wtorek, 23 lipca 2013

[FF: Lucky Luke] Daltonowie rozdzieleni - cz. 2

Lucky Luke przejechał nieśpiesznie przez Cactus Junction, rozglądając się po ulicy. Nasłuchiwał uważnie czy z jakiegoś sklepiku nie dochodzą typowe odgłosy napadu z bronią w ręku. Jednak po kilku minutach bezowocnych poszukiwań i rozmów z mieszkańcami, wydawało się, że tym razem najsłynniejsza obywatelka tego spokojnego i sennego miasteczka postanowiła dzisiaj nie ruszać się ze swojego małego domku. Luke nie wiedział, czy był to po prostu kaprys staruszki i nie słyszała ona jeszcze najnowszych wieści, czy też przeciwnie – fakt, że nie wychodziła oznaczał, iż już wiedziała. A co za tym idzie – nie był pewien, czy powinien tu przychodzić.

- Może nie będzie aż tak źle? – powiedział nagle. – W końcu, podobno ten jej rewolwer jest zardzewiały i nienabity.

- Wciąż wierzysz, że to nieszkodliwa staruszka, kowboju? – zapytał Jolly Jumper. – To przecież kobieta, która wydała na świat Daltonów.

Nareszcie opuścili Cactus Junction i znaleźli się na prerii, gdzie kilka metrów dalej stał niewielki, drewniany dom z różową dachówką i kominkiem. Na ganku znajdował się zielony bujany fotel, a przy prawej ścianie – pieniek do ciosania drewna z wbitą weń siekierą. Kiedy Luke był już na miejscu i zszedł z Jolly’ego, aby przywitać się z Mamuśką Dalton, drzwi się otworzyły i z domu wyskoczył czarny kocur z białym podbrzuszem. Na widok nieznajomych zjeżył się i prychnął na nich wrogo.

- Mruczuś jak zwykle towarzyski – stwierdził Luke, pozwalając sobie na uśmiech.

- Przynajmniej nie ma tu Bzika. Patrzenie jak ten idiota dostaje łomot od kota byłoby żenujące – skomentował beznamiętnie Jolly.

Niebawem w drzwiach stanęła sama gospodyni – niska kobieta w niebieskiej sukience, kuchennym fartuchu i w białym czepku na głowie. Jej twarz, choć pozbawiona typowego zarostu i długich, cienkich wąsów, łudząco przypominała aż nazbyt znajome Lucky Luke’owi cztery facjaty. Kobieta, która urodziła i wychowała Joe, Williama, Jacka i Averella; która była gotowa poruszyć niebo i ziemię, aby uratować swoich synów przed stryczkiem. I mimo tego, że Luke raz po raz pakował jej dzieci do więzienia, nie traktowała go jak wroga, tylko jak zwykłego znajomego.

- Witam, pani Dalton – przywitał się pierwszy, ściągając kapelusz.

- Witaj, Luke – powiedziała, uśmiechając się przyjaźnie. Nagle jednak spoważniała, a następnie zamknęła drzwi na klucz. – Wybacz, ale muszę coś załatwić.

Zrobiła krok do przodu, aby następnie zeskoczyć na ziemię i pójść przed siebie. Patrząc jak starsza pani się oddala, Luke zauważył zawieszoną na ramieniu staruszki parasolkę z charakterystyczną rączką w kształcie głowy kaczki; i trzymaną w ręku zieloną torebkę. Kowboj wskoczył na swojego konia i natychmiast ruszył za Mamuśką Dalton.

- Wyprawa po zakupy, pani Dalton? – spytał domyślnie.

- Nie, do dyliżansu – odpowiedziała. Teraz jej twarz przybrała wyraz determinacji. – Chcę pogadać z tym sędzią, który śmiał rozdzielić moich synków.

- A więc słyszała pani?

Spojrzała w jego stronę, a potem znów przed siebie, cały czas idąc.

- A ty zapewne przyszedłeś tutaj, aby mi o tym powiedzieć?

- W zasadzie to przyszedłem sprawdzić, czy pani słyszała, czy nie – wyjaśnił. – A jeśli tak, to co pani o tym myśli.

- A co mam myśleć? Moi synkowie zostaną całkiem sami w tym okrutnym świecie, zdani na łaskę i niełaskę losu. Dotąd mieli Joego, aby czuwał nad nimi i dbał o to, aby nie ulegli złym wpływom, ale teraz… Aż strach pomyśleć, co mogą im zrobić w tych więzieniach. Mogą ich nawet… – Nagle Mamuśka Dalton się zatrzymała i wydała z siebie westchnienie grozy. – Mogą ich nawet zreformować.

Zaraz jednak musiały jej przyjść do głowy jakieś pocieszające myśli, bo uśmiechnęła się i zaczęła iść dalej. Chwilę potem byli już na miejscu, z którego zwykle wyjeżdżały dyliżanse w Cactus Junction. Pani Dalton usiadła na ławeczce, położyła torebkę obok i oprawszy się oburącz na parasolce spojrzała z uśmiechem na Luke’a.

- Ale to jeszcze nie koniec – odparła. – Joe nie dopuści do tego, żeby oddzielono go od Averella, Jacka i Williama. Znasz go przecież, Luke. Ma temperament swojego ojca.

Luke nie wiedział co powiedzieć, ale i tak z oddali nadciął właśnie dyliżans, więc samotny kowboj skierował Jolly’ego w przeciwną stronę i powiedział do Mamuśki:

- Życzę szczęścia z sędzią, pani Dalton.

Podziękowała mu, a on ruszył w drogę, którą znał aż nazbyt dobrze. Miał mnóstwo czasu na refleksję, jadąc do więzienia, i nie krępował się dzielić tymi refleksjami ze swoim wiernym towarzyszem.

- Naprawdę chciałbym poznać ich ojca. Skoro Joe odziedziczył po nim temperament, staruszek musiał być niezłym furiatem.

- Ich rodzinne posiłki musiały wyglądać interesująco – skomentował Jolly. – Założę się, że Jack i William dość często mówili: „Wyluzuj, tatuśku.”

- Musisz przyznać, Jolly, że to bardzo osobliwa familia. Inne rodziny wybierają się na pikniki albo na ryby. Daltonowie integrują się poprzez wspólne napady na banki. Może rzeczywiście rozdzielenie ich to dobry pomysł? Może z dala od siebie wyjdą wreszcie na ludzi?

- Albo zaczną kariery solowe i będziesz musiał łapać każdego z osobna.

- Z drugiej strony sam pomysł wydaje mi się trochę zbyt… drastyczny. To nie jest jakiś tam gang przypadkowych ludzi, tylko czterej bracia. Większość swojego życia dotąd spędzali razem. To musiał być dla nich cios. Chyba sami nie wyobrażają sobie życia bez siebie… – Westchnął ciężko. – Sam nie wiem czemu się o nich martwię. Od momentu, w którym spotkałem ich po raz pierwszy, próbowali mnie zabić. Ciągle robią mi różne numery i muszę ich prowadzić z powrotem do więzienia. To bandyci jak wszyscy inni.

- Może po prostu są tak nieporadni i głupkowaci, że wydają ci się uroczy? A może po prostu znacie się tyle lat, że zacząłeś darzyć ich sympatią? Osobiście obstawiam pierwszą opcję.

Na horyzoncie pojawił się właśnie zarys więziennej bryły osadzonej na kompletnym pustkowiu.

- Jakoś wszystkie eksperymenty resocjalizacyjne przeprowadzone na Daltonach nigdy nie zdają egzaminów. Okres próbny skończył się tym, że obrabowali swój własny bank i wprowadzili terror w miasteczku. Terapia z kolei poskutkowała tym, że zamiast sprowadzić ich na dobrą drogę, terapeuta się do nich przyłączył. Nie mówiąc już o resocjalizacji w wojsku i na ranczu. Dlaczego mam wrażenie, że teraz też tak będzie? – powiedział uśmiechając się lekko, ale zaraz spoważniał. – Tylko gorzej.

- W każdym razie będzie wesoło, kowboju. Tak jak zawsze.

Niebawem zatrzymali się kilka metrów przed główną bramą. Nagle tuż przed nimi wyskoczyła z ziemi brudna łyżka, potem przebiła się ręka, która zaczęła rozkopywać grudki gleby na boki, tworząc wielki otwór i wkrótce wychynęła zeń głowa Daltona. Na widok Luke’a, natychmiast poczerwieniała, zdradzając tożsamość swojego właściciela. Luke uśmiechnął się lekko i przywitał się swoich zwykłym tonem:

- Cześć, Joe.

Joe zawarczał z wściekłości i od razu rzucił się na kowboja, ale zaraz pojawili się Jack i William i ściągnęli go z powrotem do dziury.

- Wyluzuj, Joe – powiedział William, a Jack dodał:

- Właśnie, wyluzuj, Joe.

- Możecie już wyjść, chłopaki? – Z głębi zabrzmiał głos Averella. – Trochę tu ciasno.

- Zamknij się, Averell! – wykrzyknęli wszyscy trzej.

A potem po kolei wygrzebali się na powierzchnię i stanęli przed Lukiem, który tylko przyglądał im się z uśmiechem.

- Czego chcesz, Lucky Luke? – odezwał się pierwszy Joe.

- Chciałem was odwiedzić, chłopcy – odparł beztrosko.

- Kpisz sobie?! – wykrzyknął Joe.

Ale zanim doszło do rękoczynów, Jack i William od razu zainterweniowali, chwytając go jednocześnie za ramiona. Zaczął się miotać i krzyczeć, żeby go puścili, a oni jak zwykle mówili mu, żeby się uspokoił, co zdawało się działać – po kilku sekundach odzyskał panowanie nad sobą. Rzucił jednak Luke’owi chłodne spojrzenie.

- Joe, co robimy? – zapytał Averell. – Lucky Luke nie da nam odejść. Wracamy do więzienia?
Joe podskoczył i uderzył brata w brzuch.

- W żadnym razie. Pokonamy go i ruszamy dalej.

Luke spoważniał.

- A dokądże chcecie się wybrać?

- Jeszcze nie wiemy. Joe nam nie powiedział – odpowiedział Averell.

- Może lepiej nie podejmować żadnych pochopnych decyzji? – zaproponował Luke. – Wasza matka wyjechała właśnie, aby spotkać się z sędzią Archerem i przemówić mu do rozsądku. Możecie zniweczyć jej wysiłki, jeśli teraz uciekniecie.

Przez jakiś czas wyglądali jakby rozważali to, co przed chwilą usłyszeli, i Luke miał wrażenie, że ten argument wystarczy, aby powrócili grzecznie do swojej celi. Zaraz jednak na ich twarzach pojawiła się determinacja.

- Ale jeśli zostaniemy, rozdzielą nas – oświadczył Joe.

- Umieszczą w czterech różnych więzieniach – dodał William.

- I będziemy musieli do siebie pisać – wtrącił Averell.

- Wiesz jaki to dla nas wielki wysiłek intelektualny? – odparł Jack.

- Tak więc za żadne skarby nie wrócimy do więzienia. Będziesz musiał nas zabić – oznajmił Joe i wszyscy czterej założyli ramiona.

W końcu na szczycie murów więziennych pojawił się zaaferowany zamieszaniem przed bramą naczelnik więzienny, wraz ze swoimi strażnikami. W pierwszej chwili na jego twarzy zagościło zdumienie, ale potem ustąpiło ono miejsca uśmiechowi ulgi.

- Panie naczelniku, co robimy? – spytał jeden ze strażników.

- To co zawsze – odparł. – Czekamy, aż Lucky Luke ich tutaj przyprowadzi.

Luke przewrócił oczami nad lenistwem naczelnika i natychmiast przeniósł wzrok na Daltonów.

- Panowie, was jest czterech, nieuzbrojonych więźniów. Ja jestem jeden, ale mam kolta i tak się składa, że strzelam szybciej niż mój własny cień. Jak myślicie, kto wygra?

- Znasz nas całe lata, Lucky Luke, i myślisz, że twoje groźby zrobią na nas wrażenie? – spytał Joe, i wszyscy czterej uśmiechnęli się złośliwie.

Ale Luke był spokojny. Albowiem – jak zauważył najstarszy z Daltonów – znał ich całe lata. Tak się też składało, że znał również rozkład dnia w więzieniu. Podniósł wzrok na naczelnika i strażników i powiedział do nich:

- Dzisiaj jest puree z brokułów, prawda?

Joe, Jack i William wzdrygnęli się i spojrzeli na swojego młodszego brata. Averell najpierw się oblizał, a potem jego twarz rozpromienił błogi uśmiech.

- Tak, prawda – przyznał naczelnik. – A do tego zupa fasolowa.

Averell natychmiast dał nura do tunelu. Joe, Jack i William skoczyli za nim i wyciągnęli go z powrotem na powierzchnię. Joe szybko wymierzył mu policzek, a potem on i jego bracia zaczęli uciekać przed siebie w stronę bezkresnej pustyni. Nie przebiegli jednak kilku metrów, a pętla lassa złapała wszystkich czterech Daltonów i mocnym szarpnięciem Lucky Luke zmusił ich do powrotu do więzienia.

Nie mieli wyboru. Musieli wracać. Joe poczuł przytłaczającą go beznadzieję tej sytuacji. Nie mieli broni, nie mieli jak się wydostać z pętli, nie mieli szans. Nawet gdyby spróbowali teraz uciec, Lucky Luke zapewne znalazłby inny sposób, aby ich schwytać. Kiedy wpuścili ich znów do więzienia; kiedy poprowadzili ich długim, ciemnym korytarzem; kiedy zamknęli wszystkich czterech w nowej celi na trzecim piętrze, aby poczekali tam na przybycie ludzi, którzy mieli ich rozdzielić, Joe nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jeśli zaraz czegoś nie wymyśli, stanie się coś złego. Jednakże nie był w stanie nic wymyśleć. Miał pustkę w głowie. Obecność Lucky Luke’a, który najpierw towarzyszył im do celi, a potem usiadł obok wejścia do niej, aby ich przypilnować, nie pomagała w skupieniu.

- Zamorduję cię, Lucky Luke! Zapłacisz za to!

- Tak, tak. – Groźby Joego zdawały się nie robić na kowboju wrażenia. Luke siedział sobie spokojnie obok drzwi i nasłuchiwał tego, co działo się w środku. – Pamiętaj, że mogę zawsze zaproponować naczelnikowi umieszczenie was w czterech różnych izolatkach. Chyba chcesz spędzić te kilka godzin z braćmi, zanim ich zabiorą?

Przez chwilę trwało milczenie, jakby Daltonowie nagle spotulnieli.

Luke poczuł się nieswojo. Bo też w istocie to mogły być ostatnie godziny Daltonów siedzących razem w jednym pomieszczeniu. To wszystko było takie dziwne…

- Spróbujcie odpowiednio spożytkować ten czas – powiedział po chwili. – Wkrótce będziecie mogli tylko do siebie pisać.

- Myślisz, że my, najgorsi bandyci na Zachodzie, będziemy tak po prostu czekać?! – wykrzyknął Joe. – Jeśli będzie trzeba przegryziemy kraty i uciekniemy. Nie będziemy siedzieć tutaj jak owce na rzeź!

- Przesadzasz z tą metaforą, Joe  – odparł beznamiętnie Luke, chociaż z jakiegoś niezrozumiałego powodu czuł niepokój. – Nie chcą was przecież powiesić.

- A skąd wiesz, czy los, który nam gotują, nie będzie gorszy od śmierci? – tym razem odezwał się Jack.

- Poradzicie sobie. Jesteście najgorszymi bandytami na Zachodzie, prawda?

- Ty nic nie rozumiesz – powiedział William.

- Dlaczego miałbyś zrozumieć? – zapytał oschle Joe. – Nigdy nie miałeś rodzeństwa.
Mógłby im powiedzieć o swoich wątpliwościach. Mógłby im powiedzieć co myśli o wyroku sędziego Archera. Mógłby im podsunąć jakieś rozwiązanie ich obecnej sytuacji. Mógłby ich pocieszyć, mówiąc, że na końcu pewnie i tak znów się ze sobą połączą. Ale wiedział, że cokolwiek powie, oni mu nie uwierzą (no, może poza Averellem, a on i tak miał kiepską siłę przebicia). Za często ich zwodził. Za często pakował ich do więzienia. Za często był tym, który krzyżował im plany. Dlaczego niby mieliby wierzyć, że jest po ich stronie? Że chce im pomóc? To w końcu on doprowadził do śmierci ich kuzynów.

I czy był sens im pomagać? Czy był sens litować się nad ich losem? No więc mieli zostać rozdzieleni i co z tego? To nie było to samo, co decyzja prezydenta o powieszeniu ich. Wtedy było Luke’owi żal Daltonów. Wtedy miał wrażenie, że nie zasłużyli sobie na taki los. Teraz… teraz nie wiedział co myśleć. Zawsze uważał, że Averell miałby spore szanse, aby stać się porządnym człowiekiem, gdyby Joe, Jack i William zostawili go w więzieniu i nie ciągali za sobą. Być może nawet Jack i William wyszliby na ludzi, gdyby nie Joe. Być może rzeczywiście rozdzielenie ich było najlepszym rozwiązaniem problemu z gangiem Daltonów.

Ale z drugiej strony Luke miał nieodparte wrażenie, że to nie był dobry pomysł.

No nic. Czas pokaże. Trzeba było na razie obserwować dalszy rozwój wypadków i dopiero wtedy zdecydować, po której stronie się opowiedzieć.

Czekanie na przybycie ludzi z innych więzień było dla Daltonów mordęgą, mimo że Joe spędził całą noc i pół następnego dnia chodząc po celi uporczywie poszukując jakiegoś rozwiązania zaistniałej sytuacji. Cały jego wysiłek intelektualny poszedł jednak na marne i oto późnym popołudniem do więzienia przybyli strażnicy z trzech więzień, do których mieli zostać przetransportowani William, Jack i Averell (Joe miał pozostać w więzieniu, w którym obecnie przebywali).

W korytarzu rozlegały się kroki ciężkich butów co najmniej dziesięciu ludzi. Daltonowie popatrzyli na siebie i wiedzieli, że właśnie nadchodził ten moment, którego się bali. Poczuli jak coś ścisnęło ich za gardła, a oczy zaszkliły im się od łez, które chciały być wylane, ale bandyci byli zbyt twardzi, aby im na to pozwolić. Niebawem zostaną rozdzieleni. Jeśli czegoś nie zrobią, jakoś temu nie zaradzą – być może nigdy się już nie zobaczą. Jednak im głośniejsze były kroki obcych, tym bardziej nie wiedzieli co robić.

- Spróbujmy chociaż stawiać opór – powiedział Joe. – Tylko to nam pozostało.

Siedzący przed celą Luke przyglądał się idącym w jego stronę przybyszom i nawet nie drgnął. Prawdę mówiąc spodziewał się, że przybędą jeszcze później. W końcu od pamiętnej rozprawy minął zaledwie tydzień. W każdym razie teraz każde z tych więzień będzie miało swojego własnego Daltona i będzie się musiało z tym Daltonem użerać. Czy to będzie trudne zadanie, czy nie; czy będzie to koniec jego ciągłych pogoni za niesfornymi braćmi; i czy to w jakikolwiek sposób pomoże – kto to wie? Luke miał jednak złe przeczucia.

Podniósł się z krzesła, na którym siedział, a naczelnik osobiście otworzył przybyszom celę z Daltonami. Najpierw wkroczył jakiś wysoki, chudy jak szkapa mężczyzna z bokobrodami, w towarzystwie dwóch obcych strażników.

- Który z panów do William Dalton? Przybyliśmy zabrać go do więzienia w Yumie.

Daltonowie nie odzywali się, tylko uśmiechnęli złośliwie. Zawsze był problem z rozróżnieniem Jacka od Williama. Nie wyróżniali się aż tak bardzo swoimi osobowościami jak ich młodszy i starszy brat, więc dla wielu pozostawali jedną wielką niewiadomą. Toteż trudno było określić który jest który. Tak więc była nadzieja, że Daltonom się uda. I zamierzali milczeć jak grób.
Zaraz jednak ich nadzieja prysła, kiedy strażnik, który zwykle pilnował ich celi, wszedł do środka i wskazał palcem Williama.

- Tego zawsze nazywają William – wyjaśnił krótko i odszedł na bok.

Strażnicy z Yumy natychmiast przystąpili do Williama i chwycili go za ramiona, ale Jack, Joe i Averell  również go złapali i nie zamierzali oddać. Z całych sił starali się zatrzymać brata w celi. Szybko jednak do środka weszli pozostali strażnicy. Uderzyli Joe, Jacka i Averella w głowy i korzystając z ich chwilowego oszołomienia, odczepili od Williama, który natychmiast został wyprowadzony z celi, chociaż również stawiał zaciekły opór – cały czas próbował bezskutecznie wyrwać się z objęć strażników.

- Zrób coś, Joe! – krzyczał i nawet odwrócił się w stronę brata. – Błagam cię, zrób coś!

Joe rzucił się na pomoc, ale natychmiast został zatrzymany przez dwóch strażników, którzy złapali go za ramiona i unieruchomili. Wciąż krzyczący i wyrywający się William został wyprowadzony z celi. Do środka wszedł kolejny mężczyzna, tym razem niski, w średnim wieku, gruby.

- Przyszedłem po Jacka Daltona. Mamy go eskortować do więzienia San Quentin.

- To ten – wskazał po raz kolejny strażnik Daltonów.

Sytuacja znów się powtórzyła – strażnicy przystąpili do Jacka, a jego bracia próbowali uniemożliwić im wyciągnięcie go na zewnątrz. Tym razem jednak natychmiast zostali unieruchomieni i wciąż odczuwali skutki uderzenia w głowę. Jack został wyprowadzony przez dwóch strażników, twarzą do celi.

- Puśćcie mnie! Joe! Joe!

Po chwili w celi było już tylko dwóch Daltonów. A ponieważ nie trudno było zgadnąć który z nich to Joe, a który Averell, niski mężczyzna o wielkiej, okrągłej głowie kazał swoim ludziom schwytać najmłodszego z braci Dalton.

- Ale mnie się tu podoba! Zostawcie mnie w spokoju! Joe, powiedz im coś!

- Spokojnie. Jestem pewny, że więzienie w Sundance ci się spodoba – odparł niski mężczyzna.
Joe z całych sił próbował się wyrwać z uścisku  strażników, ale mógł tylko patrzeć bezsilnie jak ostatni z jego braci opuszcza celę. Na korytarzu słyszał jeszcze rozpaczliwe krzyki Averella, który wołały go i błagały o interwencję. Kiedy wreszcie ucichły; kiedy wreszcie został uwolniony z uścisku strażników i kiedy drzwi celi zamknęły się z łomotem, Joe miał silniejsze niż kiedykolwiek poczucie przegranej. Nigdy wcześniej smak porażki nie smakował tak potwornie gorzko. Nigdy wcześniej nie miał wrażenia, że zawiódł. Żadne dotychczasowe niepowodzenie nie mogło się równać z tym, że nie zdołał uchronić swoich braci przed rozdzieleniem.

Teraz był sam, w ciemnej i zimnej celi, i pierwsze co zrobił, to walnął pięścią w kamienną ścianę. Ręka natychmiast spuchła i posiniała, a nerwy zarejestrowały ból. Joe zaczął skakać z wściekłości po celi, wykrzykując przekleństwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz