piątek, 5 kwietnia 2013

[FF: Przygody Merlina] Rzeczy, o których nie wiedziałem - część 1

Merlin nie czuł sie zbyt dobrze.

Od ponad trzech dni męczył go uporczywy kaszel. Na początku chłopak starał się go ignorować, zważywszy na to, że miał od cholery roboty a i tak Artur uważał go za obiboka. Poza tym czy to pierwszy raz Merlin się przeziębił? Takie rzeczy się zdarzają i trzeba sobie radzić. Tak więc Merlin wstawał codziennie rano, robił Arturowi śniadanie, czyścił jego zbroję i robił wszystkie inne rzeczy, znosząc cierpliwie kaszel, który z każdym dniem stawał się coraz bardziej uciążliwy i irytujący.

Kiedy po każdym kolejnym ataku kaszlu Gajusz pytał go, czy wszystko dobrze, Merlin odpowiadał, że to tylko lekkie przeziębienie. Po jakimś czasie Gajusz stał się jednak podejrzliwy. Merlin wciąż zapewniał go, że wszystko jest w porządku, mimo to stary medyk wciąż pytał i przyglądał się z uwagą swojemu podopiecznemu, którego z kolei zaczęło to już poważnie denerwować.

Jednak kaszel był tylko początkiem. Wkrótce Merlin zaczął również odczuwać bóle mięśni i nagłe osłabienie. Na początku myślał, że to ze zmęczenia, w końcu wykonywał wiele czynności, które wymagały dużo siły fizycznej (każdy kto próbował wypolerować na błysk całkiem sporą, wieloczęściową zbroję, wiedział o tym). Jednak niebawem Merlin zauważył, że się strasznie poci, a oddychanie sprawia mu coraz większe problemy. Zaczęło go to napawać niepokojem. Nie trudno było się domyślić, że coś jest nie tak, że to nie było zwykłe przeziębienie. Z każdą minutą stawał się coraz słabszy. Zdarzało się, że nagle kręciło mu się w głowie i miał wrażenie, że zaraz zemdleje tu i teraz, obojętnie, czy pochyla się nad zbroją, czy sprząta stajnię, czy robi cokolwiek innego.

Wszystko to zdawało się nie robić jakiegoś większego wrażenia na Arturze. Kiedy Merlin kaszlał, książę kazał mu zakrywać usta. Kiedy Merlin przerywał nagle pracę, aby wymasować swoje obolałe stawy, Artur kazał mu natychmiast wracać do roboty i się nie obijać. Kiedy zaś w końcu zdarzyło się, że Merlin zemdlał, czekając aż jego pan zakończy ćwiczenie swoich żołnierzy, Artur wziął kubeł zimnej wody i wylał go na głowę swojego sługi.

- Nie śpij na posterunku, Merlinie – powiedział chłodnym tonem.

Już i tak nadwyrężone płuca chłopaka z trudem łapały powietrze. Merlin podniósł głowę, próbując skupić się na postaci swojego pana, który spoglądał na niego z góry pełnym spokoju a jednocześnie pogardy wzrokiem.

- No, już. Podnieś się. Nie jesteś tutaj po to, aby odpoczywać. W ogóle ostatnio bardzo opuściłeś się w robocie.

Merlin powoli i z wielkim wysiłkiem podniósł się z ziemi. Ponieważ chwiał się jeszcze na nogach, oparł się o pobliski płot.

- Wybacz, panie, ale…

Chciał powiedzieć: „Wybacz, panie, ale nie czuję się zbyt dobrze.” jednak książę przerwał mu:

- Żadnych „ale”, Merlinie. Nie obchodzą mnie twoje marne wymówki. Masz wykonywać moje rozkazy.

- Tak, panie – odpowiedział Merlin i zakaszlał w swoją rękę.

- A teraz chodź ze mną. Mamy jeszcze parę rzeczy do zrobienia.

Nie mówiąc nic więcej, Artur odwrócił się tyłem do swojego sługi i zaczął iść w stronę zamku. Merlin podążył za nim. Artur szedł bardzo szybko, Merlin musiał co chwila do niego podbiegać. Jego obolałe stawy, osłabienie i ciężki oddech sprawiały, że marsz przez długi korytarz był jedną wielka męką. Z każdym krokiem Merlin marzył o tym, aby już znaleźć się w komnacie Artura i przynajmniej choć na chwilę odpocząć. Wiedział jednak, że nawet jeśli tam dotrze, jego pan nie zostawi go tak po prostu w spokoju; że od razu wyznaczy mu jakieś zadanie.

W pewnym momencie Merlin poczuł, że już dłużej nie wytrzyma. Musiał się zatrzymać. Musiał przynajmniej na małą chwilę pozwolić swoim zmęczonym od duszności płucom złapać oddech. Zatrzymał się i oparł o parapet, z trudem łykając powietrze. Dotknął ręką czoła. Było rozpalone i mokre od potu. Całe jego ciało było słabe i obolałe. Czuł, że jeśli ruszy z miejsca, nie będzie w stanie iść dalej.

Jak tylko Merlin stanął, Artur również się zatrzymał i spojrzał za siebie ze zrezygnowaniem. Ujrzawszy swego sługę opierającego się o okno, westchnął głęboko i zawołał:

- Co się stało, Merlinie? Złamałeś paznokieć? Przestań zachowywać się jak rozpieszczona baba i chodź tutaj!

Merlin nic nie odpowiedział. Podniósł tylko wzrok na Artura, który był niewzruszony, choć jego cierpliwość mogła w każdej chwili się wyczerpać, a wtedy wszystko mogło się zdarzyć. Pewnie uważał, że jego osobisty służący chce wymigać się od pracy, chłopak mógł wyczytać to z jego chłodnych oczu. On go nie wysłucha. Ale Merlin wiedział, że jeśli to potrwa jeszcze trochę, to się może dla niego źle skończyć.

Dlatego natychmiast ruszył z miejsca. Zaczął iść w stronę Artura, zmuszając swoje obolałe ciało do wysiłku. Kręciło mu się w głowie, ale szedł dalej, tymczasem Artur odwrócił się i skierował w stronę swojej komnaty.

- Szybciej, Merlinie. Guzdrzesz się jak staruszka.

Słyszał za sobą kroki swego sługi, ale po chwili do jego uszu doszedł inny dźwięk. Dźwięk opadającego na kamienną posadzkę ciała. Oczy Artura się rozszerzyły. Natychmiast stanął i się odwrócił. Merlin leżał nieprzytomny na ziemi. Książę podbiegł do niego i kucnął. Zaczął nim potrząsać.

- Merlin, Merlin. Przestań udawać, idioto, i obudź się.

Ale Merlin nie odpowiadał. Za to Artur odkrył, że ciało jego sługi było mokre i rozpalone. Książę momentalnie zamarł.

- On jest chory… – wyszeptał, nadal w to nie wierząc.

Opanowała go panika. Przez chwilę nie wiedział, co robić. Nie był pewien, co właściwie jest Merlinowi. Po chwili do uszu Artura dotarł odgłos czyichś kroków. Wtedy młody książę wziął się w garść i zaczął wołać o pomoc. Kroki stały się coraz głośniejsze i niebawem do Artura podbiegł jakiś rycerz. Ujrzawszy królewskiego syna, natychmiast się zatrzymał.

- Panie?

- Szybko – powiedział Artur, wstając na równe nogi. – Pomóż mi go przenieść do Gajusza.

- Tak jest, panie.


Gajusz badał uważnie podopiecznego, tymczasem Artur stał pod ścianą i przyglądał się wszystkiemu w napięciu. W umyśle księcia kłębiło się wiele niepokojących myśli. Spocona i pobladła twarz Merlina przypomniała mu zajście z zatrutym kielichem. Walczący z trucizną i bliski śmierci Merlin wyglądał dokładnie tak samo, jak chory i nieprzytomny Merlin w tej chwili. Artur starał się o tym nie myśleć. To na pewno była tylko mała niedyspozycja. Na pewno Merlin musiał tylko trochę odpocząć i tyle. Nie było powodów do niepokoju.

Nagle Gajusz podniósł wzrok na Artura. W tych starych oczach było coś na kształt wrogości, a w każdym razie rezerwy.

- Jesteś pewien, że nie widziałeś ostatnio nic nadzwyczajnego w jego zachowaniu, panie?

Artur przewrócił w zamyśleniu oczami, po czym spojrzał na Gejusza.

- Tylko kaszel.

- Na pewno? – dopytywał się medyk, otwierając szeroko oczy, jakby oczekiwał jakiejś konkretnej odpowiedzi. – Merlin nie skarżył się na żadne duszności?

- Nie.

- Ból stawów?

- Nie.

- Nie wydawał się osłabiony ani nic?

- Nie, nic takiego nie zauważyłem. Chociaż… – Artur nagle sobie coś przypomniał. – Dziś rano, podczas ćwiczeń chyba zemdlał, bo kiedy do niego wróciłem, leżał na ziemi. Obudziłem go kubłem zimnej wody. Potem kazałem mu za sobą iść i na korytarzu znów zasłabł. Tak oto trafił tutaj.

- Rozumiem – odpowiedział Gajusz, tym razem spoglądając na księcia z niezadowoleniem  połączonym z zawiedzeniem. Następnie przykrył Merlina kołdrą, podszedł do stołu i zaczął miażdżyć moździerzem jakieś zioła. Odezwał się po długiej chwili milczenia, która dla Artura była o wiele za długa: – To choroba piersiowa[1]. Domyśliłem się tego już wcześniej, kiedy przyglądałem się Merlinowi. Zdradzał wszelkie objawy, choć był przekonany, że to tylko zwykłe przeziębienie.

- Czy to groźne? – zapytał Artur.

Gajusz przerwał robienie papki z ziół, oparł ręce na blacie i spojrzał w dal.

- Często kończy się śmiercią – powiedział cichym, spokojnym tonem, ale i tak było w nim coś oskarżycielskiego.

Artur zamarł. Jego oczy powędrowały na mokrą i pobladłą twarz nieprzytomnego Merlina. Jakiś dziwny ciężar pojawił się w jego piersi, kiedy pomyślał, że jego wierny sługa może nie przeżyć.

Gajusz powrócił do pracy i powiedział:

- Spróbuję go wyleczyć, ale nie jestem pewien, czy moje metody będą skuteczne.

- Czy jest coś, co mógłbym zrobić? – spytał Artur.

Gajusz podniósł wzrok. Ręka, w której trzymał moździerz, zacisnęła się mocno wokół trzonka, podczas gdy jego wyraz twarzy pozostał spokojny. Gdyby Artur mógł przeczytać teraz jego myśli… Gdyby mógł pojąć, jakie uczucia w tym właśnie momencie żywił do niego zaufany doradca jego ojca… Było tyle rzeczy, które Gajusz chciał powiedzieć aroganckiemu księciu i zwierzchnikowi jego podopiecznego, ale powstrzymywała go od tego wrodzona ostrożność. Tak więc jedyne, co powiedział, to:

- Na razie nic nie przychodzi mi do głowy, panie, ale jeśli będę czegoś potrzebował, odezwę się. Jeśli to już wszystko, pozwól, że zajmę się chorym.

- Może powinienem przy nim zostać? – Artur znów spojrzał na śpiącego Merlina. – W tej chwili to jedyne, co przychodzi mi do głowy.

Gajusz rzucił na stół miskę i moździerz, po czym oparł się o blat i po raz pierwszy od bardzo długiego czasu spojrzał Arturowi w oczy.

- Panie, nie masz czasem czegoś do zrobienia? Twój ojciec nie będzie zachwycony tym, że tutaj siedzisz, zamiast spełniać swoje królewskie obowiązki.

- Ach… tak – wyrzucił z siebie lekko zszokowany reakcją medyka Artur, po czym zaczął wycofywać się w stronę wyjścia. – Przyjdę później sprawdzić jak czuje się Merlin.

Skrzypiąc lekko, drzwi zamknęły się za nim i Gajusz został sam ze swoim pacjentem.
----------------------------------
[1] Zapalenie płuc.

1 komentarz:

  1. Jeśli ktokolwiek sądził, że w przypadku Merlina obsesja nieco mi zelżała, to niestety z przykrością stwierdzam, że nic się w tym względzie u mnie nie zmieniło. A najlepszym przykładem jest to opowiadanie, które po kilku miesiącach od pierwszego z nim zetknięcia nadal wywiera na mnie takie samo wrażenie. I nadal kocham jest miłością szalonego fangirla, i nadal uważam za jedno z najlepszych jakie miałam okazję czytać.

    OdpowiedzUsuń