czwartek, 24 stycznia 2013

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara - część 6 (ostatnia)

Wnet wybije godzina

Ból stał się tak silny, że Emmett wypuścił z rąk strzelbę i skulił się wpół. A potem poczuł, jak Saturnin podcina mu nogi, i padł na kolana, wciąż trzymając się za serce. Podniósł wzrok na Saturnina, który stał przed nim i spoglądał na swoją ofiarę z góry. Po chwili jednak przykucnął i podparł dwoma palcami podbródek doktora. Kontakt fizyczny z dłońmi zamaskowanego mężczyzny nie był przyjemny, albowiem ręka Saturnina była zimna i szorstka. Sama jego bliskość przyprawiała doktora Browna o dreszcze.
- Ta chwila wymaga odpowiedniej oprawy, nieprawdaż? Mam akurat w zanadrzu wiersz, który pasuje idealnie do tej sytuacji. – Podniósł się na równe nogi i stanął z lewej, tuż przy ofierze. Emmett zaś wciąż mu się przyglądał. – Zegar Baudelaire’a. Być może go znasz. Nie! Na pewno go znasz. Jesteś przecież oczytany. – Nagle znów kucnął i zasyczał: – Nic nie będzie pasować lepiej do podróżnika w czasie, jak wiersz poety przeklętego o nieuchronnym przemijaniu.

Milczał przez chwilę, patrząc Emmettowi prosto w oczy. Doktor miał wrażenie, że Saturnin oczekiwał od niego jakiejś odpowiedzi. On tymczasem poczuł znajome uderzenie gorąca, a także pot na czole.
Ni stąd ni zowąd Saturnin znów wstał i Emmett usłyszał jego niski, syczący głos:
- Zegar! Bóstwo złowróżbne, okropne, szydercze,/Co mówi nam Pamiętaj! i wskazuje palcem…
Ból nasilił się jeszcze bardziej i doktor Brown zaczął mieć trudności z oddychaniem. Tymczasem Saturnin przystąpił do powolnego okrążania go, kontynuując recytację wiersza:
- Wkrótce Ból wibrujący celnie, niby w tarczę,/Ugodzi w twoje pełne przerażenia serce…
Kolejne, jeszcze silniejsze ukłucie. Czy to się naprawdę działo? Czy Emmett naprawdę miał kolejny zawał i to we śnie? Intensywność bólu świadczyła jak najbardziej na korzyść tej tezy.
- Ulotna zniknie Rozkosz za horyzontami/Jak tańcząca sylfida za wygasłą sceną;/Każda chwila część bierze słodkim upojeniom,/Na całą już nam porę istnienia przyznanym.
Ale czy to był rzeczywiście sen? Może to tak naprawdę przedśmiertne halucynacje. Boże, dlaczego jego własny umysł zsyłał mu te potworne wizje? Po tym wszystkim, co przeżył tego wieczora, nie był w stanie określić, co było prawdą, a co nie. Wszystko było tak rzeczywiste, tak sugestywne…
 
- Siostro – Marty spojrzał na Adelinę – co się dzieje?
Pielęgniarka nie odpowiedziała. Podeszła tylko do pacjenta i po raz kolejny tego dnia pochyliła się nad nim, z wyrazem skupienia.
- Czy Emmett znów się denerwuje? – spytała Klara.
Przez chwilę Adelina milczała. Jakby w ogóle nie usłyszała słów pani Brown ani Marty’ego. Położyła tylko rękę na dłoni nieprzytomnego mężczyzny.
- Wszystko będzie dobrze – powiedziała, uśmiechając się przyjacielsko, po czym spoważniała i szepnęła do Emmetta: – Doktorze Brown…
 
Saturnin kontynuował recytowanie Zegara i okrążanie pozostającego w agonii Emmetta Browna.
- W godzinę trzy tysiące sześćset razy mija/Sekunda szybka mówiąc Pamiętaj! – swym szeptem/Insekta…
- Doktorze Brown… Doktorze Brown, słyszy mnie pan? – czyjś kobiecy głos zabrzmiał w uszach klęczącego naukowca.
Głos dochodzący jakby z góry, z innego świata. Zupełnie jak wcześniej, w lesie – głos Julesa. Z tym, że Emmett nie poznawał osoby, która do niego mówiła. Niemniej jednak było w tonie i barwie tego tajemniczego szeptu coś niosącego ulgę, coś podnoszącego na duchu. Saturnin najwyraźniej również to usłyszał, bo zatrzymał się nagle i prychnął śmiechem. Zaraz jednak powrócił do recytowania:
- …mówi Teraz: "Oto jestem Przedtem/I trąbą niszczycielską życie twoje spijam”…
- Doktorze Brown – głos znów się odezwał, a po chwili tuż obok Emmetta pojawiła się jego właścicielka. Ruda kobieta ubrana na niebiesko. Klęczała tuż obok niego i trzymała rękę na jego plecach.
- "Pamiętaj, śmiertelny! Remember! Esto memor!/(Ma krtań metaliczna włada każdym z języków.)… – ciągnął dalej Saturnin, a Adelina powiedziała do Emmetta:
- Musi pan się obudzić, doktorze Brown.
- Za późno, Adelino – zwrócił się do niej Saturnin i zatrzymał się tuż przed nimi. – Tym razem kawaleria nie przyjedzie.
Podniósł rękę i ścisnął mocno pięść. Doktor Brown poczuł jak stalowa obręcz zaciska się wokół jego serca, a płuca z trudem chwytają powietrze. Saturnin ruszył znów z miejsca i powiedział:
- Na czym skończyłem? Ach tak… Minuty to są złoża kruszcu, rozrzutniku;/Nie rzuca się ich, zanim złotą błysną ziemią!
Mężczyzna aż oparł drugą rękę na podłodze i ukradkiem spojrzał na Adelinę. W jej jasnozielonych oczach odbijała się troska, a jednocześnie jakaś dziwna determinacja. Chciał zapytać ją, kim jest, ale czuł, wiedział, że jest po jego stronie. Być może była uosobieniem jego siły walki albo racjonalności.
- Musi pan się obudzić – powtórzyła.
Emmett był tak słaby, że zdawało mu się, że zaraz zemdleje. Jakby coś wysysało z niego całą energię. Mimo to słyszał dobrze wszystko, co do niego mówiono – i recytowany przez Saturnina wiersz, i słowa wypowiadane przez Adelinę.
- Chcę… chcę się obudzić – wycedził. – Ale nie… wiem… jak.
- Pamiętaj! Czas jest graczem namiętnym, co wygra/Bez szachrajstw każdą partię; to reguła święta.
- Pomogę panu, ale najpierw pan musi zaufać sobie.
- Dzień się zmniejsza i noc się powiększa; pamiętaj!/Wciąż głodna jest otchłań; opróżnia się klepsydra…
Zaufać sobie? Co ona miała na myśli? Zaufać zmysłom? Po tym wszystkim, co widział i słyszał? A może chodziło o zaufanie rozumowi. Ale on też był zawodny, pogrążony w wątpliwościach.
- Wnet wybije godzina, kiedy boskie Losy…
- Niech pan pomyśli o wszystkim jak naukowiec. Niech pan spróbuje przeanalizować sytuację i odróżnić prawdę od iluzji.
Zamknął oczy i skupił się. W mgnieniu oka przeszło mu przez głowę milion myśli – wspomnień z całego dzisiejszego zajścia. Najpierw zawał tuż po kolacji z rodziną, potem utrata przytomności i przebudzenie w tym dziwnym miejscu. Potem martwy Einie, spotkanie z Saturninem. To nie sen, doktorze Brown. To koszmar. Co gorsza, nie możesz się z niego obudzić…
- Kiedy Cnota dostojna, małżonka twa krucha…
Potem zajście z Marty’m. To jego odbiegające od normy zachowanie, graniczące wręcz z okrucieństwem. No, i Klara mówiąca jemu – swojemu mężowi – że go nie kocha i że Jules i Verne nie są jego synami.
- Kiedy nawet (ach, zajazd to ostatni) Skrucha…
Potem Biff oskarżający go o zmarnowanie mu życia i zmieniający się w Buforda Tannena, który celuje w Julesa i stawia jego – Emmetta Browna – przed drastycznym wyborem. Zabić człowieka albo pozwolić swojemu dziecku umrzeć.
I nagle to w niego uderzyło. Jules. Emmett podniósł wzrok na Saturnina, który zatrzymał się przed nim, aby wypowiedzieć ostatni wers wiersza.
- Powie: Kończ, stary tchórzu…
- Czego ty właściwie chcesz? – przerwał mu nagle ledwo słyszalny szept doktora Browna.
Saturnin oniemiał, a jego oczy rozszerzyły się na znienacka zadane pytanie. Adelina uśmiechnęła się i pomogła doktorowi wstać. Wciąż czuł ból w sercu , ale wsparcie kobiety dodawało mu w dziwny sposób sił. Nie był już tak słaby jak kilka sekund wcześniej.
- Jakby się nad tym głębiej zastanowić – kontynuował – to twoje zachowanie nie ma sensu. Najpierw twierdzisz, że chcesz mi pokazać prawdę o tym, że wszyscy, na których mi zależy, mają mnie za nieudacznika, a kilka minut później mówisz mi, że chcesz mnie ukarać za to, że naruszyłem linię czasową. Pokazujesz mi Klarę przyznającą, że Jules i Verne nie są moimi dziećmi, a potem Wściekłego Psa celującego w Julesa, o którego nie powinienem dbać, skoro nie jest moim synem.
- Ależ, przecież wychowujesz go i kochasz jak własne dziecko – oświadczył z pewną dozą cynizmu Saturnin.
- A mimo to stwierdzasz potem, że naruszyłem porządek świata żeniąc się z Klarą i zakładając rodzinę. Powiedziałeś, że przeżyłem „kilka lat na peryferiach historii wraz z kobietą, która nie powinna żyć, i dwójką dzieci, które nie powinny były się nawet urodzić.” Uznałeś tym samym, że Jules i Verne są moimi synami.
Doktor Brown oparł się bardziej na Adelinie i ciągnął dalej:
- Co więcej, skoro miałeś mnie ukarać za wynalezienie maszyny czasu, czemu nie pokazałeś mi wszystkich tych złych rzeczy, które wynikły z moich, Marty’ego i Biffa podróży w czasie? Czemu zamiast tego pokazałeś mi uciekającego przed Libijczykami Marty’ego i moje rozstanie z Klarą? Dlaczego tak bardzo zależało ci, abym myślał, że Marty nie jest moim przyjacielem, a Klara mnie nie kocha? I dlaczego chciałeś, abym zastrzelił Biffa Tannena i jego przodka?
Czuł się coraz silniejszy. Coraz łatwiej było mu oddychać, a i ból serca przestał przypominać zawał. W zasadzie teraz czuł tylko jakieś tępe echo tego bólu, które słabło z każdą chwilą.
Saturnin prychnął tylko śmiechem. Jego oczy zdradzały dziwną wesołość.
- Ciekaw jestem, do jakich wniosków doszedłeś, doktorze. No dalej, powiedz mi.
- Odpowiedź jest bardzo prosta, Saturninie. Nie jesteś żadną siłą broniącą odwiecznego porządku świata, tylko wytworem mojej wyobraźni. Najprawdopodobniej uosobieniem wszystkich moich wątpliwości i ciemnych myśli. Twoim celem było nie tyle ukaranie mnie, co samo sprawianie mi cierpienia dla czystej przyjemności.
 
Aparatura zarejestrowała unormowanie bicia serca doktora, na co jego bliscy zareagowali z ulgą. Być może przez te kilka minut przeszło im przez myśl, aby zawołać lekarza, ale skoro pielęgniarka nie kazała im tego zrobić i oprócz tego jednego urządzenia, wszystko wydawało się być w normie, uznali, że wszystko było pod kontrolą.
 
Saturnin po raz kolejny prychnął śmiechem.
- Powiem ci tylko jedną rzecz, w którą uwierzysz, bądź nie, doktorze Brown. Otóż, nie chodzi o przyjemność z zadawania ci cierpienia… choć i tak ją odczuwam – wtrącił Saturnin. – Tak się składa, że ja żywię się cierpieniem. I zdradą. – Po oczach doktor Brown poznał, że jego rozmówca podniósł nieznacznie brew. – Uwielbiam, kiedy przyjaciele się zdradzają. Tak jak zrobił to Marty, kiedy pozostawił twoje ciało i uciekł przed Libijczykami w przeszłość. I kiedy prawie cię zabił podczas Targów Nauki w 1931.
- To dobry moment, abym wkroczyła do akcji, doktorze – odezwała się nagle Adelina i wyszła na środek chaty, naprzeciw Saturnina.
 
Pielęgniarka przeniosła wzrok z nieprzytomnego Emmetta Browna na Klarę i Marty’ego.
- Panie McFly – odezwała się do chłopaka, który zareagował nagłym ożywieniem. – Niech pan na chwilę zajmie miejsce pani Brown.
- Dlaczego? – spytał po chwili, a na jego twarzy malowało się niedowiarstwo.
- Niech pan to zrobi. W tym momencie doktor Brown musi odczuć obecność swojego najlepszego przyjaciela.
Marty pomyślał, że w sumie co mu szkodzi. Może siostra Adelina trochę przesadzała, a może coś w tym było. Przecież siedzenie przy doktorze nie pogorszy jego kondycji, prawda?
Klara najwyraźniej również tak myślała, bo podniosła się z krzesła i otwartą ręką zaprosiła asystenta swojego męża, aby zajął jej miejsce. Marty ostrożnie usiadł i jakby instynktownie chwycił doktora Browna za rękę.
 
Kiedy Adelina wyszła naprzeciw Saturnina, Emmett zobaczył coś, czego nie zauważył wcześniej. Do pasa Adeliny był przywiązany miecz, który właśnie wyciągnęła z pochwy. Oczom doktora Browna ukazało się długie, połyskujące ostrze, na którego powierzchni świeciły… iskierki?
Adelina odwróciła się jeszcze raz do doktora Browna.
- Tak naprawdę to wszystko jest snem, doktorze. Tak naprawdę leży pan teraz w szpitalnym łóżku, otoczony przez bliskich.
- Dość tego! – krzyknął Saturnin i zaczął iść w stronę Adeliny. – Nie pokrzyżujesz mi planów, mała, naiwna dziewczynko.
Wyprostował rękę i nagle wokół niej zaczął się tworzyć długi, czarny snop dymu. Kiedy się rozpłynął, oczom Emmetta ukazał się miecz o czarnym, ale świecącym ostrzu. Oboje – Adelina i Saturnin – przystąpili do walki, a doktor Brown przyglądał się temu z boku z najwyższym zdumieniu, czując się coraz bardziej jak bohater jakiejś gry komputerowej, w którą zwykli grać jego chłopcy i Marty. Jednocześnie miał wrażenie, że tocząca się przed nim walka ma z nim coś wspólnego. Dla pewności cofnął się o kilka kroków, aż znalazł się przy ścianie, tuż obok kominka.
Tymczasem ostrza zgrzytały. Adelina uderzała, Saturnin blokował jej uderzenia, po czym przypuszczał kontratak. Dziewczyna robiła unik i również go blokowała, aby potem zaatakować. Po chwili, nie przerywając pojedynku, Saturnin odezwał się do Emmetta:
- Zostawił cię samego, doktorze Brown! Marty McFly, twój najlepszy przyjaciel, zostawił cię samego na pastwę Libijczyków! Jesteś dla niego tylko pracodawcą!
- Znowu zaczynasz? – spytała Adelina i z uśmiechem przechyliła się do tyłu, aby uniknąć ciosu przeciwnika. Wyprostowała się i raz po raz blokowała ostrze Saturnina, mówiąc: – Doktorze Brown, chyba pan w to nie wierzy?
- Sam widziałeś jak ten smarkacz cię zostawia – ciągnął dalej Saturnin, nadal walcząc. – Widziałeś jak próbował cię zabić, kiedy byłeś w batyskafie. Raz po raz niszczył twoje życie w 1931. Kiedy poznałeś cudowna kobietę w 1885 i chciałeś z nią zostać, on zaprotestował. No i nie zapominaj o tym, ze sam przyznał co tak naprawdę o tobie myśli.
- Dobrze pan wie, doktorze – odpowiedziała Adelina, krzyżując miecz ze swoim przeciwnikiem – że to nie był Marty. Zna go pan od kilku lat. Przeżył pan z nim te wszystkie przygody. Niech pan nam powie, jaki on jest naprawdę?
Ta prośba nieco go skonfundowała. Przez chwilę doktor Brown nie wiedział, co powiedzieć. Chciał dać im odpowiedź, ale tocząca się przed nim walka i mętlik w głowie spowodowany ostatnimi wizjami, utrudniały mu skupienie się.
Nagle pojawił się przed nim Marty z Targów Nauki w 1931, który uśmiechnął się demonicznie i uderzył Emmetta w brzuch. Gdyby nie ściana, naukowiec pewnie by upadł. Niejako odruchowo pochylił głowę, ale zaraz poczuł jak ten nie-Marty chwyta go za gardło, zmuszając go, aby spojrzał swojemu oprawcy w twarz. Ich oczy się spotkały i Emmett ujrzał w nich tę chorą satysfakcję, co poprzednio.
- Doktorze Brown! – zawołała do niego Adelina. – Pan wie, że to iluzja! Niech pan powie jaki Marty jest naprawdę! Inaczej pan się nie obudzi!
- Ma-marty… – wydusił z trudem Emmett.
- Zginiesz, żałosny staruchu – zasyczał nie-Marty i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Nagle puścił szyję swojego więźnia, a kilka sekund później wbił mu kolano w brzuch i zrobił dwa korki w tył, aby popatrzeć jak obolały doktor Brown osuwa się na ziemię. Emmett wciąż słyszał odgłosy walki. Kiedy podniósł wzrok i przyjrzał się na moment pojedynkowi Adeliny i Saturnina, przekonał się, że dziewczyna wyraźnie przegrywa. Spojrzała na chwilę w jego stronę. Jej oczy zdradzały troskę, ale Emmett mógł z nich wyczytać pewnego rodzaju błaganie o pomoc, kiedy raz po raz odbijała ciosy Saturnina, sama nie mając okazji żadnego zadać.
 
Marty chciał coś powiedzieć, ale przez chwilę nie wiedział, co. Przyglądał się spokojnej twarzy śpiącego przyjaciela, zbierając myśli. A potem poczuł na swoim ramieniu czyjąś rękę. Podniósł wzrok i ujrzał uśmiechniętą twarz Klary. I nagle wszystko stało się jasne. Młodzieniec spojrzał znów na doktora Browna, pochylił się nad nim i zaczął:
- Doktorze…
 
To słowo rozniosło się po chacie jak echo. Zdawało się pochodzić jakby z góry. Sprawiło, że nie-Marty podniósł ze zdumieniem wzrok, a Adelina uśmiechnęła się triumfalnie. Sam Emmett zdziwił się zrazu, ale potem poczuł ulgę.
Tymczasem Marty (ten prawdziwy Marty) ciągnął dalej:
- Powiedział pan kiedyś, że odmieniłem pana życie. Pamięta pan? To było wtedy jak chciał mnie pan odstawić z powrotem do moich czasów.
- Tak, Marty – odpowiedział słabym głosem Emmett – pamiętam.
Pamiętał, że kiedy chłopak powiedział mu wszystko; kiedy w końcu dotarło do Emmetta, że Marty naprawdę jest z przyszłości i kiedy dowiedział się o tym, że jeden z jego wynalazków nareszcie będzie działał, poczuł jak wzrasta w nim nadzieja i wiara we własne siły. Ze zniecierpliwieniem czekał na dzień, w którym on i Marty ponownie się spotkają, i na dzień, w którym będą mogli porozmawiać o tej niesamowitej podróży do roku 1955.
- Ale nigdy nie mówiłem panu – kontynuował głos z góry, a Emmett mógł wyczuć w nim pewną nutę smutku – że pan odmienił moje.
Adelina nagle zaczęła zdobywać przewagę. Z ostrza jej miecza znów posypały się iskry. Saturnin zamachnął się za bardzo i wbił miecz w posadzkę. Szybko uwolnił ostrze i powrócił do walki. Emmett jednak nie zwracał na tę walkę uwagi. Skupiał się tylko na głosie swojego przyjaciela.
- Nie chodzi mi o podróże w czasie… choć niewątpliwie trudno o nich nie wspomnieć. – Doktor Brown łatwo wyobraził sobie uśmiech na twarzy młodzieńca, kiedy to mówił. – Chodzi mi o to – ton chłopaka znów był poważny – że nigdy wcześniej nie znałem kogoś takiego jak pan. Kogoś tak pomysłowego – prychnął śmiechem i zaraz dodał: – i zakręconego. Pokazał mi pan, że trzeba zawsze do czegoś dążyć i że sami kształtujemy swoje przeznaczenie. Nie wiem, czy byłbym tym samym człowiekiem, gdybym pana nigdy nie spotkał. I chcę, żeby pan wiedział, że dla mnie jest pan najwybitniejszym umysłem na tym świecie. Dlatego proszę, niech pan się obudzi.
Te słowa wywołały uśmiech na twarzy Emmetta Browna. Mężczyzna spojrzał na nie-Marty’ego, który wydawał się nagle nie wiedzieć, co się dzieje. Po chwili zaczął robić się przeźroczysty – jakby zaraz miał być wymazany z linii czasowej. Emmett już wiedział, co miał zrobić. Wiedział już, co miał powiedzieć.
Podniósł się na równe nogi i, wciąż się uśmiechając, powiedział do fałszywego Marty’ego:
- Marty McFly, którego znam, napisał do mnie w 1955 list.
Na twarzy nie-Marty’ego pojawił się strach, kiedy młodzik popatrzył na swoje ręce i znowu stał się przeźroczysty. Tymczasem doktor Brown zrobił krok do przodu. Teraz patrzył na sobowtóra swojego przyjaciela z góry, a on coraz bardziej tracił rezon i cofnął się o krok.
- Znam ten list na pamięć, a jego treść brzmi tak – zrobił krok do przodu, a sobowtór cofnął się – „Drogi doktorze. Tej nocy, do której wracam, zastrzelą pana terroryści. Proszę się jakoś zabezpieczyć przed tym nieszczęściem. Pański przyjaciel, Marty.”
Przy każdym słowie robił krok do przodu, a nie-Marty – krok do tyłu. Kiedy zaś doktor Brown wypowiedział ostatnie zdanie, sobowtór rozpłynął się całkowicie w powietrzu. Emmett przeniósł wzrok na toczącą się nieco dalej walkę. I znów zauważył, że na ostrzu dziewczyny zaświeciły się kolejne iskry, tym razem jaśniejsze i jakby częstsze.
Czując wzbierającą w nim siłę, doktor Brown zawołał do Saturnina:
- Być może za pierwszym razem Marty nie przeniósł się w czasie po to, aby odwrócić to co poszło źle, ale potem i tak ostrzegł mnie przed Libijczykami! A kiedy utknąłem w 1885 i pozostawiłem Marty’emu list, w którym kazałem mu użyć Deloreana do powrotu do domu i zostawić mnie w spokoju, on tego nie zrobił! Nie zrobił, bo dowiedział się, że zostanę postrzelony, i wolał mnie ratować, niż wracać do swoich czasów!
Nagle Emmett usłyszał syk rozniecanego ognia i miecz Adeliny zabłysł czerwono-żółtym płomieniem. Adelina i Saturnin zatrzymali się, choć wciąż pozostawali w pozycjach bojowych.
- Zapalił się – powiedziała z uśmiechem dziewczyna, oddychając ciężko. – Wiesz co to oznacza, Saturninie.
- Nie mów hop, moja droga – odpowiedział i znów zamachnął się mieczem.
Powrócili do walki. Ognisty miecz krzyżował się raz po raz z czarnym, lecz choć Emmett przyglądał się im uważnie, wydawało się, że płomienie nie zostawiały na czarnym ostrzu żadnych śladów. Za to wyglądało na to, że Saturnin zaczął się już męczyć.
- Niech pan kontynuuje, doktorze – oznajmiła Adelina.
Jeszcze przez chwilę Emmett zbierał myśli, aż w końcu zawołał jeszcze głośniej niż wcześniej:
- Chciałeś mi wmówić, że Marty nie jest moim przyjacielem! Że tak naprawdę uważa mnie za nieudacznika, a nawet chciał mnie kiedyś zabić! Ale tak się składa, że moje empiryczne doświadczenie wskazuje na zupełnie co innego! Marty ratował mnie tyle razy przed przedwczesną śmiercią; tyle razy pomagał mi przywrócić właściwy bieg wydarzeń, tyle razy wyciągał mnie z tarapatów, że nic, powtarzam: nic, co powiesz, nie przekona mnie, że Marty McFly nie jest moim przyjacielem!
Miecz Adeliny wybuchł nowym płomieniem. Saturnin zachwiał się na nogach, ale szybko odzyskał równowagę. Jednak nie rzucił się znów do ataku. Po prostu zablokował cios swojej przeciwniczki, kiedy ta skierowała w niego swoją broń.
 
Marty wstał i pani Brown zajęła ponownie swoje poprzednie miejsce. Chłopcy przybliżyli się nieco do ojca. Jules przyglądał się rodzicielowi ze zmartwieniem, a Verne stanął tuż obok brata i położył rękę na jego ramieniu. Klara pogłaskała policzek męża i uśmiechnęła się lekko. W końcu cichym, spokojnym, acz melancholijnym głosem przemówiła:
- Zwiedziłam z tobą przyszłość i przeszłość…
 
Emmett dotknął muśniętego delikatnymi palcami policzka i znów się uśmiechnął.
- … i chciałabym, żebyś wiedział – ciągnął głos jego żony, dobiegający z góry – że w którymkolwiek wieku, którejkolwiek epoce utknęlibyśmy, ja wciąż chciałabym, abyś był tam ze mną. Sam mówiłeś, że masz jeszcze tyle do zrobienia. Nie zrobisz tego, jeśli się nie obudzisz.
I znów miecz Adeliny buchnął nowym płomieniem. Saturnin cofnął się o krok, a Emmett zauważył, że ręce, w których trzymał miecz, zaczynają się drżeć.
- Ojcze – zabrzmiał głos Julesa. – Chyba nie chcesz przespać naszego rozdania dyplomów?
Saturnin miał coraz większe problemy z utrzymaniem miecza w pionie.
- Właśnie, tato – dodał głos Verne’a. – A nasze mecze baseballa? Poza tym, jak się obudzisz, to obiecujemy, że nigdy więcej nie użyjemy twoich wynalazków do głupich celów.
Doktor Brown prychnął śmiechem i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Nagle bam! – miecz Saturnina spadł z hukiem na drewnianą podłogę, podczas gdy ostrze Adeliny płonęło ogniem tak silnym, że Emmett obawiał się przez moment, że płomienie dosięgną jej jasnej skóry. Chwilę potem Saturnin padł na kolana, oddychając ciężko. Adelina opuściła miecz, podeszła do swojego przeciwnika i stanęła jakiś metr przed nim.
- Wiesz jaki popełniłeś błąd, Saturninie? – spytała, a on podniósł wzrok. – Tym razem wybrałeś sobie nieodpowiednią ofiarę. Bo widzisz mój drogi, dzięki swojemu wynalazkowi Emmett Brown odkrył, że bieg wydarzeń może zostać zmieniony. Przekonał się, że jeden gest, jedno zdarzenie może poczynić ogromną różnicę w życiu wielu osób. Innymi słowy doktor Brown odkrył, że przeznaczenie nie istnieje. Jednakże – odwróciła się na moment do Emmetta i uśmiechnęła się do niego przyjacielsko – jest jedna rzecz, która istnieje poza czasem i przestrzenią. To banał, który na pewno słyszał pan miliony razy, ale pańskie życie jest dowodem na jego prawdziwość.
- Co to za rzecz? – zapytał zaintrygowany jej słowami doktor Brown.
Adelina uśmiechnęła się jeszcze bardziej.
- Miłość – odpowiedziała.
Odwróciła się z powrotem do Saturnina i uklękła przed nim, opierając się o miecz, który – o dziwo! – nie zaprószał ognia na drewnianej podłodze.
- Miłość doktora Browna do Klary Clayton, jego przyjaźń z Marty’m McFly’em, fakt, że spłodził i wychował dwóch synów… I ty chciałeś to zniszczyć, Saturninie? Zniszczyć miłość, która pokonała przeznaczenie? Przyjaźń, która praktycznie zaczęła się od momentu, w którym doktor Brown naszkicował na kartce kompresor czasu? Nie masz takiej mocy, Saturninie.
Wstała na równe nogi, chwyciła oburącz miecz i uniosła go nad głową. Jak średniowieczny kat opuściła miecz na głowę Saturnina, który nie ruszył się nawet z miejsca, ale kiedy tylko ostrze dotknęło jego kapelusza, mężczyzna rozpłynął się w powietrzu.
Adelina włożyła wciąż gorejący miecz do pochwy i odwróciła się do Emmetta. Po chwili uśmiechnęła się do niego, podeszła nieco bliżej i wyciągnęła rękę w jego stronę.
- Chodźmy, doktorze Brown. Musi się pan przecież obudzić.
Emmett nieśmiało chwycił ją za rękę. Nagle Adelina rozbłysła oślepiająco jasnym światłem. Doktor Brown musiał na chwilę zamknąć oczy.
 
Kiedy je znów otworzył, wciąż było bardzo jasno, a do tego wszystko wydawało mu się zamazane. Po chwili doszło do niego, że leży w łóżku, ma maskę z tlenem na twarzy i ktoś trzyma go za rękę. Jakby z oddali doszedł do niego odgłos urządzenia rejestrującego jego rytmiczne bicie serca. Kilka sekund potem obraz w jego oczach się wyklarował i doktor Brown ujrzał siedzącą obok niego Klarę. To właśnie ona trzymała go za rękę. Za nią stał Marty, a po drugiej stronie łóżka Emmett zobaczył swoich synów. Wszyscy czworo patrzyli na niego z wyrazem najszczerszej radości.
Klara pochyliła się nad nim i pocałowała go w czoło.
 - Witamy ponownie, doktorze – powiedział Marty z uśmiechem. – Gdziekolwiek pan był, cieszymy się, że znów jest pan z nami.
- Ja… też – odparł powoli Emmett. – Miałem… bardzo osobliwy sen.
Tak to był sen. Bardzo pogmatwany, mroczny i dający do myślenia wytwór jego umysłu. Kiedy jednak Emmett Brown obudził się z tego dziwnego snu, czuł, że ze wszystkich stron jest otoczony miłością. To uczucie było jednym z najpiękniejszych jakie w życiu odczuł. Bo zaiste nic nie mogło się z nim równać.
Zapewne będzie musiał na siebie lepiej uważać – więcej się ruszać, zdrowiej się odżywiać i regularnie mierzyć ciśnienie – ale na razie nie było to ważne. Ważne było to, że jego żona, synowie i najlepszy przyjaciel są tutaj z nim, a on ma jeszcze kilka lat do przeżycia. Tę noc prawdopodobnie spędzi w szpitalu, ale potem będzie mógł przenieść się do domu i znów zająć tym, co kochał – nauką. Za jakiś czas na pewno wszystko powróci do normy, a on zapomni o tym przedziwnym koszmarze, który przeżył po zawale serca.
Udało mu się jeszcze zauważyć jak pielęgniarka o znajomych, rudych włosach opuszcza jego pokój.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz