sobota, 19 stycznia 2013

Moich siedmiu ulubionych fikcyjnych naukowców


Przyznam, że nigdy nie byłam dobra z nauk ścisłych. Do dziś nie przepadam za matematyką, biologią czy fizyką. Mimo to, jakoś tak się złożyło, że wiele z moich ulubionych postaci zajmuje się naukami ścisłymi, a mi to nie tylko nie przeszkadza, ale wręcz imponuje. Albowiem obojętnie, czy jest to śmiejący się maniakalnie i pracujący dla tego złego szalony naukowiec, czy też nieco roztargniony, poświęcający się bez końca swojej pasji wynalazca, zawsze miałam słabość do kujonów.

Dlatego właśnie pozwoliłam sobie ułożyć tę listę, która na początku miała być tradycyjnym top 10, ale ponieważ paru osobników było tam wciśniętych nieco na siłę, postanowiłam skrócić ranking do siedmiu absolutnie niezbędnych pozycji. Dlatego też, panie i panowie, przedstawiam wam moją listę siedmiu ulubionych fikcyjnych naukowców.


Miejsce 7: Heinz Dundersztyc (Fineasz i Ferb)

No bo kogo obchodzą dwaj domorośli majsterkowicze i ich siostra z obsesją przyłapywania, kiedy można oglądać dziejącą się na boku epicką potyczkę między Pepe Panem Dziobakiem i znerwicowanym naukowcem? Heinz Dundersztyc jest jednym z tych antagonistów, którzy są po to, aby przegrywać i to przeważnie z własnej winy. Chce być Geniuszem Zła i podbić Okręg Trzech Stanów, a czasem nawet zemścić się za jakąś drobną rzecz z przeszłości, przeważnie jednak albo wszystkie jego „inatory” idą w łeb, albo Pepe Pan Dziobak (nieraz bez najmniejszego wysiłku) zrobi coś, aby w porę powstrzymać katastrofę.

Dowiadujemy się co rusz, że Dundersztyc jest rozwiedziony, że ma córkę-gotkę, która uważa go za chodzący obciach; że matka zawsze kochała bardziej jego brata, który jest teraz burmistrzem Okręgu Trzech Stanów; że jako dziecko został porzucony i wychowały go oceloty… Krótko mówiąc na pierwszy rzut oka Dundersztyc wydaje się być dość pechową i żałosną postacią.

I poniekąd taki jest właśnie cel jego postaci. Oglądając go, jedni śmieją się z jego niewiarygodnego pecha i wręcz absurdalnych planów przejęcia władzy, a inni chcą, aby wreszcie mu się w życiu udało. Ja osobiście kwalifikuję się do tych ostatnich, choć bardziej chodzi mi o jego sprawy rodzinne niż zawodowe. Zwłaszcza stosunki z dorastającą córką, która w kilku odcinkach okazuje mu jakąś czułość (a w jednym nawet zdaje się iść w jego ślady).

Z drugiej strony jest to jeden z tych czarnych charakterów, którzy traktują swoją walkę z protagonistą jak grę. Dundersztyc wręcz niepokoi się, jeśli Agent P. się długo nie pojawia. To zapewne jest spowodowane tym, że Pepe jest kimś, komu Dundersztyc może się zwierzyć ze swoich nerwic i frustracji, a dziobak nie tylko go słucha, nie przerywając monologów, ale bywa, że zrobi dla niego coś miłego.

Nie ulega też wątpliwości, że Dundersztyc jest parodią sztampowego czarnego charaktera. Nie tyle Geniusza Zła, co pragnącego zemsty i władzy superłotra, który używa cudacznych urządzeń, żeby wykonać swój szatański plan. A że jego motywacje co rusz osiągają nowe poziomy absurdu, możemy zdać sobie sprawę, że taki standardowy superłotr to w rzeczywistości zakompleksiony frustrat, który próbuje sobie rekompensować życiowe niepowodzenia władzą nad światem.

I właśnie dlatego, że jest zabawą różnymi czarno-charakterowymi kliszami, Heinz Dundersztyc zasłużył sobie na miejsce na tej liście, chociaż nie należy do najznamienitszych umysłów tego stulecia.


Miejsce 6: Gajusz (Przygody Merlina)

Ach, Gajusz. Jedna z niewielu ważniejszych dla fabuły postaci w Przygodach Merlina, która nie została oparta na autentycznym bohaterze legend arturiańskich. Wielu może się zdziwić, że na liście poświęconej naukowcom pojawia się postać z serialu fantasy, ale pamiętajmy, że po pierwsze – Gajusz jest nadwornym medykiem i w pierwszych odcinkach pierwszej serii stara się rozwiązywać problemy za pomocą nauki, a po drugie – jest on źródłem niezbędnej wiedzy. Za każdym razem, kiedy w Camelocie dzieje się coś związanego z magią, Gajusz – o ile od razu nie domyśla się z czym Merlin ma do czynienia – bierze odpowiednią książkę ze swojej obszernej biblioteki, przewraca kilka stron i wynajduje odpowiedź.

Poza tym ja lubię go też z jeszcze innego względu. Jako że głównym bohaterem jest piękny, młody i nieco nieokrzesany Merlin, a akcja dzieje się w królestwie, gdzie magia zabroniona jest pod karą śmierci, Gajusz pełni dla naszego protagonisty rolę mentora i przybranego ojca. Dlatego też wszystkie Gajuszo-centryczne odcinki (w każdym sezonie jest przynajmniej jeden… no poza tym ostatnim) pokazują więź jaka ich łączy i co są gotowi zrobić, aby ochronić siebie nawzajem. I choć przez całą czwartą serię Gajusz dla wielu fanów wydawał się zbyt ostry dla Merlina, to i tak śmiem twierdzić, że miał do tego podstawy. No i po ostatnim poświęconym sobie odcinku zaczął znów wierzyć w swojego podopiecznego.

Mimo że cieszy się opinią zaufanego doradcy króla, Gajusz nie ma łatwego życia w Camelocie. W ciągu wszystkich czterech serii raz został posłany na niechcianą emeryturę i zastąpiony młodszym medykiem; raz został opętany przez goblina, dwa razy go torturowano, dwa razy rzucono na niego podejrzenie o zdradę (ponieważ kiedyś praktykował magię), trzy razy trzymano w zamknięciu, a nawet kilka razy był bliski śmierci! Nadal jednak pozostaje wiernym sługą królestwa i mądrym doradcą Uthera, Artura i Merlina.


Miejsce 5: Hank Pym/Ant-Man (Avangers: Potęga i moc)

Tak, wiem. W komiksach bywa palantem. Jednakże ja mam na myśli konkretne jego wcielenie, czyli Hanka Pyma z Avangers: Potęga i moc (Avangers: Earth’s Mightiest Heroes), gdzie przedstawiony został jako idealista, który prowadzi resocjalizację dla superzłoczyńców osadzonych w trzech więzieniach T.A.R.C.Z.Y. Choć jego partnerka i przyjaciółka, Wasp, przystała do Mścicieli, aby być użyteczną i kopać złoczyńcom tyłki, Hank dołączył się głównie dlatego, aby tych złoczyńców wyłapać i znów zresocjalizować. Podczas walki nieraz najpierw próbuje przemówić do swoich byłych pacjentów, po czym przeżywa srogi zawód, kiedy ci nie chcą go słuchać.

Mimo wszystko, bywa użyteczny dla grupy, głównie na polu naukowym. Analizuje, programuje, szuka rozwiązań, bada, przewiduje. Bo Pym jest przede wszystkim naukowcem i do większości rzeczy podchodzi jak naukowiec, w dodatku naukowiec wierzący w to, że ludzie są z natury dobrzy. Z tego właśnie powodu przeżywa liczne zawody i zawsze trochę odstaje od reszty Mścicieli, którzy podchodzą do walki z przestępcami jak wojownicy i nie mają złudzeń co do mentalności co poniektórych z nich. Nie wiem jak wam, ale mnie się taki Pym podoba.

No i pozostając przy naukowcach z uniwersum Marvela…


Miejsce 4: Bruce Banner (Niesamowity Hulk)

Bruce Banner zawsze miał dla mnie pewien rys tragizmu – nie tylko musi zmagać się ze swoją drugą naturą, ale i z masą wojska, którą posyła za nim jego niedoszły teść (nie mówiąc już o dziesiątkach czarnych charakterów, którzy pojawiają się w każdym odcinku, aby wykorzystać Hulka). Ponieważ moje pierwsze spotkanie z Hulkiem to serial animowany z 1996, mój Bruce Banner to mały, niespecjalnie umięśniony szatyn w szarej koszuli i o głosie Jacka Mikołajczaka (który idealnie potrafił wpasować się we wściekłego i brutalnego Hulka, a jednocześnie w jego wykonaniu Bannera zawsze dało się usłyszeć nutkę obawy o to, że zaraz stanie się coś złego).

Jeden mój znajomy powiedział, że Hulk jest zrzynką z Dziwnego przypadku doktora Jekylla i pana Hyde’a. Ponieważ sama kiedyś porównywałam te dwie historie (porównanie z Jekyllem i Hyde’m w zasadzie przy Hulku nasuwa się samo), przedstawiłam mu swoje wnioski. Jeśli weźmie się te dwa przykłady – Bannera/Hulka i Jekylla/Hyde’a – i zbada w jaki sposób nasi protagoniści zyskali swoje alter ega i jakie były ich doń stosunki, zauważy się wyraźne różnice. Jekyll sam na sobie eksperymentował i cieszył się, że jego mikstura działa, bo jako Hyde był w stanie robić rzeczy, które jemu – szanowanemu obywatelowi – nie przysługiwały. Dopiero potem, kiedy Hyde dokonał potwornej, przekraczającej pojęcie Jekylla zbrodni, doktor zaczął się zastanawiać nad odtrutką. Tymczasem Banner stał się Hulkiem, bo w trakcie eksperymentu z promieniami gamma zobaczył Ricka Jonesa na linii ognia i wyszedł ze schronu, aby go ostrzec. No i zaraz po swojej pierwszej przemianie i uświadomieniu sobie, kim się stał, Banner był przerażony i zaczął szukać sposobu, aby się z Hulka wyleczyć. Poza tym (a ta refleksja przyszła do mnie potem), w przeciwieństwie do Hyde’a, który ma być uosobieniem czystego zła, Hulk nie jest zły. Jest wściekły, zagubiony, przerażony, ale nie zły. I na widok strachu w oczach przechodniów albo na widok swoich przyjaciół, od razu łagodnieje.

A ponieważ moja faza na Hulka ma tendencję do nawracania, widziałam już w swoim życiu różne jego odsłony. Od wspomnianej wyżej kreskówki z lat dziewięćdziesiątych, poprzez pierwszy serial animowany z lat sześćdziesiątych i Avangers: Potęgę i moc (gdzie Banner prawie nie występuje, chyba, że na początku), aż po większość filmów aktorskich. Zapytacie mnie zapewne który z odtwarzających jego rolę aktorów jest, moim zdaniem, najlepszym Bannerem. No cóż, Eric Bana i Mark Ruffallo byli niczego sobie, ale Edward Norton to dla mnie najlepszy odtwórca roli Bruce’a Bannera. Oglądając go, miałam te same odczucia, co do jego postaci, co przy kreskówce – widziałam zagubionego, osaczonego mężczyznę, który próbuje ujarzmić potwora w sobie. Widziałam mojego Bannera.

Ale trochę się zagadałam, a my mamy jeszcze trzech panów do obskoczenia.


Miejsce 3: Profesor Karaluch (Potwory kontra Obcy)

Przyznaję – dopiero niedawno odkryłam go na nowo i pokochałam. W ogóle Profesor Karaluch cieszy się dużym powodzeniem wśród fanów filmu, i w zasadzie wystarczy tylko bliżej się mu przyjrzeć, aby zobaczyć dlaczego. Z jednej strony mamy zmutowanego szalonego naukowca z tendencją do maniakalnego śmiechu i zaglądania do śmietnika w poszukiwaniu jedzenia; z drugiej – dystyngowanego, dobrze wychowanego i genialnego uczonego, który ma w sobie urok człowieka z lat pięćdziesiątych. Jeśli kiedykolwiek zobaczycie Potwory kontra Obcy, zwróćcie uwagę na ręce Profesora Karalucha. Nie tylko są to ludzkie, smukłe dłonie, ale również gestykulacja Karalucha posiada pewną staromodną manierę. No i nie zapomnijmy też o sposobie w jaki się wysławia (a w oryginale miał jeszcze brytyjski akcent!). Te wszystkie czynniki sprawiają, że ta wielka, czerwona głowa insekta nie przeszkadza aż tak bardzo w tym, aby się w Profesorze zakochać.

Podczas walki Profesor Karaluch udowadnia swoją użyteczność, nie tylko w tym, że jest praktycznie niezniszczalny dzięki swojej mutacji, ale również dlatego, że potrafi improwizować i w szybki sposób rozpracować obcą technologię, a ta technologia nie robi na nim najmniejszego wrażenia („Przecież to pole siłowe. Banalne…”). No i w halloweenowym specialu Potwory kontra Obcy: Atak zabójczych dyń, w zasadzie to on uratował Modesto, najpierw robiąc szybką kalkulację i wpadając na genialny pomysł, a potem dokonując heroicznego poświęcenia… dwa razy.

Przy okazji pragnę zaznaczyć, że my, Polacy, daliśmy mu profesurę. W oryginalnej, amerykańskiej wersji Karaluch jest tylko doktorem, a słynna habilitacja z tańca jest w istocie doktoratem. Nie muszę chyba mówić, że to aluzja do aktora Hugh Laurie, który podkładał głos pod Karalucha i który obecnie znany jest z roli doktora House’a.

A skoro mówimy o doktorach…


Miejsce 2: Doktor Emmett Brown (Powrót do przyszłości)

Wiedzieliście, że się pojawi. W zasadzie większość moich fików do tego fandomu kręci się wokół doktora Browna. Co mogłabym powiedzieć, czego jeszcze o nim nie mówiłam? Uwielbiam jego relacje z rodziną, jego uroczo zakręconą osobowość, i to, że w mojej ulubionej, trzeciej części trylogii zamienił się w kozaka ze strzelbą (Christopher Lloyd zdecydowanie powinien częściej grać w westernach). Uwielbiam przyjaźń, jaka łączy Emmetta Browna z Marty’m McFly’em – to, że są tak różni, a mimo to idealnie się dopełniają. Niech to – uwielbiam nawet jego wątek romansowy i tę jego małą hipokryzję.

Czy jest cokolwiek do dodania? To twórca wehikułu czasu w sportowym samochodzie! Gość, który przechytrzył libijskich terrorystów i wynalazł strzelbę, która potrafi zestrzelić pchłę z psiego tyłka z odległości pięciuset jardów. Nic dziwnego, że przez prawie trzy miesiące miałam na jego punkcie obsesję.

Co pozostawia na z pytaniem: Skoro Emmett Brown w całej swojej chwale zajął miejsce drugie, to kto znalazł się na pierwszym? Nie zwlekajmy już dłużej i się dowiedzmy.


Miejsce 1: Diodak (Kaczor Donald, Kacze opowieści)

Diodak zajmuje szczególne miejsce w moim sercu, gdyż lubiłam go, zanim polubiłam całe kacze uniwersum. Mogłam nie przepadać za Donaldem, Sknerusem, Daisy albo siostrzeńcami, ale Diodak miał w sobie coś takiego, co mnie zawsze przyciągało (nie mówiąc już o tym, że Diodak był jednym z moich pierwszych zauroczeń). A że jakiś rok temu odkryłam nie tylko Kacze opowieści, ale również komiksy Carla Barksa i Dona Rosy, zdążyłam przeczytać i obejrzeć wszystko, co zawiera przynajmniej minimalną ilość Diodaka.

W ciągu tych sześćdziesięciu lat od swojego pierwszego wystąpienia w maju roku 1952 (w komiksie poświeconym Gogusiowi), Diodak dorobił się ojca-złotej rączki (jednego z niewielu ojców w całym kaczym uniwersum!), dziadka-mechanika, który pracował z McKwaczem; siostrzeńca, rywala w postaci Emila Orła, a także bardzo chwytliwej piosenki. U jego boku zaś niezmiennie stoi jego mały pomocnik, największe dzieło i najlepszy przyjaciel, Wolframik.

Diodak właściwie reprezentuje sobą wszystkie te cechy fikcyjnych naukowców, które mnie przyciągają – pasję do uprawianej nauki, pewną uroczą safandułowatość, rozległą wiedzę i determinację. Bo mimo że nie zawsze jego wynalazki kończą się sukcesem, Diodak nie zraża się małymi niepowodzeniami i robi to, co najbardziej kocha – tworzy maszyny. W zasadzie Diodak jest też pracoholikiem – raz próbował odpocząć od wynajdywania i w tym celu odwiedził fermę Babci Kaczki, ale za każdym razem, kiedy chciał się zrelaksować, od razu przychodził mu do głowy jakiś nowy wynalazek.

Diodak ma też w sobie pewien idealizm. Zawsze chce pomagać ludności Kaczogrodu, choć ta ludność czasem tego nie docenia (zwłaszcza pewien bogaty kaczor ze Szkocji).

I to była moja lista siedmiu ulubionych fikcyjnych naukowców. I choć wiele cech mają ze sobą wspólnych, każdego z wymienionych tu panów lubię również za coś, co cechuje tylko jego – od pewnych cech charakteru, poprzez historię, a na relacjach z innymi postaciami skończywszy.

Mam nadzieję, że podobało wam się moich siedmiu wspaniałych. Do zobaczenia w kolejnym artykule.

2 komentarze:

  1. Do przeczytania tego i skomentowania zabierałam się już dawno. Czas najwyższy to zrobić.

    Pomysł na listę bardzo fajny. Informacji o postaciach dużo i nawet jak się którejś nie zna (ja nie kojarzę dwóch), to można się połapać. Wielki plus za Dundersztyca, którego uwielbiam i który jest chyba najbardziej specyficzną postacią z całej listy. Nawet nie wpadłabym na to, żeby go do niej wrzucić, a przecież i na mojej liście ulubionych naukowców musiałby się znaleźć. Wybór Gajusza też pochwalam, bo niby nie taki "oczywisty" naukowiec, ale jak sama zauważyłaś, miejsce wśród ludzi nauki jak najbardziej mu się należy. O Emmecie Brownie nie muszę mówić, że go kocham i bardzo się cieszę, że na liście się znalazł, choć oczywiście nie zdziwiło mnie to. Za Diodakiem nigdy nie szalałam, ale wiem, że Ty go bardzo lubisz, choć przyznam, że zaskoczyło mnie postawienie go na pierwszym miejscu ;)

    Gdybym ja robiła moją listę (czego nie zrobię, bo nie uważam się za jakąś fankę naukowców), to na pewno dodałabym jeszcze Profesora z Futuramy. Żałuję troszkę, że nie pojawił się tutaj, bo jestem ciekawa, co byś o nim napisała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Profesor Fansworth (czy Fenniworth, czy jak mu tam) też jest jedną z moich ulubionych postaci z "Futuramy" i naprawdę żałuję, że nie ma zbyt wielu odcinków jemu poświęconych. Jednak nie jest jednym z moich najulubieńszych naukowców, tak po prawdzie, to nawet o nim nie pomyślałam. Za to pozostałe trzy miejsca, które były trochę na siłę, miały zajmować trzej przedstawiciele motywu Villain Protagonist - Megamocny, Igor (z "Igora" XD) i Doktor Potwór.

      Usuń