mu braci Dalton. Najstarszy z nich (o dziwo! – również najniższy), Joe, uśmiechnął się do starego sędziego tym złośliwym uśmieszkiem, którym zatwardziali przestępcy częstują uczciwych obywateli, obnażając tym samym swoją zwyrodniałą naturę. Po chwili jego bracia skopiowali jego wyraz twarzy.

Ława przysięgłych właśnie opuściła salę obrad, aby się naradzić, ale sędzia Archer z góry znał wyrok. Był jednym z sędziów, którzy mieli wątpliwą przyjemność sądzić i skazywać Daltonów na kolejne lata ciężkich robót. To było jak jeden wielki młyn – Daltonowie uciekali albo wynajdywali jakiś podstęp, aby wydostać się z więzienia legalnie; dokonywali kilku przestępstw, następnie Lucky Luke (który siedział teraz gdzieś z tyłu) łapał ich w ten czy inny sposób, chłopaki zarabiali kolejne lata odsiadki, a po kilku spokojnych tygodniach czy miesiącach, i tak znów uciekali z więzienia. To, że lata, które musieli spędzić w więzieniu, osiągnęły już liczbę kilku wieków, nie robiło na tych zwyrodnialcach żadnego wrażenia. Wręcz śmiali się z takiej kary. Równie dobrze Archer mógł posłać ich do kąta i oczekiwać, że przemyślą swoje postępowanie.

Joe Dalton szturchnął łokciem siedzącego obok niego Williama, a ten szturchnął Jacka, który z kolei szturchnął Averella. Wszyscy trzej spojrzeli na swojego starszego brata, a on odezwał się do nich – szeptem, ale na tyle głośno, aby sędzia mógł go usłyszeć:

- Hej, chłopaki. Reakcja właściciela banku w Cactus Gulch na nasz widok była świetna, nie? „D-daltonowie! Tak szybko po wypłatę? Przecież odwiedziliście nas po waszej ostatniej ucieczce…”
Jego bracia zachichotali rubasznie.

- Myślał, że jego nowy sejf nas powstrzyma. Nie docenił naszych czterech lasek dynamitu – dodał po chwili William i Daltonowie znów wybuchli śmiechem.

- Przed wybuchem uciekał aż się kurzyło. Pobiegł do przedsiębiorcy pogrzebowego i schronił się w jego najlepszej trumnie, a on na to: „Dziękuję za wybranie mojego zakładu, no, ale najpierw musi pan umrzeć.” – Jack również wtrącił coś od siebie i jego bracia znów zarechotali.

- A wtedy wkroczył Lucky Luke, rozbroił nas jednym strzałem i powiedział: „Dwie godziny od ucieczki z kicia. Mój nowy rekord.” I zabrał nas do więzienia – odezwał się wciąż wesoły Averell.
Joe, William i Jack nagle przestali rechotać i spojrzeli w jego stronę. Joe wskoczył na stół i już miał rzucić się na brata, gotów go rozszarpać, ale William i Jack szybko go złapali i próbowali uspokoić.

- Puśćcie mnie, idioci! Muszę mu przywalić! – wrzeszczał.

- Joe, wyluzuj – powiedział William.

- Właśnie, wyluzuj, Joe – dodał Jack.

Widok złoszczącego się jak małe dziecko i próbującego wyrwać się z objęć swoich braci Joe był tak pocieszny, że sędzia Archer prychnął śmiechem. Inni świadkowie tego dziwnego widowiska również wyglądali na rozbawionych, a kilku z nich wybuchło nawet śmiechem, tylko rozjuszając Joego jeszcze bardziej. W końcu jednak Williamowi i Jackowi udało się sprawić, że Joe się opanował i usiadł grzecznie na swoim krześle. Z rękami założonymi na ramionach rozejrzał się po sali obrad i rzucił nienawistne spojrzenie na Lucky Luke’a, a potem na Averella.

- Jasna cholera, gdyby nie to, że jesteście moimi braćmi i że rabujemy razem banki, pewnie bym was ukatrupił – wymamrotał po chwili, ale echo i tak poniosło jego słowa na koniec sali.

Brew sędziego podniosła się nieznacznie i Archer zamyślił się przez chwilę. W jego głowie właśnie zaświtał pewien pomysł. A gdyby tak ich rozdzielić? Zawsze, do jakiekolwiek więzienia by ich nie wtrącono, dzielili razem celę. Joe knuł plan ucieczki, a potem wraz z braćmi wprowadzał go w czyn. Razem się ukrywali, razem rabowali banki, razem byli pakowani do więzienia… Cholera jasna, nawet na szubienicę wchodzili kolektywnie! Byli ze sobą zadziwiająco zgrani. Ale jeśli się ich rozdzieli, Joe nie będzie miał komu komenderować, a William, Jack i Averell nie wpadną na to, jak wydostać się z paki. Być może nawet z dala od swoich wpływów wyjdą na ludzi. Sędzia Archer nie mógł  wyjść ze zdumienia, że wcześniej o tym nie pomyślał… Że inni sędziowie i naczelnik więzienia o tym nie pomyśleli!

Ława przysięgłych weszła na salę obrad. Archer wodził za nimi wzrokiem, dopóki nie zasiedli na swoich miejscach.

- Czy ława przysięgłych ustaliła już wyrok? – Pytanie w sumie bezsensowne, ale formalności musiało stać się za dość.

- Tak. – Przewodniczący przysięgły powstał. – Ława przysięgłych uznała Daltonów winnymi zarzucanych im czynów.

Po tych słowach spoczął, a sędzia Archer przeniósł swój wzrok na oskarżonych, na twarzach których malował się wyraz znudzenia. Sędzia odchrząknął, wyprostował się i oświadczył głośno i wyraźnie werdykt:

- Joe, Averellu, Williamie i Jacku Dalton, skazuję was na kolejne dwadzieścia lat więzienia.
Na ich twarzach pojawiły się znów te złośliwe uśmiechy, a potem wszyscy trzej ostentacyjnie ziewnęli. Archer znów się wyprostował i poważnym tonem kontynuował:

- Ze względu na niereformowalność podsądnych sąd nakazuje umieszczenie każdego z nich w innym więzieniu – przerwał, aby sprawdzić ich reakcję.

Nagle ich miny zrzedły i na zarośniętych twarzach wymalował się najprawdziwszy szok. Sędzia Archer mógł łatwo odgadnąć, że żaden z nich nie dowierzał własnym uszom. Siedzący z tyłu Lucky Luke najwyraźniej również był zdumiony takim obrotem sprawy. A potem Joe Dalton, którego dolna warga drgała jeszcze przez kilka chwil, zaczerwienił się ze złości, stanął na swoim krześle, oparł ręce na stole i krzyknął:

- Kpisz sobie?! Bracia Dalton nie mogą zostać rozdzieleni!

- Właśnie! – wtrącił William, a Jack dodał:

- Rodziny się nie rozdziela!

- To nieludzkie! – dołączył się do protestu Averell.

Teraz to sędzia był tym, którego twarz rozpromieniła się w złośliwym uśmieszku.

- Niemniej jednak, panowie – ciągnął dalej – nie widzę innego sposobu, aby zapobiec waszym kolejnym występkiem, jak tylko was od siebie odseparować. Z dala od siebie nawzajem nie sprawicie nam więcej kłopotów. Możecie jednak do siebie pisać.

- Słuchaj no, stary idioto! – zaczął znów Joe, podnosząc do góry palec wskazujący. – Daltonowie nie będą męczyć się z układaniem zdań, przyklejać durnych znaczków i wysyłać do siebie idiotycznych kartek tylko po to, aby porozmawiać o tym, że żarcie jest do kitu, praca ciężka, a koledzy z celi przytępawi!

- Czy mówiąc to ostatnie miałeś na myśli tylko Averella, czy nas też? – spytał Jack. Joe natychmiast się do niego odwrócił.

- Oczywiście, że tylko Averella, idioci! I nie przerywać mi mojej płomiennej przemowy, bo zabiję! – zwrócił się znów do sędziego: – Tak czy inaczej, stara prukwo, nie rozdzielisz nas! Prędzej wepchnę ci tę twoją tandetną perukę do gardła i powieszę cię na wadzę Temidy, niż ci na to pozwolę!

Archer wysłuchał tej tyrady z beznamiętnym wyrazem twarzy, a kiedy Joe już skończył i jeszcze dyszał z wściekłości, sędzia wziął swój młotek i chłodnym tonem oświadczył:

- Nie może pan nic zrobić, panie Dalton. Wyrok już zapadł i nie zamierzam go zmienić, bo pan mi grozi. – Uderzył młotkiem w stół. – Koniec rozprawy. Proszę się rozejść.

Ludzie zaczęli podnosić się ze sowich miejsc i kierować w stronę wyjścia, ale wciąż wkurzony Joe pobiegł z gotowymi do rękoczynów dłońmi do sędziego, który na ten widok zamarł. Na szczęście drogę przeciął Joemu pocisk, który przeleciał mu tuż przed twarzą, sprawiając, że najstarszy z braci Dalton zbladł ze strachu. Dopiero wtedy – ku wielkiemu rozczarowaniu sędziego – strażnicy wkroczyli do akcji. Archer zaś odwrócił się w stronę swojego wybawcy.

- Dziękuję panu, Lucky Luke.

- Zawsze do usług. – Z uśmiechem na ustach kowboj zakręcił rewolwerem i jednym szybkim ruchem włożył z powrotem do kabury.

Kiedy jednak oglądał zabieranych z sądu Daltonów, miał nieodparte wrażenie, że to nie koniec, ale początek kłopotów.


Na czas załatwienia formalności związanych z przenosinami Daltonowie mogli spędzić jeszcze kilka dni razem w jednej celi. Następnego ranka po ogłoszeniu wyroku Joe spacerował z jednego końca pomieszczenia na drugi, podczas gdy jego bracia leżeli na dwupiętrowych pryczach i przyglądali mu się.

- Próbowali nas zreformować poprzez pracę, wyleczyć terapią, ożenić, a nawet powiesić, ale nigdy dotąd nikt nas nie chciał rozdzielić!

- Co zrobimy, Joe? – zapytał William.

- Będziemy walczyć – odparł Joe nawet się nie zatrzymując. – Jeżeli te kojoty myślą, że tak po prostu damy się wsadzić do czterech osobnych więzień, to się mylą.

- A co jeśli Lucky Luke się wtrąci? – spytał nagle Averell.

Joe nagle zamarł, a po chwili odwrócił się w jego stronę. William i Jack szybko zareagowali, każąc Averellowi się zamknąć, ale Joe i tak natychmiast się zaczerwienił i skoczył na niego. Na szczęście jego brat siedział na niższej z prycz, więc Joe wylądował na jego brzuchu. Złapał go za kołnierzyk i spojrzał mu w oczy rozwścieczonym wzrokiem.

- To go ukatrupimy i sprawa załatwiona.

- Ależ Joe… – zaczął Averell, jednak lewy sierpowy brata nie pozwolił mu dokończyć.

- Posłuchaj mnie, Averell: Choćbyśmy mieli stanąć do walki nawet z Lucky Lukiem, nie pozwolimy mu nas rozdzielić.
- Co zamierzasz zrobić, Joe? – zapytał Jack.

Najstarszy z braci Dalton zeskoczył na ziemię i spojrzał na pozostałych z uśmiechem.

- To co robimy zawsze: wykopiemy tunel i uciekniemy.
Na szczęście dla nich zostali umieszczeni w swojej starej celi. Toteż Joe podważył kafelek w podłodze, pod którym krył się wykopany przez nich poprzednim razem tunel, i odstawił go na bok. Wyglądało na to, że strażnicy zdążyli go już zakopać. Następnie wziął swoją łyżkę.

- Bierzmy się do pracy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz