środa, 9 stycznia 2013

Miłość van Hoovena - rozdział 7

Dom Cedricka był inny, niż go sobie wyobrażała. Dwupiętrowy budynek z białego marmuru był do tego tak duży, że w życiu nie pomyślałaby, że mieszka w nim niziołek. Dom był ogrodzony i znajdował się w najmniej zatłoczonej części Belvazy, w dzielnicy gdzie było sporo takich domów.
Weszli przez bramę do środka (Cedrick użył klucza) i stanęli na ganku. Pan domu zapukał i czekał. Po kilku sekundach drzwi się otworzyły i stanął w nich starszy od Cedricka o kilka dekad krasnolud z czarną, posiwiałą na koniuszkach brodą i w czarnym kubraku, wskazującym na to, że krasnolud pełni rolę lokaja. Na widok Cedricka rozpromienił się, ale kiedy tylko spojrzał na towarzyszącą mu elfkę, na jego twarzy zaczął się malować niepokój.
- To jest Winifred, Gilbercie – wyjaśnił na wstępie Cedrick. – Będzie moim gościem na jakiś czas.
Gilbert wyprostował się i odsunął od drzwi, aby mogli wejść.
- Niech państwo nie stoją tak. Muszą być państwo wyczerpani.
Weszli do środka. Gilbert wziął od Cedricka bagaż, postawił go i pomógł swojemu panu ściągnąć kubrak. Winifred tymczasem rozglądała się po hollu. Z lewej były zamknięte drzwi do dwóch pomieszczeń, a z tych bliżej wyjścia dochodziły jakieś smaczne zapachy. Pierwsze drzwi z prawej były otwarte i prowadziły do pokoju gościnnego. Mogła stamtąd dojrzeć kawałek kanapy, dywan i kominek. Drugie drzwi z prawej były zamknięte i małe, przystosowane dla niziołka. Pośrodku hollu znajdowały się schody na górę.
Cedrick zwrócił się do Gilberta:
- Zaprowadź pannę Winifred do pokoju gościnnego i pokaż jej wszystko. Ja tymczasem się wykąpię.
- Tak jest, panie van Hooven – odparł służbowo Gilbert, po czym uśmiechnął się i dodał o wiele mniej oficjalnym tonem: – Dobrze, że pan wrócił. Już się o pana bałem.
- Dziękuję za tę troskę. – Cedrick również się uśmiechnął.
- Proszę za mną, pani Winifred – zwrócił się do niej krasnolud.
Poszła za nim po schodach na górę. Tam również były cztery pokoje. Gilbert zaprowadził Winifred do drzwi po prawej, za którymi krył się ciemnozielony pokój z łóżkiem, komodą i wielką szafą. Na komodzie stała mała lampka. Jednak w tym pokoju były też drugie drzwi i Winifred zapytała Gilberta dokąd prowadzą.
- Do łazienki, proszę pani.
Otworzył je i oczom Winifred ukazała się całkiem schludna łazienka z wanną, toaletą i kranem. Winifred cieszyła się, że wanna była duża. Jednak uda jej się wykąpać.
Gilbert podszedł do wielkiej szafy i otworzył ją na oścież. W środku znajdowało się kilka sukienek.
- Zapewne będzie pani u nas przez kilka dni – wtrącił Gilbert. – Te sukienki są dla gości, gdyby ich ubrania się pobrudziły albo gdyby chcieli się po prostu wykąpać, a nie mają nic na zmianę. Proszę z nich skorzystać. A teraz pani wybaczy. – Wyprostował się. – Muszę przygotować panu van Hoovenowi ubranie i ręcznik.
- Rozumiem – odparła Winifred. Tylko takie słowa przyszły jej do głowy.
Kiedy wyszedł, położyła prowiant koło komody, usiadła na łóżku i zadumała się. Czemu abolicjonista Cedrick posiadał niewolnika? Dla pozorów? A może ją oszukał i nie jest żadnym abolicjonistą. W takim razie po co miałby to robić? Nie, Cedrick by jej nie oszukał. Nie jest taką świnią jak większość mężczyzn.
Ostatecznie postanowiła to z nim wyjaśnić. A najlepiej spytać też samego Gilberta jak jest traktowany przez swojego pana.
 
Cedrick siedział w wannie i rozluźniał zmęczone mięśnie. Gorąca woda działała na niego relaksująco i miło. Na razie się nie kąpał. Po prostu siedział w tym cieple i rozmyślał. Winifred jest już u niego. I co dalej? Nie krył przed sobą, że chciał ją tutaj zatrzymać jak najdłużej, aby jeszcze troszeczkę mieć ją przy sobie. Bo wiedział, że kiedy tylko Winifred od niego odejdzie, jego serce będzie potwornie krwawiło. Pewnie nie uda mu się skupić na innych rzeczach, bo cierpienie po jej odejściu będzie go absorbować przez cały czas.
Do łazienki wszedł Gilbert, chociaż ubranie i ręcznik przyniósł już wcześniej. Niósł ze sobą krzesło które postawił metr od wanny, po czym na nim usiadł.
- Dobrze, panie van Hooven – odezwał się i spojrzał w stronę Cedricka. – Co ta młoda dama tutaj robi? To utrzymanka?
- Nawet tak o niej nie mów, Gilbert – powiedział chłodno Cedrick. – Jeśli jeszcze raz coś takiego zainsynuujesz…
- Bardzo pana przepraszam, panie van Hooven – odparł pokornie i z bojaźnią Gilbert, po czym nieco spokojniej dodał: – Proszę mi wszystko opowiedzieć.
Cedrick w dużym skrócie opowiedział mu o tym jak poznał Winifred i co się działo przez ten czas od tamtego momentu. Wiedział, że Gilbert zachowa wszystko dla siebie. Był dobrym sługą i powiernikiem.
- Przeszedł pan długą i ciężką drogę, panie van Hooven – podsumował opowieść pana Gilbert, po czym wstał z krzesła, wziął je i dodał: – O piątej będzie obiad. Proszę się nie moczyć zbyt długo.
Wyszedł. Cedrick zaś zorientował się, że woda już zaczęła stygnąć, więc przystąpił do mycia się.
Tymczasem na górze Winifred dopiero wchodziła do wanny pełnej wody. Na pobliskim krześle leżało jej brudne ubranie i drugie, czyste – ciemnofioletowa sukienka z golfem i bielizna, którą wygrzebała z komody.
Winifred nie była przyzwyczajona do kąpieli w wannie. Ostatnim razem myła się w cywilizowanych warunkach jako mała dziewczynka, a od tamtego czasu zawsze musiała szukać jakiej fontanny albo korzystać z wiadra. Chwyciła mydło, nie będąc pewna, czy jeszcze wie jak się go używa. Zamoczyła je i zaczęła delikatnie ocierać kostkę o swoje brudne ciało. Po chwili już nabrała pewności i, nie spiesząc się zbytnio, umyła każdą część ciała, a nawet włosy.
Kiedy już wysuszyła się ręcznikiem i przebrała, spojrzała w lustro zawieszone nad kranem. Niby wyglądała tak samo, ale w jej odbiciu było coś innego, coś co sprawiało, że wydawała się sobie bardziej kobieca i ładniejsza. Zganiła się za te myśli. Próżność nie przystoi rabusiowi z Lasu Dolmit! Znalazła się w tym luksusowym miejscu i nagle zachciewa się jej wygodnego życia?! Chce być jedną z tych pyszałkowatych kobiet z wyższych sfer, które mają się za lepsze i spędzają życie na zbytku?!
Jednak zaraz przestała być dla siebie taka surowa. Wybrała przecież tę suknię, bo wydawała się jej najskromniejsza. Poza tym przecież wyglądała zwyczajnie, tylko była czystsza. Jej twarz nie miała żadnego makijażu ani Winifred nie nosiła na sobie żadnej biżuterii. Widziała tylko siebie z mokrymi włosami, ale musiała przyznać, że była ładna. I pomyśleć, że właśnie w tej twarzy Cedrick się zakochał…
Powróciła do swojego pokoju i znów usiadła na łóżku. Wtedy usłyszała pukanie do drzwi, a kiedy powiedziała: „Wejść”, w jej pokoju stanął Gilbert.
- Pani wybaczy, że tak wchodzę, ale o piątej podajemy obiad. Jadalnia jest w salonie, dół, pierwsze drzwi od wejścia.
Już chciał wyjść, kiedy Winifred go zatrzymała:
- Zaczekaj. Mam do ciebie pewne pytanie, Gilbercie.
Odwrócił się i podszedł do niej. W jego oczach malowało się zainteresowanie.
- Tak, pani Winifred? – zapytał.
- Jak traktuje cię twój pan? – spytała poważnie.
- Dziwi się pani, że abolicjonista ma niewolnika? Niech pani wie, że to ja nie chcę opuszczać pana van Hoovena, a nie on mnie uwolnić. Wiele razy proponował mi wyzwolenie i powrót do Ziem Dzikich, ale ja wolałem zostać tutaj. Zostałem kupiony przez ojca pana van Hoovena, aby opiekować się jego synem. Byłem świadkiem tego jak młody pan van Hooven z dobrego chłopca stał się jeszcze lepszym mężczyzną.
- Dobrze to słyszeć. – Uśmiechnęła się jakby z ulgą. Zaraz jednak spoważniała. – A ty skąd wiesz, że ja wiem?
- Pan van Hooven mi ufa – wyjaśnił Gilbert. – Opowiedział mi przy kąpieli o wszystkim, co razem przeżyliście. Proszę się nie martwić. Wszystko, co ja usłyszę w tym domu, nigdy z niego nie wychodzi. Muszę już iść – powiedział i skierował się do wyjścia. – A pani niech nie zapomni o obiedzie.
Wyszedł.
 
Cedrick siedział już przy stole w salonie i położył sobie na kolanach serwetkę. Ubrany był w białą koszulę i czarne, płócienne spodnie.
Idealnie wysoki dla człowieka stół dla sześciu osób stał blisko okna, naprzeciw którego znajdował się kominek i piękna kanapa. Salon pomalowany był na niebiesko. Na drewnianej podłodze leżał duży dywan w białe kwiaty na niebieskim tle. Między drzwiami do hollu wisiały dwie lampy o okrągłych kloszach, a nad kanapą i stołem jadalnym – dwa żyrandole. Za oknem na ciemnym niebie kłębiły się czarne chmury, więc oświetlenie w salonie było włączone.
Gilbert już postawił trzy półmiski zupy ogórkowej, a Winifred nadal się nie pojawiała. Cedrick zaczął się niepokoić. Nigdy dotąd nie kazała mu na siebie czekać. Gilbert usiadł obok swojego pana i już zanurzył łyżkę w zupie, kiedy zauważył zniecierpliwienie na jego twarzy.
- Pani Winifred zaraz tu będzie. Lepiej jak pan zacznie jeść bez niej.
Kiedy tylko to powiedział w drzwiach stanęła ona. Cedrick na chwilę oniemiał. Pięknie jej było w fioletowym, a jeszcze po kąpieli jej twarz wydawała się mu o wiele jaśniejsza. Usiadła naprzeciw Cedricka, gdzie czekała już na nią zupa. Wszyscy troje zaczęli jeść w milczeniu. Za oknem zagrzmiało, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Winifred co jakiś czas spoglądała w stronę Cedricka. Zastanawiała się, co mu chodzi po głowie. Dalej, niech coś powie. Niech przestanie być taki posępny.
Nagle w salonie zapanowała ciemność. Najwyraźniej piorun trafił w elektryczność. Mimo to wśród ciemności można było zobaczyć drżącego na swoim krześle Gilberta. Krasnolud oddychał ciężko i rozglądał się nerwowo po pokoju. Mówił też coś drżącym głosem, ale niewyraźnie. Winifred zdziwił ten widok, ale Cedrick wydawał się widzieć go już wiele razy. Zeskoczył ze swojego krzesła i powiedział do Winifred:
- Niech pani z nim zostanie i spróbuje go uspokoić. Ja tymczasem przyniosę jakąś świecę.
- Dobrze – powiedziała.
Cedrick uśmiechnął się do niej w ciemnościach, ale spojrzał jeszcze na pogrążonego w panicznym lęku Gilberta i skierował się do kuchni.
Kiedy on szukał świecy, Winifred przyglądała się Gilbertowi w milczeniu. W końcu przypomniała sobie, że miała go uspokoić, więc usiadła obok niego i położyła rękę na jego ramieniu. Kiedy podniósł na nią wzrok, uśmiechnęła się wyrozumiale. Nagle Gilbert drżącym głosem zaczął jej wyjaśniać, dlaczego jest w takim stanie.
- M-moi p-p-poprzedni właści-ci-ciele trzym-mali m-m-mnie cz-często w sz-sz-szafie. Dl-dlatego boję si-się ciem-m-mności.
Toż to straszne! – pomyślała Winifred. Nic jednak nie powiedziała, tylko przycisnęła go bardziej do siebie. Przypomniała sobie, że jeszcze niedawno uspokajała tak drżącego przed Moonem Cedricka. Poczuła się dziwnie. Czy jak Cedrick to zobaczy, poczuje się zazdrosny?
Kiedy jednak wszedł, trzymając w rękach niezapalony jeszcze świecznik i zapałki, nie wydawał się zaskoczony widokiem Winifred obejmującej jednym ramieniem Gilberta. Podskoczył na krzesło, postawił świecznik na stole i powoli zapalił wszystkie trzy świece na świeczniku. Gilbert przyglądał się w skupieniu małym płomyczkom, które choć trochę rozświetliły salon. Na twarzy krasnoluda zaczęła malować się ulga. Przestał się trząść. Lęk zniknął.
- Powrócimy do obiadu – powiedział Cedrick.
Winifred przesiadła się na swoje miejsce, a Cedrick na swoje. Znów zapadła cisza i trwała aż do końca obiadu. Potem Cedrick zabrał świecznik i wraz z Gilbertem poszli naprawić elektryczność, a Winifred ruszyła do swojego pokoju. Będąc w połowie drogi na górę, była świadkiem tego jak światła w salonie się zapaliły, co świadczyło o tym, że elektryczność powróciła do normy. Kiedy zaś elfka już była na górze i kierowała się do swojej tymczasowej sypialni, zadzwonił dzwonek do drzwi. Winifred przystanęła. Ciekawe kto mógł w taką pogodę przyjść z wizytą do Cedricka?
Gilbert podszedł do drzwi i otworzył je. Zarówno Winifred, jak i Cedrick, który był na dole, nie mogli uwierzyć własnym oczom. Na ganku, całkiem przemoczony stał Markus. W ręce miał za swój jedyny bagaż torbę lekarską, a na jego twarzy malowała się żałość.
Służący wprowadził Markusa do środka i wziął od niego torbę. Winifred zbiegła na dół. Cedrick pomógł mu ściągnąć z pleców przemoczoną marynarkę. Markus był jakby nieobecny. Przyglądał się w milczeniu Cedrickowi, który z kolei patrzył na niego z niejakim szokiem.
- Spalili mi dom – powiedział cicho, ale wyraźnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz