środa, 2 stycznia 2013

Miłość van Hoovena - rozdział 6

- Dwa bilety do Belvazy – powiedział Cedrick do kasjerki na stacji kolejowej.
Winifred stała tuż za nim. Kasjerka spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Och, ta pani jest ze mną – oświadczył Cedrick, a kasjerka podała mu bilety.
- W takim razie pan do dwunastki, a pani do trzynastki.
- A które to wagony? – zapytał płacąc (jeździł pociągami tak często, że znał cenę biletów kolejowych).
- Tamte dwa.
Wskazała jeden całkiem normalny, pasażerski, przedostatni, i drugi (ostatni) – wyglądający na typowy wagon towarowy, ale z jednym jedynym oknem naprzeciw drzwi. Teraz ten wagon był otwarty na oścież, a w środku siedziało już kilka znudzonych elfów.

- Pani chyba żartuje – powiedział poważnie Cedrick. – Moja przyjaciółka nie może podróżować w wagonie towarowym. To osoba, a nie zwierze.
- Takie są przepisy, proszę pana – oświadczyła.
- Pójdę z tym do kierownika – odparł nieco gwałtowniej Cedrick.
- Kierownika dzisiaj nie ma – oznajmiła spokojnie, jakby od niechcenia.
- To w takim razie proszę mnie przenieść do dwunastki.
- Nic z tego, proszę pana. Takie są przepisy.
Winifred położyła rękę na ramieniu Cedricka. Odwrócił się, a ona łagodnie odparła:
- Daj spokój, Cedrick. Przeżyję. Lepiej już chodźmy, bo się spóźnimy.
Cedrick uśmiechnął się wyrozumiale, ale zaraz posmutniał.
- Ma pani rację. Chodźmy.
Odeszli od kasy i skierowali się ku swoim wagonom. W połowie drogi Winifred zauważyła, że sakiewka Cedricka kołysze się u jego paska i jest dobrze widoczna. Zatrzymała więc go, chwytając za ramię, i kucnęła przed nim. Odczepiła sakiewkę i odchyliła prawą klapę kubraka. Kiedy tylko zauważyła wewnętrzną kieszeń, wsadziła tam sakiewkę i zakryła klapę, przyklepując ją lekko. Cedrick czuł się nieswojo, będąc dotykanym przez nią.
- Teraz cię nie okradną – odparła po wszystkim Winifred, uśmiechnęła się i wstała. Cedrick podniósł na nią wzrok.
- Dziękuję pani, panno Winifred – oświadczył po chwili.
- A, i jeszcze coś – wtrąciła, wyciągając z tobołka z prowiantem jabłko, i podała je Cedrickowi. – Jakbyś był głodny.
- Dziękuję jeszcze raz.
Oboje z niechęcią weszli do swoich wagonów. Po paru minutach wszystkie drzwi w pociągu zostały zamknięte, rozległ się świst, wokół pociągu zaczęła unosić się para, aż w końcu kolej ruszyła po torach w dal.
Cedrick usiadł w swoim przedziale, koło okna. Na zewnątrz rozciągały się fale złotych i zielonych zbóż, a za nimi widać było okryte jakby jasnoszarym cieniem lasy. Za lasami majaczyły wzgórza. Patrząc na ten całkiem miły dla oka widok, Cedrick pomyślał z żalem o tym, że w swoim wagonie Winifred nie ma zbyt wielu okien. A co jeśli ktoś ją zaczepi? Zaraz zaczął sam siebie uspokajać. Przecież ona umie się bronić. Jak tylko ktoś zechce jej coś zrobić albo każe mu się wynosić, albo stłucze go na kwaśne jabłko.
Te myśli jednak nie sprawiły, że zupełnie przestał się o nią martwić. Miał wyrzuty sumienia, że pozwolił tym draniom na umieszczenie jego ukochanej w tak paskudnych warunkach. Ale trudno. Już nic więcej nie da się zrobić.
Nagle do jego przedziału wszedł drugi pasażer. Niziołek w średnim wieku, z początkiem łysiny i zmęczoną twarzą. Jego błękitna sutanna z koloratką od razu wyjawiała, iż jest to ksiądz. Wyglądał na zdyszanego, kiedy wszedł do przedziału i z ulgą usiadł naprzeciw Cedricka.
- Niech będzie pochwalona Mądrość Zbawicielka – pozdrowił księdza Cedrick.
- Na wieki wieków – odparł ksiądz, po czym westchnął i dodał: – Wie pan jak się nachodziłem, aby znaleźć swój przedział? Wszędzie przedziały są pełne, a do tego tak dziwne ułożone.
- Parzyste po lewej, a nieparzyste po prawej. Co w tym dziwnego, proszę księdza? – odrzekł Cedrick.
- To pewnie tylko moje przyzwyczajenie z seminarium, że tuż obok jeden jest dwa, a po drugiej stronie zaczynają się liczby od dziesięć w górę – zaśmiał się ksiądz, po czym zapytał uprzejmie: – Jaka jest pańska godność?
- Cedrick van Hooven – przedstawił się nieśmiało.
- Ja jestem ojciec Leonard Warren. Gdzie pan jedzie? – zagadnął przyjaźnie.
- Do Belvazy. Wracam do domu – odpowiedział cicho Cedrick, przyglądając się krajobrazowi za oknem, ale zaraz powoli zwrócił wzrok znów w stronę księdza i zapytał beznamiętnie: – A ksiądz?
- Z całą pewnością w o wiele mniej przyjemne miejsce niż pański dom, panie van Hooven. Pani Mądrość ma wobec mnie plany. Jadę tym pociągiem, aby zostać kapelanem w więzieniu o zaostrzonym rygorze.
- Rzeczywiście niezbyt przyjemne miejsce – stwierdził z ironicznym uśmiechem Cedrick i znów odwrócił wzrok ku oknu.
Ojciec Warren wyciągnął z położonej obok siebie podręcznej walizki Pismo i okulary, które włożył na nos. Zaczął czytać świętą księgę po cichu. Cedrick zaczął żałować, że nie kupił wcześniej gazety. Po czym jego myśli znów powróciły do Winifred, która zapewne miała jeszcze gorzej.
Tymczasem w drugim wagonie Winifred już siedziała na drewnianej, kołyszącej się posadzce. Paru elfów stało przy oknie i przyglądało się krajobrazowi, ona jednak nie chciała. Po prostu siedziała, oparta o ścianę wagonu, obok mając tobołek z prowiantem.
Była trochę zdenerwowana. Kto wie co czekało ją w Belvazie; kto wie czy nie zetknie się z kimś z wyższych sfer, a ten ktoś nie będzie zniesmaczony tym, że jest elfką. To na pewno będzie zupełnie inne środowisko niż to, w którym się dotąd obracała. Środowisko dam i dżentelmenów, takich jak Cedrick. Środowisko osób, które dotąd tylko omijała, co najwyżej kogoś okradając. Środowisko, w którym ważne były strój, obycie, umiejętność wysławiania się, pochodzenie i… rasa. Elfy nie będą tam mile widziane, choćby były najlepiej ubrane, obyte i wysłowione. Choćby pochodziły z najwyższych sfer towarzyskich w Tayi, w Archemii zawsze są traktowane tak samo.
Przyjrzała się sobie. Wyglądała strasznie. Jej ubranie było brudne i przepocone, ona sama zaś nie kąpała się od tygodnia (nie miała czasu nawet o tym pomyśleć). Jej włosy się lepiły, za paznokciami znajdowały się drobinki brudu. Tamta kasjerka, która zobaczyła ją w towarzystwie schludnie wyglądającego Cedricka, na pewno utwierdziła się w przekonaniu, że elfy to brudna rasa.
A jeśli zobaczą ją z Cedrickiem od razu pomyślą, że coś między nimi jest. Co więcej – właśnie przez te myśli mogą go wyśmiać albo jeszcze coś gorszego. Mogliby zniszczyć jego reputację, mogliby go pobić, a potem wrzucić do rowu, mogliby zmówić się przeciwko niemu i doprowadzić jego firmę do ruiny. Nigdy wcześniej nie zastanawiała się tak bardzo nad tym, że znajomość z elfką mogłaby się dla niego źle skończyć. A tego na pewno nie chciała. Cedrick nie zasłużył sobie na to.
Od pamiętnej rozmowy z mistrzem Willem wiele razy myślała o tym, że Cedrick darzy ją miłością. I wiele razy zastanawiała się, co w związku z tym powinna zrobić. Jeśli rzeczywiście ją kochał, jej pozostały tylko dwa rozwiązania – odwzajemnić jego uczucia albo powiedzieć mu, że go nie kocha, ale zapewnić o tym, że nie życzy mu źle. Bardziej skłaniała się ku drugiemu rozwiązaniu, ale nie mogła tego zrobić teraz, kiedy on ukrywał przed nią swoją miłość. Musiała poczekać na jego wyznanie. Bała się tego momentu. Bała się tego, że mogłaby złamać Cedrickowi serce i że on mógłby ją znienawidzić.
Nie zrób mu krzywdy… – przypomniała jej się przestroga mistrza Willa. Ale w obecnej sytuacji Winifred bardzo łatwo mogła zrobić mu krzywdę. Dlaczego Cedrick musiał zakochać się akurat w niej? I dlaczego przystała, aby z nim pojechać? Wiedziała przecież, że gdyby ktoś go z nią zobaczył i doszedł do pewnych wniosków, mogłaby wyrządzić mu niewyobrażalne szkody. Musiała go ochronić przed wszystkim, co  mogło mu się przydarzyć z jej powodu. Z jednej strony wiedziała, że najlepszym rozwiązaniem byłoby oddzielenie się od niego i w ten sposób uniknięcie wszelkich plotek. Z drugiej strony coś wewnątrz niej rozpaczliwie chciało przy nim pozostać.
Obok niej usiadł jakiś wysoki elf około czterdziestki, ale jeszcze dość przystojny. O tym, że jest księdzem, zorientowała się dopiero przy drugim rzucie oka. Sam tylko się do niej uśmiechnął i wrócił do czytania Pisma. Ona również powróciła do własnych myśli. Wydawało się, że między nimi nie zawiąże się żadna konwersacja, co dla Winifred było właściwie o wiele wygodniejsze. Nie chciała rozmawiać z księdzem. Spodziewała się, że będzie ją pouczać. Winifred nigdy nie była religijna.
- Piękny dzień, córko, czyż nie? – odezwał się nagle.
- Tak… ekhm… – powiedziała, odwracając od niego wzrok. Chciała, aby się domyślił, że nie ma ochoty z nim rozmawiać.
- Wybacz mi tę ciekawość, ale gdzie taka młoda dama jak ty jedzie tym pociągiem? – Ksiądz próbował podtrzymać rozmowę.
- Proszę księdza – odwróciła się do niego z lekkim poirytowaniem w głosie. – Po pierwsze: nie jestem damą, a po drugie: nie czuję się w nastroju gadać z księdzem.
Ksiądz spojrzał na nią ze smutnym uśmiechem, po czym podniósł znów Pismo i odparł:
- Mądrość mówi, że mamy wypatrywać Jej twarzy w twarzach swoich bliźnich. Wyglądasz, córko, na przygnębioną, tak jak biedna niewiasta, którą Nasza Pani wsparła dobrym słowem i cudem urodzaju. O! – Wskazał na stronę w swoim Piśmie, na której było otwarte. – Tu jest ten fragment: I szła Mądrość przez miasto Jerlin, aby zwiastować dobrą nowinę. I napotkała na ziemi niewiastę płaczącą u drzwi swego domu. A niewiasta nie poznała Pani. Zapytała tedy Mądrość: Czemu płaczesz, niewiasto? Odparła niewiasta: Głód w mym domu zagościł i w domach sąsiadów. Nie mam jadła dla dzieci i męża, tak samo nasi sąsiedzi, których dzieci głodują jeszcze bardziej, a biedni jesteśmy i zbiory w naszym mieście niezbyt duże. Całe miasto głoduje. Żeby tylko Mądrość dała nam dobre plony. Rzekła wtedy Pani: Nie płacz, niewiasto. Zaiste godna z ciebie kobieta, iż prosisz Panią o urodzaj dla całego miasta, a nie tylko dla siebie. Dlatego nie miną dwie noce, a Jerlin będzie obfitował w zboża i owoce, a najpiękniejsze pole będzie twoje. Odeszła Mądrość z Jerlin, a następnego dnia plony były większe niż kiedykolwiek. I błogosławił cały Jerlin dobrą kobietę, która poprosiła Mądrość o plony dla całego miasta. A jej pole było najpiękniejsze.
Zamknął księgę, wkładając w nią przedtem zakładkę. Spojrzał na Winifred, jakby oczekiwał od niej jakiejś odpowiedzi. Ona jednak nic nie odpowiedziała, tylko skuliła kolana i zaczęła w zamyśleniu przyglądać się podłodze. Po minucie milczenia ksiądz się zniechęcił.
 
Chyba pół godziny minęło od wyjazdu pociągu ze stacji. Zboże za oknem zmieniło się w długie tyczki drzew wyrastających z lasu na dole. Cedrick wpatrywał się w to okno i wciąż miał wyrzuty sumienia, że nie zawalczył o lepsze warunki dla Winifred. Poza tym tęsknił za nią. Mimo, że mieli się znów spotkać zaraz po przyjeździe do Belvazy, brakowało mu jej tak bardzo, że nie potrafił tego wyrazić. Cedrick wiedział, że to przedsmak tęsknoty, która go dopiero czekała, kiedy tylko Winifred opuści Belvazę, aby powrócić na dobre do Lasu Dolmit. To było nieuniknione.
Tymczasem ojciec Warren skończył czytać Pismo i schował je z powrotem do walizki. Zaraz potem wyciągnął gazetę i tym razem zaczął ospale przeglądać nagłówki. Cedrick spojrzał na niego tylko raz i powrócił do swojej zadumy. Jednak ksiądz postanowił go z niej wyrwać i znów zagaić rozmowę, mówiąc z przejęciem:
- To robactwo znowu się panoszy.
- Któż taki, proszę księdza? – zapytał Cedrick. Naprawdę był ciekaw kim może pogardzać osoba duchowna.
- Ci abolicjoniści! – oświadczył ojciec Warren, wywołując tym samym u Cedricka uczucie ciężaru na sercu. Potem złożył gazetę w pół i pokazał nagłówek Cedrickowi, kupiec go jednak nie przeczytał. Zaraz potem ksiądz odłożył gazetę i powiedział do towarzysza: – Nie mają nic do roboty, tylko kradną cudzą własność, aby posłać ją z powrotem do Ziem Dzikich. Narażają nasz kraj na straty.
Cedrick nie zamierzał się wdawać w dyskusję z ojcem Warrenem. Uśmiechnął się tylko milcząco, kiedy tylko ksiądz na niego spojrzał. Ksiądz powrócił do gazety, a Cedrick poczuł głód. Wziął więc dotąd samotnie leżące obok niego jabłko. Już prawie zanurzył w nim swoje zęby, gdy znów pomyślał o Winifred. Spojrzał na to czerwone jabłko dane mu przez nią i poczuł się paskudnie, tak paskudnie, że chciało mu się płakać, ale ledwo się powstrzymywał. Ona zatroszczyła się o niego przed odjazdem, a on co zrobił? Dlaczego uległ kasjerce? Dlaczego pozwolił, aby jego ukochana jechała do Belvazy w tak niegodnych warunkach? Nawet jeśli sama twierdziła, że „przeżyje” podróż w cuchnącym, drewnianym wagonie, przecież jego zadaniem jako mężczyzny i przyjaciela (a może kogoś więcej niż przyjaciela?) było zapewnienie jej lepszego miejsca. Przeklęta Narodowa Sieć Kolejowa! Przeklęte przepisy!
Na twarzy Cedricka odbijała się taka rozpacz, że kiedy ksiądz Warren zerknął na niego ukradkiem, natychmiast odłożył na bok gazetę i popatrzył na niego z troską.
- Co się stało, panie van Hooven? – zapytał z wyrozumiałością w głosie.
- Nie, nic – szepnął Cedrick na pytanie ojca Warrena. Nie spodziewał się ulgi po zwierzeniu się ojcowi Warrenowi ze swoich problemów. Skoro uważał abolicjonistów za robactwo, co powie na miłość niziołka do elfki?
- Jestem posłańcem Mądrości. Uleczyć twoją duszę jest moim zadaniem – oświadczył z wyrozumiałym uśmiechem ojciec Warren.
- Ksiądz tego nie zrozumie – powiedział cicho Cedrick, unikając wzroku ojca Warrena. – Moja ukochana też jedzie tym pociągiem.
- To cudownie! – prawie krzyknął z ekscytacji ojciec Warren, po czym nagle spoważniał, przechylił się bardziej ku Cedrickowi i zapytał: – Dlaczego pańska wybranka nie jest razem z panem?
Cedricka zabolało serce. Odłożył jabłko na bok i spojrzał ojcu Warrenowi w twarz.
- Bo to elfka.
Cedrick spodziewał się słów pogardy albo chociaż wyrazu odrazy na twarzy kaznodziei. Ksiądz jednak znów się uśmiechnął, ale jakoś smutno.
- To panu przeszkadza? – zapytał.
- Nie, proszę księdza – odparł Cedrick. – Przeszkadza mi to, że z tego powodu nie może jechać w lepszych warunkach.
Nic więcej nie chciał mówić, więc zaczął powoli jeść jabłko od Winifred. Ksiądz chwilę jeszcze na niego popatrzył, aż w końcu powrócił do gazety.
 
Winifred próbowała sobie przypomnieć wszystkie zasady dobrego wychowania, które wpoili jej rodzice, zanim odeszli. Podstawy były proste – proszę, dziękuje, przepraszam; żadnych przekleństw i bójek i całkowity zakaz jedzenia palcami. Nadal jednak bała się, że może powiedzieć albo zrobić coś niestosownego. Nawet jeśli dla elity, w której obracał się Cedrick, będzie nikim, nie zamierzała go ośmieszyć.
Elfka bała się jednak, że może nie mieć okazji do kąpieli, chyba że w maleńkiej wannie dla niziołków w domu Cedricka. Na myśl o tym, że będzie musiała się tam przemieszczać na kolanach, przechodziły ją dreszcze, ale chciała zobaczyć jego dom. Na pewno będzie bogato urządzony. Przedsiębiorcy nie mieszkają byle gdzie.
Wyprostowała nogi, bo zaczęły jej już cierpnąć. Westchnęła głęboko. Podróż przedłużała się niemiłosiernie w tym cuchnącym wagonie, gdzie wszyscy milczeli, jakby ktoś umarł. Oto lud Tayi, na zawsze oderwany od swojej ojczyzny! Na zawsze poniewierany przez Archemię! Dumne elfy, teraz na uchodźctwie!
Nagle w Winifred zaczęło się coś burzyć. Skoro ma się pokazać wyższym sferom, niech im pokaże jakie naprawdę są elfy. Niech pokaże im dostojność, dumę i geniusz swojej rasy; niech pokaże, że jest dobrze wychowana, ale i posiada własny rozum i tradycję; niech pokaże, że elfy nie są brudnymi, niewychowanymi barbarzyńcami! A kiedy ludzie już ją zobaczą, umilkną  i będą szanować jej rasę.
Aż stanęła z tego uniesienia. Zwróciła tym na siebie uwagę reszty pasażerów. Zaraz się opamiętała i usiadła z powrotem na podłodze. Od teraz jednak nie obawiała się spotkania z wyższymi sferami Archemii. Zaczęła nawet układać w głowie riposty na ich odzywki. Widok min tych wszystkich rasistów – nawet jeśli wszystko miało miejsce w jej wyobraźni – było wspaniałym przeżyciem i sprawiało, że całe jej ciało drżało z ekscytacji. Z serca promieniowało jakieś dziwne ciepło, chciało jej się skakać i biegać, ale ci wszyscy pasażerowie ją onieśmielali.
Nagle pociąg gwałtownie stanął. Winifred odbiła się w miejscu od ściany wagonu, po czym drzwi się otworzyły i oczom pasażerów ukazała się stacja kolejowa. Kilku z nich wyszło. Winifred przez chwilę nie była pewna, czy to stacja Belvaza, ale potem pojawił się Cedrick i zajrzał do środka wagonu. Natychmiast wzbudził zainteresowanie, a sama Winifred na jego widok z uśmiechem wstała z podłogi, wzięła ze sobą prowiant i zeskoczyła.
Cedrick spojrzał na nią smutno.
- Przepraszam, naprawdę panią przepraszam…
- Za co? – spytała.
- Że zostawiłem panią w takim miejscu.
- E, tam – machnęła ręką. – Nie było tak źle.
Zaczęli iść. Cedrick prowadził Winifred do wyjścia ze stacji. W między czasie rozmawiali dalej, a pociąg zaczynał ruszać ze stacji.
- A tobie jak minęła podróż? – zapytała Winifred.
- Cały czas się o panią martwiłem – odparł Cedrick. – I poznałem pewnego księdza, który nie lubi abolicjonistów.
Winifred zatrzymała się, a potem jednym pociągnięciem jego ramienia zatrzymała Cedricka. Szepnęła:
- Chyba się nie zdradziłeś?
- Nie, oczywiście, że nie – odszepnął, śmiejąc się, i ruszyli dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz