sobota, 6 lipca 2013

10 najlepszych odcinków "Nowych przygód Lucky Luke'a"

Uwaga! Tekst jest stary i nawet po mojej edycji może zawierać spoilery. Być może uda mi się niebawem napisać listę najlepszych komiksów, choć niczego nie obiecuję.

Dawno, dawno temu, w nie tak znowu zamierzchłych czasach nieistniejący już kanał Fox Kids (a także późniejszy Jetix) puszczał w eter serial animowany, znany jako Nowe przygody Lucky Luke’a. Dla wielu był to powrót do dzieciństwa, a zarazem ujrzenie Lucky Luke’a w zupełnie nowej jakości (spotkałam się nawet ze stwierdzeniem, że jest to lepszy serial od tego z lat osiemdziesiątych). Był całkiem nieźle narysowany (proszę zwrócić uwagę na każdą scenę, w której Luke strzela z kolta), historie nie odbiegały klimatem od komiksowego pierwowzoru, a przewijające się postacie były interesujące i ładnie zarysowane. Obecnie serial można znaleźć w internecie, choć wiele z odcinków dostępnych jest tylko po angielsku albo francusku.

W ramach mojej „fazy” na wszystko, co związane z wyżej wymienionym bohaterem, postanowiłam ułożyć listę najlepszych odcinków Nowych przygód Lucky Luke’a. Dodam, że jest to lista subiektywna. Każda z poniższych pozycji wywarła na mnie jakieś pozytywne wrażenie i postaram się uzasadnić taki wybór odcinków, a nie inny.

Panie i panowie, proszę pochować kolty, przywiązać konie, poskręcać skręty, splunąć do spluwaczek, zamówić whisky i usiąść wygodnie, bo oto 10 najlepszych odcinków Nowych przygód Lucky Luke’a według RedHatMeg.

Miejsce 10: Daltonowie wśród Indian
Mimo że odcinek ma w tytule Daltonów i chłopaki rzeczywiście grają w nim całkiem dużą rolę, akcja koncentruje się właściwie wokół plemienia Po Staremu, a konkretnie – wokół wodza tegoż plemienia i jego dwójki dorosłych dzieci. Ów wódz jest bardzo przywiązany do tradycji i oczekuje, że jego syn, Tańczący z Rondlami, przejmie po nim sukcesję, a jego – cokolwiek puszysta – córka znajdzie sobie męża. Problem polega na tym, że syn woli być kucharzem niż wodzem, nie mówiąc już o tym, że nie specjalnie pali się ani do polowania ani do walki. Z kolei córka nie znajduje żadnego dobrego kandydata na męża (do czasu, oczywiście) i – w przeciwieństwie do brata – chce być wodzem, ale ze względu na swoją płeć nie może.

I choć Joe ratuje życie Tańczącego z Rondlami i przez ten fakt Daltonowie stają się członkami plemienia; choć próbują napadać na dyliżanse uzbrojeni w łuki i strzały, a potem – kiedy Luke również ratuje Tańczącego z Rondlami – zdobyć jego kolta, to i tak w ostateczności chodzi o te trzy postacie – wodza, który uparcie tkwi przy postępowaniu tak jak „od zarania dziejów”; jego syna, którego pasja nie jest aprobowana przez ojca; i córki, która jest w gruncie rzeczy twardą babką. W porównaniu z wieloma innymi, raczej mało wyrazistymi postaciami Indian w szeroko pojętej fikcji, ta trójka ma odbiegające od stereotypu osobowości.

Koniec jest w sumie łatwy do przewidzenia, ale i tak ogląda się go z przyjemnością.

Miejsce 9: Decydujący świadek
W tym odcinku Lucky Luke musi zaprowadzić niejakiego Tinnibootsa, profesora ślimakologii z Nowego Jorku, do miasta Saint Bob, aby zeznawał przeciwko pewnemu, dotąd wymigującemu się ręce prawa, bandycie, znanemu jako Bang Bang Chichot. Problem w tym, że po pierwsze – na Tinnibootsa czyha płatny zabójca; po drugie – sama wyprawa przez prerię jest dość niebezpieczna. Tinnibootsowi towarzyszy jego żona Minnie, która podchodzi do całej sprawy bardzo spokojnie, a wręcz optymistycznie. Podróż do Saint Bob można streścić w taki sposób: Luke i Tinnibootsowie ukrywają się w pociągu wojskowym, przebrani (no cóż, przynajmniej panowie) za żołnierzy, ale w wyniku pewnego nieporozumienia, zmuszeni są wyskoczyć z pociągu. Dowódca bierze ich za dezerterów i rusza za nimi w pościg. Potem nasi uciekinierzy korzystają z zamieszania spowodowanego przez spotkanie rzeczonego dowódcy i płatnego zabójcy, aby zejść im z oczu, odkryć nowy gatunek ślimaka, trafić w ręce Indian czczących ślimaki.

I znów właściwie najmocniejszym aspektem tego odcinka są postaci, a konkretnie Minnie Tinniboots. O ile sam profesor ciągle narzeka, ciągle jest chory, ciągle się czegoś boi i w zasadzie jest jednym wielkim marudą, o tyle jego żona zachowuje zimną krew, stara się go podtrzymać na duchu, i poniekąd trudno ją zniechęcić. Co więcej, ma w sobie coś z matki. Do swojego męża i wielu napotykanych po drodze mężczyzn zwraca się jak do małych dzieci. Kowbojów w napotkanym odludziu poucza o higienie, do zagniewanego wodza Indian mówi z uśmiechem coś w stylu: „Ojej, wodzu, co się stało? No, już, już. Powiedz nam.” (reakcja wodza też jest dość dziecinna – mężczyzna nagle wybucha płaczem i przez łzy wyjaśnia powód swego gniewu); do swojego męża mówi: „Pamiętaj: każda niewygoda ciut wzrostu ci doda.” Mimo wszystko ma ona o wiele większe jaja niż on.

Tinnoboots zaś kiedy tylko zajmuje się swoją nauką, nagle zapomina o niewygodach, upale, a także o tym, że ścigają go dwaj próbujący go zabić faceci, i poświęca się badaniom nad ślimakami. W ostatecznym rozrachunku to on ratuje siebie, żonę i Luke’a przed śmiercią z rąk Indian, zdobywając zaufanie czerwonoskórych. Jest zafascynowany tym, że ślimak może przeżyć na prerii i zbadanie tego fenomenu stawia wyżej niż swoje życie i bezpieczeństwo. Można go nie lubić za jego ciągłe narzekanie, ale nie jest tak do końca bezużyteczny.

Na końcu widzimy jak nabiera pewności siebie i postanawia pozostać na prerii, aby kontynuować badania nad znalezionym przez siebie ślimaku.

Miejsce 8: Dalton dobroczyńca
W tym odcinku Daltonowie po raz kolejny uciekają z więzienia, ale tym razem Joe wpada na błyskotliwy pomysł, aby ukryć się w stanie Utah, gdzie gang Daltonów nie jest znany ani tym bardziej nie będzie tam ścigany. Na podobny pomysł wpada oszust, wykorzystujący dobroczynność do zarabiania pieniędzy i uciekający właśnie przed stróżami prawa. Spotkawszy go, odkrywszy, że wiezie ze sobą beczkę pieniędzy i dowiedziawszy się, że ludzie sami dają mu forsę, Daltonowie postanawiają się z nim sprzymierzyć i wypróbować nowy sposób zarabiania w najbliższym mieście. A mają na czym pracować, bo ludzie w tymże mieście – a zwłaszcza pewna młoda dziewczyna – chętnie angażują się w dobroczynność.

Mamy tutaj motyw dwóch rzezimieszków, którzy chwilowo współpracują ze sobą, ale zamierzają w odpowiednim momencie przechytrzyć tego drugiego i uciec z pieniędzmi, kiedy tylko osiągną swój cel (w tym przypadku: kiedy beczka napełni się po brzegi forsą). Sam oszust, z którym sprzymierzyli się Daltonowie, ma szeroki, śnieżnobiały uśmiech, jest sprytny i potrafi przekonać tłum do składania datków niemal na każdą, choćby największą bzdurę (na przykład na „biednych” ludzi z Francji). Inna sprawa, że sama panienka, którą spotykają, wydaje się być zbyt naiwna i dobroduszna, żeby zobaczyć co się dzieje. Wręcz ma się wrażenie, że oszust z nią flirtuje, a ona wierzy w każde jego słowo.

Tak jak zwykle w tego typu opowieściach kłamstwo nie popłaca, a ludzie z miasteczka uczą się, aby uważać na oszustów.

Miejsce 7: Duchy i kobzy
Tytuł tego odcinka sugeruje raczej opowieść o nawiedzonym, szkockim zamczysku i poniekąd tak jest. Lucky Luke przybywa do miasta, gdzie rządzi niejaki O’Rety. Kiedy tylko nasz bohater wkracza do saloonu, spotyka tam pewnego Szkota, z którym – przez siedzącego przy sąsiednim stoliku O’Rety – stacza walkę. Koniec końców Szkot stwierdza, że go lubi (bo lubi każdego, z kim stoczył porządną bójkę) i zaprasza go do siedziby swego klanu, którą jest… najprawdziwszy w świecie zamek pośrodku prerii. Po spotkaniu z przywódcą klanu McCloudów, okazuje się, że przybył on dawno temu w te strony, poczuł „powiew Szkocji” i postanowił przenieść rodowy zamek do Stanów. Niestety – jak twierdzi – przywiózł ze sobą również rodowego ducha.

Luke spędza z McCloudami trochę czasu jako ich gość. Tymczasem pokojowi dotąd Indianie mieszkający między miasteczkiem a zamkiem nagle otrzymują od swojego wielkiego ducha rozkaz zaatakowania McCloudów. Również sami Szkoci są nawiedzani przez tajemniczą zjawę, która zagrzewa ich do walki. Luke, który nie wierzy w duchy, oczywiście dochodzi do wniosku, że coś tu śmierdzi i postanawia mieć oko na Indian, McCloudów i mieszkańców miasta.

Intryga jest w zasadzie przewidywalna i w sumie pozostaje nam tylko odkryć motyw sprawcy. Sami Szkoci i ich kultura są w tym odcinku przedstawione dosyć stereotypowo. Chłopaki lubią się bić, dziwnie mówią, jedzą brzmiące niezbyt apetycznie rzeczy, a jedyna kobieta w ich gronie ma wąsy. Dlaczego więc ten odcinek mi się podoba?

Tym razem jest to kwestia polskiego tłumaczenia. Tak, tłumacze odwalili przy tym odcinku kawał dobrej roboty. Dotąd dość często obecny w anglojęzycznych produkcjach szkocki sposób mówienia był nieprzetłumaczalny na język polski. Tutaj zaproponowano nam pewne, w sumie bardzo sensowne rozwiązanie – przełożono szkocki akcent na góralską gwarę. Zważywszy na to, że Szkoci w kiltach to właśnie górale, jest to interesujące rozwiązanie, na które warto zwrócić uwagę, oglądając Duchy i kobzy.

Miejsce 6: Zakazana miłość
Mamy tutaj stary i, wydawałoby się, wytarty schemat. Dwoje kochających się ludzi – biała kobieta i indiański mężczyzna – próbuje za wszelką cenę być razem, ale ich rodziny chcą ich rozdzielić, aż w końcu kochankowie uciekają, aby wziąć ślub. Zapewne powiecie: „Głupie i sztampowe.” Z tym, że tym razem zamiast standardowej pary młodych, których rozdzielić chcą ojcowie, mamy dwoje staruszków, których związkowi sprzeciwiają się ich synowie – dowódca fortu i wódz Indian. Nasz Romeo – Zdziecinniała Wydra – niedowidzi i niedosłyszy i, co by nie mówić, ma bardzo adekwatny do swojego charakteru przydomek. Za to nasza Julia – Juliet (o, ironio!) – rozbija się powozem po forcie, kombinuje jak być ze swoim ukochanym i ogólnie zdaje się być od niego o wiele bardziej zaradna.

Raz zachowują się trochę jak nastolatki, raz jak dorośli i poważni ludzie, a raz jak popadający w starcze zdziecinnienie emeryci. Z drugiej strony, sam fakt, że są rodzicami, a nie dziećmi dowódcy fortu i wodza Indian, daje ciekawe efekty. Zwróćcie uwagę na to, w jaki sposób Juliet i Zdziecinniała Wydra pacyfikują swoje dzieci, aby pogodzić ze sobą dwa, że użyję takiej metafory, „zwaśnione rody”.

Już chociażby za to, że ta historia miłosna jest inna od pozostałych i że zawarty w niej schemat został właśnie tak potraktowany, warto zobaczyć ten odcinek.

Miejsce 5: 400 tysięcy za Daltonów
Początek jest podobny do większości odcinków z Daltonami. Joe, Jack, William i Averell uciekają z więzienia, włóczą się po prerii i szukają jakiegoś łatwego łupu, Lucky Luke dostaje telegram od naczelnika, wzdycha głęboko, wsiada na Jolly’ego i rusza w pogoń. Zwrot akcji następuje, kiedy głodni Daltonowie zjadają ukochanego byka ranczera Gilberta Gluttona. Zrozpaczony i rozgniewany Glutton wyznacza za ich głowy nagrodę w wysokości tytułowych 400 tysięcy, co przyciąga łowcę głów Eliota Belta (tutaj nazywanego Rybim Swądem). Lucky Luke musi teraz złapać Daltonów przed Beltem, jak również uniemożliwić mu ich zabicie.

Jednak ja wyróżniłam ten odcinek nie ze względu na sam pościg za Daltonami, ale na to, co dzieje się wewnątrz gangu. Otóż po spożyciu byka Joe nabawia się niestrawności i przez to nie jest w stanie spełniać swojej roli przywódcy. Przez większość odcinka albo leży pobladły na ziemi/w karawanie, wyrzucając z siebie pomruki bólu, albo wymiotuje. W rezultacie Jack i William – zazwyczaj pełniący rolę uspokajaczy i wykonawców woli Joego – odchodzą od swojej zwyczajnej neutralności i nabierają pewnych kolorów. William od razu przejmuje dowództwo, Jack zaś ostentacyjnie demonstruje swoje niezadowolenie z takiego stanu rzeczy, co jakiś czas rzucając kąśliwe i sarkastyczne uwagi, na które William odpowiada: „Zamknij się, Jack!” To dość ciekawe ujrzeć postaci, które zwykle trzymają się z boku i nie wykazują za wiele osobowości, tak radykalnie zmieniające się pod wpływem zaistniałej sytuacji.

Ten odcinek odpowiada na pytanie: „Co by było, gdyby Joe Daltona poraziła nagle niedyspozycja i potrzebny byłby ktoś na jego zastępstwo?” Trudno powiedzieć, czy Joe jest niezastąpiony, czy nie, ale przez wzgląd na to, że w albumie Mama Dalton jasno powiedziane jest, że Joe został wyznaczony na stróża integracji rodziny, oraz ze względu na to, że Daltonowie nie mają sprecyzowanego wice-szefa, sytuacja chaosu wewnątrz grupy jest bardziej prawdopodobna, niż inne scenariusze.

Miejsce 4: Najważniejszy jest pacjent
Początek tej historii też w zasadzie jest dość schematyczny, jeśli chodzi o ten konkretny fandom. Całkiem sporo przygód Lucky Luke’a zaczyna się od tego, że bohater spotyka kogoś w drodze i postanawia mu towarzyszyć. W tym odcinku tym kimś jest Li Ping Ping, postać o tyle interesująca, że większość występujących w komiksach, filmach i serialach o Lucky Luke’u Chińczyków jest albo kucharzami, albo praczami (no dobra, Tchin-Tchin też zrobił karierę, ale do niego jeszcze dojdziemy). Tymczasem Li Ping Ping jest lekarzem, stosującym akupunkturę i chińskie zioła. Obaj panowie wybierają się do pobliskiego miasteczka górniczego i dowiadują się, że po pierwsze – tamtejsi kopacze chorują ostatnio na jakąś tajemniczą chorobę; po drugie – w mieście jest nowy lekarz, Milly Titwetter, która stosuje bardzo nowoczesne (jak na tamte czasy) metody leczenia; wreszcie po trzecie – o wiele większym zaufaniem mieszkańców cieszy się szarlatan doktor Kokot (tak naprawdę doktor Doxey, ale jak zwał w polskim tłumaczeniu, tak zwał), sprzedający „lekarstwo na wszystkie choroby”.

Doktor Titwetter jest nieufna wobec Li Ping Pinga, ale stopniowo się do niego przekonuje. Ważne jest jednak to, że mamy dwójkę lekarzy, którzy chcą leczyć ludzi, chociaż każde z nich robi to inaczej, i którzy potrzebują pomocy Luke’a, aby najpierw przekonać górników do pójścia do lekarza, a potem odeprzeć ataki Kokota, który próbuje ich zdyskredytować. I choć na początku wszystko idzie Kokotowi gładko, wkrótce sam zapada na chorobę górniczą, a wszyscy wokoło próbują go kurować jego własnym, nieskutecznym placebo.

I dopiero po przeczytaniu wszystkich dostępnych po polsku komiksów o Lucky Luke’u, zdałam sobie sprawę z tego, że ten odcinek nawiązuje do dwóch z nich. Pierwsze nawiązanie to, oczywiście, doktor Doxey, który jednak zatracił trochę swojej pierwotnej charakterystyki. W komiksie był szarlatanem, który chce zarobić na ludzkiej naiwności, a jednocześnie z jego wypowiedzi można było wywnioskować, że traktuje swój eliksir jako dobrodziejstwo ludzkości i że ma poczucie misji rozpowszechniania go gdzie popadnie. Tutaj jest po prostu konowałem.

Drugim komiksowym nawiązaniem jest fakt, że kopalnia, w której kopią mieszkańcy należy do Dicka Diggera, a album Kopalnia Dicka Diggera był jednym z pierwszych komiksów z Lucky Lukiem. Ale samego Diggera nigdzie nie ma, bo – jak nam powiedziano – jest już bogaty i nie musi kopać.

Tak czy inaczej, ten odcinek warto zanotować ze względu na tych dwoje lekarzy, którzy pełnią rolę postaci wspierających. Doktor Titwetter jest stanowcza i potrafi być wojownicza. Jest nawet scena, w której rzuca się z pięściami na Kokota/Doxeya, sprawiając mu niezły łomot. Z kolei Li Ping Ping przypomina większość Chińczyków w serii – jest nad wyraz miły i elokwentny – jednak potrafi się oburzyć na zarzuty Kokota. Widzimy w nim przede wszystkim lekarza. Nieco egzotycznego, ale jednak lekarza, który wraz z koleżanką po fachu musi przekonać do siebie nieufnych mieszkańców.

Miejsce 3: Towarzysze Daltonowie
Dwa słowa: chibi Lenin. Co prawda tak go nie nazywają i przeważnie zachowuje się jak komunista-idealista, ale wygląda jak Lenin, ma na imię Władimir Ilicz (co z tego, że Zakąski?), a jego poglądy polityczne przypominają taki łagodny odłam komunizmu. Poznajemy go w końcu w momencie, kiedy chodzi po mieście i rozdaje ulotki o uwolnieniu „uciśnionych” kowbojów spod jarzma chciwych ranczerów. Potem, kiedy Daltonowie przychodzą ukraść mu osła, a Zakąski ich nakrywa, dowiadujemy się, że postrzega wszystkich przestępców jako ofiary systemu i pokazuje im plany swojego idealnego państwa, Freedonii. Kiedy Luke strzela, aby rozbroić ludzi Gilberta Gluttona (tak, to on jest antagonistą… znowu), a jeden z pistoletów niespodziewanie trafia w ręce Zakąskiego, facet wpada w panikę. W mordę! – kiedy Luke chce zabrać Daltonów z powrotem do więzienia, bo „to niebezpieczni banici”, Zakąski odpowiada: „Tutaj, we Freedonii, nie ma banitów. Bowiem nie ma tu praw, oprócz powszechnego prawa równości i życzliwości.” Wtedy Luke mówi, że to piękne prawo i nie chciałby go łamać.

Na każdym kroku widzimy Zakąskiego jako niegroźnego utopistę, który wierzy naiwnie w to, że jego lepszy świat znajdzie zwolenników, chociaż Daltonowie sobie z niego kpią, a pasażerowie napotkanego przez Averella dyliżansu opuszczają chatę Zakąskiego, kiedy tylko ten proponuje im pozostanie we Freedonii. Zakąski w zasadzie sprawił, że przez długi czas myślałam o komunizmie jako o doktrynie, która założenia miała słuszne, tylko Stalin i reszta zrobili z niej ideologię terroru. Teraz jednak odnoszę wrażenie, że być może Władimir Ilicz Zakąski – ze swoją Freedonią, „uciemiężonymi kowbojami” i „budowaniem lepszego świata” – jest w pewnym sensie takim komunistą z dziewiętnastowiecznej powieści – głosi dziwne poglądy, bardziej do wyśmiania ich nierealności niż do postrzegania ich za jakieś wielkie zagrożenie.

Z drugiej strony to serial animowany, skierowany do (mniej więcej) dziesięciolatków. Wyjaśnianie im ideologii komunizmu byłoby pracochłonne, mijałoby się z celem, jakim jest przede wszystkim rozrywka; i w zasadzie groziłoby niezrozumieniem ze strony młodszej części widowni. Dlatego przedstawienie poglądów Zakąskiego tak, a nie inaczej, wydaje się mieć sens.

Miejsce 2: Sępy nad prerią
To jeden z tych odcinków, które dzieją się w Nothing Gulch – mieście, w którym najczęściej można spotkać Lucky Luke’a. W zasadzie jednak historia zaczyna się w budynku syndykatu przedsiębiorców pogrzebowych, gdzie przewodniczący tegoż syndykatu żąda wyjaśnień od grabarza z Nothing Gulch – Barnaby – dlaczego jego dochody nie są tak wysokie jak w innych miejscach na Dzikim Zachodzie. Barnaba odpowiada, że to Lucky Luke rozstrzyga wszystkie spory bezkrwawo i to dlatego umieralność jest tak niska. Wobec takiego stanu rzeczy przewodniczący posyła wraz z Barnabą swojego najlepszego człowieka – Mortimera Trupokwiata. Ten po przyjeździe dowiaduje się, że wkrótce odbędą się wybory szeryfa, które od lat wygrywa ten sam człowiek; oraz, że w okolicy są dwaj ranczerzy, raczej żyjący ze sobą w pokoju. Trupokwiat wpada więc na pomysł, aby doprowadzić do niezgody i w ten sposób sprawić, aby usługi pogrzebowe były potrzebne. Najpierw robi plakaty namawiające do głosowania na Lucky Luke’a, potem skłóca ze sobą ranczerów. Atmosfera w Nothing Gulch robi się napięta, a po jakimś czasie zaczynają się zbierać nad okolicą tytułowe sępy, nie mówiąc już o tym, że Trupokwiat i Barnaba starają się zainteresować swoimi usługami potencjalnych klientów.

Lubię ten odcinek, ponieważ pozwolił mi spojrzeć inaczej na przedsiębiorców pogrzebowych w Lucky Luke’u i ogólnie w westernach. Dotychczas ilekroć pojawiał się ubrany na czarno facecik biorący miarę na trumnę albo próbujący zainteresować ludzi swoimi usługami, chciałam, żeby po prostu sobie poszedł. Tutaj, o ile Trupokwiat próbuje doprowadzić do jatki i w zasadzie wciąż gada tylko o śmierci, o tyle Barnaba wydaje się być całkiem miłym gościem, który tylko robi to, co Trupokwiat mu każe. Przez cały odcinek widzimy, jak ludzie go unikają, nikt nie podaje mu ręki (poza Lukiem), nikt nie jest dla niego miły. Po obejrzeniu tego odcinka zrobiło mi się tego gościa żal. Uświadomiłam sobie, że ten facet, który zwykle rozdaje ulotki o najnowszych promocjach na trumny i wieńce pogrzebowe, musi być bardzo samotny przez to, z czym kojarzy się jego profesja. Nie mówiąc już o tym, że w innym odcinku – Gwiazdka Daltonów – widzimy, że samotnie spędza również święta. Nigdy później nie patrzyłam na grabarzy w Lucky Luke’u tak samo, zwłaszcza, jeśli wyglądali tak jak Barnaba.

Jest to naprawdę jeden z lepszych odcinków Nowych przygód Lucky Luke’a, chociaż uplasował się na drugim miejscu.

Miejsce 1: Liki Liki
To coś w stylu „A teraz coś z zupełnie innej beczki”. Zamiast tradycyjnych kowbojów strzelających do siebie w samo południe mamy opowieść kung-fu, rozgrywającą się w chińskiej dzielnicy miasteczka Peeka-Boo. Oto więc pralnię niejakiego Li Tchou nawiedzają członkowie gangu Purpurowego Smoka. Są niezadowoleni tym, że Li Tchou nie zapłacił za ochronę, ale na razie straszą go tylko i odchodzą. Tchin-Tchin, siostrzeniec pracza, wyraża chęć walki z bandytami, jednak jego wuj go powstrzymuje i mówi, że tu potrzebny jest ktoś bardziej doświadczony. Posyła więc siostrzeńca do Nothing Gulch po starego przyjaciela, Lucky Luke’a. Luke od razu się zgadza i wraz z Tchin-Tchinem jadą do Peeka-Boo, gotowi zmierzyć się z Purpurowym Smokiem.

Tym, co urzekło mnie w tym odcinku jest właśnie Tchin-Tchin. Normalnie postaci, które spotyka Lucky Luke, nie potrafią się bronić same i właśnie dlatego Luke postanawia im pomóc. Dobra, zdarza się, że umieją się bić albo całkiem nieźle strzelają z pistoletu, ale najczęściej o tym tylko napomkną albo ewentualnie jest im dane się wykazać tylko jeden raz. Ostateczne zawsze potrzebują pomocy Lucky Luke’a.

Tchin-Tchin, co prawda, też wpada w kłopoty, z których musi go ratować Luke, ale poza tym jednym momentem on po prostu kopie tyłki. Widzimy, że potrafi dać sobie radę w walce z trzema pomagierami Purpurowego Smoka naraz, a nawet z samym Purpurowym Smokiem. To nie jest facet, który siedzi z boku, kiedy Luke załatwia „tych złych”. On sam bierze czynny udział w walce i przyczynia się do ostatecznego zwycięstwa „tych dobrych”. W zasadzie idzie po pomoc do Lucky Luke’a tylko dlatego, że jego wuj uważa, że nie da sobie rady z Purpurowym Smokiem, dysponującym również bronią palną.

Jednocześnie jego „kozackość” nie traci nic na tym, że Tchin-Tchin jest przykładem tak zwanego zabawnego cudzoziemca. W Nothing Gulch widać jak mało wie o świecie poza chińską dzielnicą – fascynuje się słomką do drinków, nudę siedzących przed saloonem kowbojów myli z medytacją, nie potrafi jeździć prawidłowo na koniu. No i nazywa Lucky Luke’a „Liki Liki”. Poza tym ma typowe cechy Chińczyka z uniwersum Lucky Luke’a – używanie wyszukanych metafor i ozdobników, granicząca z bojaźnią religijną uprzejmość, a czasem nawet dzielnie się mądrościami a la „Konfucjusz mówi…” (aczkolwiek to jego wuj rzuca chińskimi przysłowiami na prawo i lewo). Z drugiej strony jednak, kiedy Luke przebiera się za Chińczyka, aby nie wzbudzać podejrzeń, to Tchin-Tchin uczy go jak powinien się zachowywać, jak powinien jeść, czy kłaniać się. Nie mówiąc już o tym, że Tchin-Tchin jest od niego o wiele lepszym praczem.

Ta postać była tak różna od dotychczas spotykanych w uniwersum Lucky Luke’a, że wręcz chciałam zobaczyć ją jeszcze w jakimś odcinku. Moje marzenie się spełniło, kiedy to w drugiej serii wyemitowano odcinek Powrót Liki Liki. Tchin-Tchin jest tam szeryfem federalnym, co jest ciekawym obrotem sprawy, zważywszy na zakończenie Liki Liki. Mimo że w tym odcinku Tchin-Tchin nadal kopie tyłki, Powrót Liki Liki jest o wiele słabszy niż jego pierwowzór. Raz, że Tchin-Tchin występuje tam ubrany w nieco gorszy strój, dwa – sama historia jest w sumie dość schematyczna: Afroamerykanin wkracza do ksenofobicznego miasteczka, zostaje tam potraktowany niesprawiedliwie przez uprzedzonego stróża prawa, szuka sprawiedliwości i znajduje ją w osobie Tchin-Tchina, a potem Lucky Luke’a. Koniec zaś mówi o tym jak owo ksenofobiczne miasteczko jest obecnie zbitką różnych kultur i wyznań żyjących ze sobą w zgodzie.

Tak czy inaczej Liki Liki – właśnie poprzez postać Tchin-Tchina – moim zdaniem zasługuje na pierwsze miejsce i wciąż czekam aż Xilam wpadnie na pomysł zrobienia spin-offowej serii na jego podstawie.

I to była moja lista 10 najlepszych odcinków Nowych przygód Lucky Luke’a. Dziękuję, że raczyliście ją przeczytać, mam nadzieję, że się podobało i że być może nawet zachęciłam kogoś do obejrzenia któregoś z wyżej wymienionych odcinków. Do widzenia w następnym artykule.

2 komentarze:

  1. Witam,Posiadam obecnie wszystkie wydane w Polsce albumy Lucky Luka,czyli na ta chwilę licząc albumy zawarte w integralach jest to 31 albumów w języku polskim.na poczatku sierpnia tego roku egmont wydaje nastepny integral z 3-ma albumami.Chetnie sprzedam,komiksy w stanie bdb.Może byc np allegro.Jak coś to pisz pod komentarzem a się odezwę.Pozdrawiam .Łukasz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie nie mam stałych dochodów, więc wolę się wstrzymywać z takimi decyzjami. Poza tym, kilka intergali już mam. Nie jestem też pewna, czy znajdę tam jakiś numer, którego jeszcze nie czytałam.

      Usuń