piątek, 18 stycznia 2013

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara - część 5

Wciąż głodna jest otchłań

Jules przyglądał się jeszcze przez chwilę swojemu nieprzytomnemu ojcu, czekając, aż znów coś powie, ale Emmett Brown był tak samo nieruchomy i milczący, co na początku. Chłopak zastanawiał się, co mógłby jeszcze odpowiedzieć, ale jego zmęczone kolana zaczęły dygotać na zimnej podłodze, aż w końcu poczuł na swoim ramieniu czyjąś rękę. To Adelina stała przy nim i uśmiechała się do niego z góry.
- Muszę sprawdzić puls – powiedziała.
On tylko przytaknął powoli głową, podniósł się na równe nogi i podszedł znów do okna. Adelina pochyliła się nad pacjentem i zaczęła go w skupieniu badać. Chwyciła go za przegub i położyła kciuk na żyle. Znów zapadła cisza. A Jules nagle zdał sobie z czegoś dziwnego: Dlaczego wykwalifikowana pielęgniarka sprawdzała jego ojcu puls ręcznie, zamiast zerknąć na aparaturę?
Znużony Verne przetarł twarz ręką i zaczął masować zamknięte powieki. Tymczasem Marty przeniósł wzrok na wiszący nad drzwiami pokoju zegar, który wskazywał dziesiątą cztery.
 

Saturnin przestał opierać się o kominek i zrobił kilka kroków, wciąż jednak nie spuszczał oczu z portretów.
- Albert Einstein – zaczął powoli – Izaak Newton, Benjamin Franklin i Thomas Alva Edison. – Zatrzymał się i odwrócił w stronę Emmetta. – Nie przypadkowo spośród wszystkich naukowców, którzy zapisali się w historii ludzkości, ci czterej wiszą nad twoim kominkiem, doktorze.
- To byli wybitni uczeni, a Einstein i Franklin udzielali się nawet społecznie – odparł Emmett. – Chciałbym być w połowie tak genialny jak oni.
- Ach, tak? – zapytał Saturnin. – Zastanów się dobrze, doktorze. Naprawdę chcesz być taki jak oni? Chcesz być jak Einstein, który zdradzał żonę? Chcesz być jak Newton, który mieszał naukę z magią? Jak Franklin, który walczył z własnym synem z nieprawego łoża? A może jak Edison, który przywłaszczył sobie prace innych, nie mówiąc już o tym, że oszukał Teslę? Naprawdę tego chcesz?
Przez chwilę doktor Brown nie wiedział, co odpowiedzieć. Potem przeszło mu przez myśl, że Saturnin kłamie i chce go wytrącić z równowagi.
- O, ja nie kłamię, doktorze. – Podszedł do Emmetta i zaczął go okrążać. – To dość znane fakty, trzeba tylko wiedzieć w których książkach historycznych szukać. Albo jeszcze lepiej – szepnął mężczyźnie do ucha. – Można cofnąć się w czasie i samemu się przekonać, jacy naprawdę byli ci wielcy uczeni, o których mówisz.
- Nawet, jeśli mówisz prawdę, to… – zaczął spokojnie Emmett, ale Saturnin mu przerwał:
- To ty cenisz ich za ich pracę? Ależ to nie zmienia faktu, że Edison większość przypisywanych mu wynalazków wykradł swoim asystentom, a Einstein, ten rzekomy pacyfista, przyczynił się do stworzenia bomby atomowej.
Oddalił się i usiadł wygodnie w fotelu. Jego zimne oczy spoglądały na doktora, który wciąż stał.
- Wy, naukowcy, wierzycie w ten wasz wspaniały, nieposkromiony rozum. Myślicie, że wyższe wykształcenie, czy znajomość jakiejś konkretnej nauki od razu uczyni ludzi dobrymi, moralnie doskonałymi. Myślicie, że cokolwiek zbudujecie, wytworzycie, bądź odkryjecie, przyniesie ludzkości same korzyści. Tymczasem każdy nowy wynalazek przynosi ludziom same nieszczęścia, obojętnie czy jest to siejąca zniszczenie broń, czy maszyna, która wykonuje pracę kilkunastu robotników, przyczyniając się do ich bezrobocia. Ty, doktorze, wiesz o tym najlepiej. Ile razy powtarzałeś: „Muszę zniszczyć tę piekielną maszynę”? A przecież chciałeś nią zwiedzić przeszłość i przyszłość, a nawet poznać tajemnicę wszechświata. Jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Twój wehikuł czasu o mało nie doprowadził do licznych katastrof, łącznie z wymazaniem Hill Valley z mapy. Powiedz mi, doktorze, taką rzecz: Czy poświęcając swój rodzinny majątek i trzydzieści lat życia, brałeś pod uwagę konsekwencje swoich działań?
- Tak, byłem świadom ewentualnych zagrożeń. Zakładałem jednak, że…
- Że będziesz ostrożny i to wystarczy. Że ukryjesz swojego podrasowanego Deloreana przed ludzkim wzrokiem i będziesz mógł się nim bawić. Bo tym właściwie był dla ciebie wehikuł czasu. Zabawką.
- Nigdy nie traktowałem go jak zabawki! – wykrzyknął Emmett, ale zaraz dodał spokojniej: – Zawsze podchodziłem do podróży w czasie bardzo poważnie i nie wykorzystywałem ich dla własnej korzyści.
Saturnin zaśmiał się cicho pod nosem i nagle pojawił się znów tuż przy doktorze.
- Czyżby? – zasyczał. – A mnie się wydaje, że jednak nie. W końcu pierwsza twoja podróż w czasie podyktowana była dziecinnym kaprysem, aby zwiedzić przyszłość, której nie dożyjesz. Kiedy zaś utknąłeś w roku 1885, ucieszyłeś się tym, że trafiłeś w czasy Dzikiego Zachodu. – Położył rękę na jego ramieniu i przybliżył się bardziej do jego ucha. – W końcu zawsze chciałeś odwiedzić tę epokę. – Znów okrążył powoli Emmetta, ściągając rękę. – Nie mówiąc już o tym, że przeniosłeś się do 1931, bo chciałeś zaspokoić swoją ciekawość i dowiedzieć się, kto spalił melinę Kida Tannena.
Po chwili znów siedział w fotelu i przyglądał się doktorowi.
- Muszę przyznać, że całkiem nieźle wyszedłeś na swoim małym wynalazku. Nie tylko odwiedziłeś wszystkie te miejsca i epoki, które chciałeś odwiedzić, ale również niejako stałeś się paradoksem. Istniejesz poza czasem. Możesz naprawić każdą pomyłkę, spotkać każdego ze swych idoli… – pochylił brodę o kilka cali, wciąż wpatrując się w rozmówcę, i powiedział nieco niższym głosem: – Przeżyć kilka lat na peryferiach historii wraz z kobietą, która nie powinna żyć, i dwójką dzieci, które nie powinny były się nawet urodzić.
- Czyżbyś próbował mi wmówić, że uratowanie Klary było błędem?
- Miała zginąć na dnie wąwozu Clayton, tak jak ty miałeś umrzeć od kul Libijczyków – odparł Saturnin, podnosząc ręce. – Każda zmiana w pierwotnej linii zdarzeń może doprowadzić do nieodwracalnych szkód. Powtarzałeś to wiele razy Marty’emu McFly’owi i razem próbowaliście doprowadzić wszystko do dawnego porządku. A mimo to nie doprowadziłeś do tego, że Klara Clayton zginęła, tak jak jej było pisane od początku. Co więcej – podniósł się z fotela i ciągnął dalej: – byłeś w stanie powrócić ze swoją nową rodziną do dwudziestego wieku i żyć tak, jakby nic się nie stało. Wszyscy twoi znajomi byli tacy, jak ich zostawiłeś. Marty, Jennifer, Biff, a nawet Einstein, nie postarzeli się ani trochę, choć ty miałeś już osiemdziesiąt lat i dwóch synów w wieku szkolnym. Zmieniałeś linię czasową, niszcząc pierwotny bieg wypadków, i wciąż myślisz, że konsekwencje twoich poczynań cię nie dosięgną. Nie tylko nie powinieneś żyć, ale i nie powinieneś nawet mieć rodziny.
- Sądzisz więc – podjął doktor cichym, spokojnym głosem – że Klara i chłopcy są jedną wielką pomyłką, paradoksem, który zakłóca linię czasową. Chcesz, abym to przyznał, ale twoje rozumowanie ma jedną, małą lukę. – Zaczął iść w stronę Saturnina. – Od razu zakładasz, że wszystkie zmiany, które wynikły z naszych podróży w czasie, były złe, jednak ostatecznie nie tylko udawało nam się wszystko naprawić, ale i te nieliczne zmiany w linii czasowej, do których przypadkiem udało nam się doprowadzić, miały dobre skutki. – Zatrzymał się tuż przed mężczyzną w masce, który pozostał niewzruszony. Emmett spojrzał mu w oczy i, mimo że było w nich coś przerażającego, ze spokojem oświadczył: – Nigdy w życiu nie nazwałbym błędem tego, że George McFly postawił się Biffowi, a Marty Junior nie trafił do więzienia. – Zrobił krótką pauzę, po czym dodał wciąż tym samym, spokojnym tonem: – A już na pewno nie uważam za pomyłkę faktu, że uratowałem Klarę znad przepaści. I choćbyś nie wiem co mówił i co mi pokazywał, nigdy nie przyznam, że tak jest w istocie. Nie po niemal dwudziestu latach bycia mężem i ojcem.
Powieki Saturnina zwęziły się, zdradzając, że zmarszczył ukryte za maską brwi. Następnie mężczyzna cofnął się o dwa kroki i podniósł nieco brodę.
 
Stojąca z boku Adelina uśmiechnęła się lekko, poczuwszy znajome ciepło. Zaraz jednak spoważniała. Nikt tego jednak nie zauważył. Wszyscy za bardzo byli skupieni na leżącym w łóżku mężu, ojcu i przyjacielu; i na tym, aby go wyciągnąć ze stanu śpiączki.
 
Saturnin przemówił po raz kolejny swoim syczącym głosem:
- Twoje słowa potwierdzają tylko twoją arogancję, doktorze Brown. Myślałeś dotąd, że wszystkie twoje zbrodnie przeciwko pierwotnemu biegowi zdarzeń pozostaną bezkarne.
Doktor Brown już otworzył usta, aby zaprotestować, kiedy nagle…
- Zawsze powtarzałem, że jesteś niebezpiecznym szaleńcem, Brown.
Wicedyrektor Strickland siedział wygodnie w fotelu z rękoma  ułożonymi w piramidkę i przyglądał się doktorowi Brownowi z powagą. Po chwili przewrócił oczami i dodał w bardzo obcesowy sposób:
- Podejrzany typek, który demoralizuje młodzież. Nieobliczalny szaleniec, który siedzi całe dnie w tym swoim garażu i robi jakieś eksperymenty. Czarna owca całego Hill Valley, stanowiąca zagrożenie dla zdrowia i porządku publicznego. Nie do wiary, że przez ten cały czas nikt nie wtrącił cię do więzienia albo oddziału zamkniętego. Być może wtedy nie wymyśliłbyś tej swojej cholernej maszyny.
- Wszystko byłoby o wiele lepsze – odezwał się nagle znajomy doktorowi głos i po chwili ze schodów zszedł Erhardt Brown. Popatrzył na syna i odparł: – gdybyś został prawnikiem tak jak ja.
 
- Papa? – wyszeptał nieprzytomny doktor Brown.
Pierwszy zareagował Marty, choć nieznacznie. Zrobił tylko mimowolnie krok w tył. Doktorowi śnił się sędzia Brown? Młodzieniec nasłuchiwał, oczekując aż jego przyjaciel powie coś więcej. Pamiętał sędziego z ich podróży do 193 1 i w zależności od tego, jakie będą następnie słowa Emmetta, Marty wywnioskuje, czy sędzia Brown śni się swojemu synowi jako ktoś dobry, czy ktoś zły.
 
Serce Emmetta zaczęło mocniej bić, a oczy rozszerzyły się. Obawiał się tego, co może usłyszeć.
Sędzia Brown wszedł do salonu i oparł się o kominek.
- Zawsze mówiłem ci, że zajmowanie się nauką to kiepski pomysł. Nie dość, że zmarnowałeś prawie cały nasz majątek, to jeszcze zszargałeś moje nazwisko. Zniszczyłeś wszystko, na co tak ciężko pracowałem od momentu, w którym postawiłem stopę w tym kraju.
Doktor Brown starał się zachować spokój. Pamiętał przecież, że Erhardt ostatecznie zaakceptował wybraną przez syna drogę kariery. Poza tym kiedy Emmett był nastolatkiem, słyszał od ojca różne rzeczy.
Ale Erhardt Brown nigdy wcześniej nie mówił czegoś takiego.
Sędzia przeniósł na moment wzrok z syna na drwa w kominku. A potem nagle w jego dłoni pojawił się młoteczek, podobny do tych, którymi zwykle wymuszał porządek na sali sądowej. Przyglądał mu się, obracając dwa razy w dłoniach, a potem spojrzał na Emmetta.
- Szkoda, że nie miałem więcej dzieci. Może gdybym spłodził drugiego syna, oczyściłby on imię swojej rodziny z hańby, którą ściągnął na nią jego brat. – Wyprostował się i przestał opierać się o kominek. – A może po prostu powinienem spędzać z tobą więcej czasu i być bardziej stanowczym.
- To nie pańska wina, panie sędzio – zwrócił się do niego Strickland, a potem znów popatrzył na doktora. – Starał się pan jak mógł, ale on po prostu odrzucił wpojone mu zasady i wartości. Sam stał się arogancki i nieokrzesany.
- Prawda, prawda. Równie dobrze mógłbym w ogóle nie mieć syna. Nawet wyszedłbym z tym lepiej, bo moja ciężko zarobiona fortuna nie przepadłaby w tak głupi sposób, a Hill Valley nie musiałoby znosić swojej najgorszej zakały. Nie doszłoby też do tych wszystkich zbrodni przeciwko ustalonemu porządkowi świata. – Podniósł wzrok na Emmetta i pełnym pogardy tonem oświadczył: – Niech będzie przeklęty dzień, w którym się narodziłeś.
Doktor Brown zacisnął rękę na strzelbie i przygryzł dolną wargę, jednakże próbował nie reagować na słowa wypowiadane przez ojca. Wiedział, że to wszystko to sen; że prawdziwy Erhardt Brown tak o nim nie myślał. Ale jednak nie zmieniało to faktu, że mężczyzna naprzeciwko miał jego twarz i głos. Poza tym wiele razy Emmett zastanawiał się, czy jego ojciec byłby z niego dumny, widząc wszystko, czego dokonał jego syn. Czy ucieszyłby się, że Emmettowi udało się zbudować wehikuł czasu? Albo że założył rodzinę i spłodził dwóch inteligentnych i zaradnych chłopców? Teraz wyglądało na to, że nie tylko nie czuł dumy, ale wręcz nienawidził swojego jedynego syna.
Doktor Brown widział tę nienawiść w chłodnym spojrzeniu ojca, które zwykle wyrażało złość, oburzenie albo zawód, nigdy jednak tak ognistą nienawiść. Takim spojrzeniem obdarzało się tych, którym życzyło się śmierci w męczarniach. Świdrowało go do głębi i nie było przed nim ucieczki, albowiem nawet kiedy Emmett odwracał wzrok, czuł je na sobie. Wywoływało ono w nim z jednej strony uczucie strachu o to, co sędzia Brown mu powie lub zrobi, a z drugiej – wielki, przytłaczający smutek. Jego własny ojciec przeklął właśnie dzień jego narodzin i stwierdził, że wolałby nie mieć syna. Jakaś część jego świadomości spłodziła myśl, że być może to wszystko jednak było prawdą. Może rzeczywiście wszyscy – włącznie z Marty’m, Klarą i ojcem – go nienawidzili? Może rzeczywiście mówili wszystkie te straszne rzeczy szczerze?
Kiedy podniósł znów wzrok, w salonie stali również inni obywatele Hill Valley – McFly’owie, Stricklandowie, Tannenowie… Klara i chłopcy również tam byli. Wszyscy przyglądali mu się tym samym nienawistnym wzorkiem. Saturnin wystąpił naprzód, a potem pojawił się tuż za doktorem. Po chwili znaleźli się znów w starej chacie, w której zaczął się ten cały koszmar. Byli sami.
Saturnin zasyczał Emmettowi do ucha:
- Boisz się śmierci, prawda, doktorze? – Zaśmiał się cicho i dodał: – Każdy się jej boi. A ty uciekałeś jej tyle razy, że pewnie myślisz o niej częściej niż większość ludzi.
Wtedy doktor Brown poczuł nagłe ukłucie w piersi. A zaraz potem następne o wiele silniejsze, które sprawiło, że instynktownie złapał się za pierś.
 
Doktor Brown wciąż milczał, ale Marty i tak wiedział, że dzieje się coś złego. Głównie dlatego, że nieprzytomny doktor zmarszczył brwi i zacisnął mocniej pięści. Chłopak od razu pomyślał, że sen, który ma jego przyjaciel, musi dotyczyć jakiegoś zdarzenia z przeszłości. Być może był to sen o pracy w kancelarii pod czujnym okiem sędziego Browna. Zastanawiał się, czy powinien do niego przemówić, czy może pozwolić, aby doktor uporał się z tym samodzielnie. Zanim jednak zdążył podjąć decyzję, aparat zarejestrował przyśpieszenie bicia serca. Najpierw powoli, miarowo, ale z każdym uderzeniem kreska była coraz wyższa i jakby głośniejsza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz