wtorek, 30 kwietnia 2013

[FF: Przygody Merlina] Rzeczy, o których nie wiedziałem - część 5 (ostatnia)

Dom uzdrowicielki wyglądał jak pracownia Gajusza – było tam mnóstwo półek z miksturami i książkami, na ławach stały różne zioła i przyrządy do robienia lekarstw. Merlin i Artur dostrzegli pojedyncze łóżko po lewej stronie od okna i krzesło po prawej. Najbardziej intrygujące było to, że po środku domostwa stał stół nakryty niebieskim obrusem i z dwoma krzesłami. Kobieta zasiadła na jednym z nich i wskazała otwartą dłonią drugie, przemawiając do Artura:
- Spocznij, młodzieńcze.
Artur zrobił to niepewnie. Z kolei Merlin usiadł na krześle, które stało przy ścianie.
Ta kobieta była czarownicą. Artur miał to dziwne wrażenie i sprawiało ono, że był zdenerwowany. To mogła być pułapka. Właściwie to było wysoce prawdopodobne. Pewnie smok pragnął śmierci Artura, więc wysłał tu księcia. Ale jednak ich otoczenie mówiło mu, że powinien zaufać tej kobiecie, że ona rzeczywiście była uzdrowicielką.

Oparła podbródek na rękach i spojrzała na Artura, uśmiechając się jeszcze szerzej. Na chwilę jej oczy powędrowały na Merlina, a potem powróciły do Artura.
- Zanim uzdrowię twojego sługę, zadam ci kilka pytań, na które musisz odpowiedzieć.
- Wiem – powiedział cicho książę.
- Dobrze. W takim razie zaczynajmy, młody Pendragonie.
Obaj – Artur i Merlin – popatrzyli na nią z rozszerzonymi oczyma. Skąd wiedziała, że Artur był synem Uthera? Ale ona tylko uśmiechnęła się i zadała księciu pierwsze pytanie:
- Kto ci o mnie powiedział?
Artur wahał się, ale tylko przez kilka sekund.
- Wielki Smok.
Merlin wytrzeszczył oczy z niedowierzania.
- Rozmawiałeś ze smokiem? Dlaczego?
- Gajusz powiedział mi, że ktoś chce ze mną mówić. – Artur zwrócił się do przyjaciela. – Zaprowadził mnie do lochu smoka i smok powiedział, że… – przerwał, a potem spojrzał w dół. – Powiedział, że wyjawi mi sposób na wyleczenie cię.
Merlin oniemiał. Artur rozmawiał ze smokiem, aby pomóc jemu – Merlinowi? Mógł się tylko domyślać, co Wielki Smok powiedział księciu i że to miało coś wspólnego z nimi podróżującymi samotnie przez las. To wszystko było takie dziwne. Normalnie to czarownik był tym, który rozmawiał z potworem, aby uratować Artura. Lecz zanim mógł pomyśleć nad tym głębiej, uzdrowicielka przemówiła znów.
- Jak zachorował twój sługa?
- No cóż, to zaczęło się od przeziębienia… – zaczął wyjaśniać Merlin, ale kobieta popatrzyła na niego chłodno i powiedziała:
- Nie pytam ciebie. To on ma odpowiedzieć. A więc – odwróciła się do drugiego mężczyzny – powiedz mi: Jak nabawił się choroby piersiowej?
Artur przygryzł wargi. To było naprawdę trudne wyznać to obcej osobie, ale wiedział, że musi to powiedzieć. Dla dobra Merlina musiał przyznać przed tą kobietą swoją pomyłkę.
- Merlin był przeziębiony, ale kazałem mu pracować. – Mógł usłyszeć jak jego głos drżał. Jego oczy skierowane były na podłogę, bo nie chciał spojrzeć ani na kobietę, ani na Merlnia. – Nie dostrzegałem tego, że był chory. Dopiero kiedy zemdlał w drodze do mojej komnaty, zdałem sobie sprawę z tego, że nie czuł się dobrze. Nasz medyk powiedział, że to choroba piersiowa. Bardzo się starał, aby wyleczyć Merlina, ale to było na nic.
- A więc jesteś odpowiedzialny za pogorszenie się jego stanu?
- Tak – przyznał, ściskając pięści na kolanach. – Jestem.
- Powiedz mi, młody Pendragonie, czy twój towarzysz jest dobrym sługą?
- Cóż… – Podniósł wzrok. Jego głos był nerwowy. – Nie jestem pewien, czy rozumiem, co masz na myśli.
- Dobrze wypełnia swoje obowiązki?
- Nie za bardzo. Jest niezdarny, leniwy i niegrzeczny, i nie umie zrobić wielu rzeczy dobrze, i…
- Więc jest złym sługą?
Artur zamilkł i zamrugał ze zdziwieniem. Potem jego wzrok znów powędrował na podłogę. Ale wkrótce podniósł go. Oczy jego i Merlina się spotkały. Merlin obserwował go ze smutkiem i zniecierpliwieniem. On także chciał znać odpowiedź, ale Artur był w stanie dojrzeć w jego wyrazie twarzy strach o to, co mógł usłyszeć.
- Niezupełnie… – Książę nareszcie się odezwał, a potem uśmiechnął się. – Właściwie jestem szczęśliwy, mając go jako sługę.
- Rozumiem. Przeszedłeś cały ten szmat drogi, aby mu pomóc. Wygląda na to, że nie jest jakimś zwykłym służącym. Ale powiedz mi, młodzieńcze, oddałbyś za niego cały Camelot?
- Co?! Nie! – krzyknął Artur, a Merlin szybko wstał ze swojego miejsca i powiedział:
- Nie oczekuję od Artura, aby poświecił dla mnie całe królestwo.
- A co z młodą, piękną dziewczyną o imieniu Ginewra? – Kobieta znów się uśmiechnęła. – Gdybyś miał wybierać między jej a jego życiem, kogo byś uratował?
- To niedorzeczne! Nie możesz kazać mu wybierać między jednym przyjacielem a drugim! – powiedział głośniej Merlin. Potem zwrócił się do Artura: – Wolałbym raczej dać się zabić, niż pozwolić Gwen umrzeć.
Uzdrowicielka była niewzruszona. Rozkazała dosadnie:
- Odpowiedz, Arturze Pendragonie. Kogo byś uratował: Ginewrę czy Merlina?
- Podejrzewam, że próbowałabym ocalić ich oboje. Nie poświeciłbym Gwen dla Merlina.
- W takim razie wygląda na to, że nie cenisz swojego sługi aż tak bardzo jak się spodziewałam. Dlaczego tu w ogóle przyszedłeś?
- Bo chcę, aby został wyleczony – odpowiedział spokojnie Artur.
- Czemu? Sam powiedziałeś, że nie jest zbyt dobrym sługą.
- Jest beznadziejny w wykonywaniu swoich obowiązków, ale nie chcę innego. I nie chcę, aby umarł przez moją głupotę.
- Tak więc ile jest dla ciebie wart?
Artur nic nie odpowiedział. Pochylił tylko głowę i zaczął powoli oddychać, obserwując podłogę. Był zbyt skrępowany, aby wyartykułować choć jedno słowo. Co powinien powiedzieć? Przez więcej jak trzy dni spędzone z chorym Merlinem miał problemy z wyrażeniem swoich uczuć wobec niego. Chciał to zrobić, ale nie potrafił. Jakaś mentalna blokada nie pozwalała mu wyznać, co myślał o Merlinie, nawet gdy desperacko chciał to z siebie wyrzucić. Zacisnął pięści na spodniach, podczas gdy uzdrowicielka czekała na jego odpowiedź.
Ale wtedy kolejny atak kaszlu doszedł do jego uszu i oczy Artura rozszerzyły się. Książę powoli podniósł wzrok i spojrzał na przyjaciela. Przez chwilę Artur nie słyszał nic poza kaszlem Merlina. Był tak gwałtowny, że chłopak usiadł z powrotem na krześle. I nagle książę poczuł jak jego serce zaciska się. Właśnie. Merlin miał chorobę piersiową i jeśli Artur nie odpowie na pytanie, jego przyjaciel umrze. Poza tym Merlin wciąż nie wiedział, jak wiele znaczył dla swojego pana. Artur miał szansę powiedzieć mu to, uratować go.
Tak więc książę spojrzał na kobietę przed sobą. Jego oczy były  pełne determinacji, kiedy w końcu powiedział:
- On jest wart walki z bazyliszkiem i wielkimi pająkami. – Zwrócił swój wzrok na Merlina. – Wart tego, aby przybyć do jego wioski i pomóc jego rodakom bronić się przeciwko bandytom; wart wypicia zatrutego kielicha, aby ocalić Camelot; wart złamania prawa, by pozwolić mu pożegnać się z jego mentorem; wart tego, aby za niego zginąć, tak jak on jest gotów zginąć za mnie.
- Artur… – Merlin zdawał się nie wierzyć własnym uszom.
- Chcę, abyś wiedział, Merlinie, że mimo iż jesteś tak strasznym sługą, jesteś najlepszy ze wszystkich sług, jakie kiedykolwiek miałem. Wiele razy ocaliłeś mi życie. Zawsze mi pomagasz, kiedy Camelot jest w niebezpieczeństwie. Zawsze jesteś w stanie powiedzieć mi coś rozsądnego, kiedy chcę zrobić coś głupiego. Dla mnie jesteś wart więcej niż moje własne życie. Dla mnie nie jesteś tylko sługą. Jesteś moim przyjacielem. Jednym z niewielu przyjaciół, jakich kiedykolwiek miałem. Jednym z niewielu ludzi, którym ufam bezgranicznie. Przepraszam, że mówię to dopiero teraz. Powinienem mówić ci to częściej.
Merlin wciąż przyglądał się swojemu panu z niedowierzaniem. Oniemiał. Artur właśnie przyznał, że postrzegał go jako przyjaciela. Cóż, czarownik wiedział o tym z jego czynów, ale to usłyszeć to zupełnie inna sprawa. Merlinowi było ciepło, ale po raz pierwszy od pięciu dni to nie było spowodowane gorączką.
- To wszystko, co chciałam wiedzieć – powiedziała uzdrowicielka i wstała. – Odpowiedziałeś szczerze na wszystkie moje pytania, Arturze Pendragonie. Uzdrowię twojego przyjaciela.
Podeszła do Merlina, przyłożyła dwa palce do jego piersi i wyszeptała kilka słów w starożytnym języku. W miejscu, w którym była jej ręka, zaczęło mienić się jasnoniebieskim kolorem, ale nagle, w kilka marnych sekund, światło znikło. Kobieta cofnęła się o krok, podczas gdy Merlin wziął głęboki oddech i rozpromienił się, po raz pierwszy od pięciu dni będąc w stanie oddychać bez problemów. Nie czuł też, że jest rozpalony ani mokry. Podniósł się z krzesła.
- Jak się czujesz, Merlinie? – zapytał nagle Artur. W jego oczach wciąż tliło się zmartwienie.
Merlin odwrócił się do niego. Przez chwilę nic nie mówił. Rzeczy, które przed chwilą usłyszał od Artura wciąż krążyły w jego głowie.
- Czuję się o wiele lepiej – odparł, uśmiechając się.
Ale tak naprawdę czuł się o wiele szczęśliwszy, niż na to wyglądał. Artur właśnie przyznał, że byli przyjaciółmi. Wreszcie potwierdził słowami, co mówiły jego czyny. Dla Merlina to było prawie jak usłyszeć od ukochanej kobiety, że ona go również kocha.
- Dobrze. – Artur uśmiechnął się lekko. – Chodźmy do domu. – Zwrócił się do kobiety, pochylił głowę i powiedział: – Dziękuje. Będę ci wdzięczny na wieki.
Opuścili dom. Kiedy podeszli do koni, Merlin odwiązał uzdy, a potem, nie mówiąc ani słowa, ukląkł przy siodle Artura, gotowy aby pomóc swojemu panu w dostaniu się na konia. Artur obserwował go, lekko zakłopotany, podczas gdy Merlin uśmiechał się wesoło.
- No dalej, Artur. Musimy jechać do domu.
Artur nic nie odpowiedział. Po prostu wsiadł na konia. Wkrótce jego sługa do niego dołączył i ich konie zaczęły kroczyć w stronę, z której tu przybyły. Przez kilka sekund obaj jeźdźcy milczeli, jakby nie mieli o czym rozmawiać. Potem Artur zwrócił się do Merlina i przerwać ciszę:
- Wiesz, to co powiedziałem wcześniej to prawda, ale…
- Powiem komuś i uczynisz z mojego życia piekło? Nie martw się, zatrzymam to dla siebie. – Merlin uśmiechnął się znów i spojrzał na otwartą przestrzeń przed nimi. – Doceniam twoją troskę i w ogóle, ale muszę przyznać, że jesteś przerażający, kiedy nie jesteś ćwokiem przez tak długi okres czasu.
- Osz ty… – Artur uderzył przyjaciela w potylicę.
Merlin zaczął się śmiać. Po nieudanej próbie pozostania poważnym, Artur również wybuchł śmiechem. I śmiali się tak razem w drodze do Camelotu. Wiedzieli, że kiedy się tam dostaną, wciąż będą panem ‘ćwokiem’ i sługą ‘idiotą’, ale wiedzieli też, że wieź między nimi wykraczała daleko poza relacje pan-sługa. Łączyła ich, ni mniej, ni więcej, ale prawdziwa przyjaźń, która zdarza się raz na całe życie. I za to Artur był wdzięczny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz