wtorek, 8 stycznia 2013

Moich 10 ulubionych filmów

Prawdopodobnie nie znacie mnie jeszcze na tyle dobrze, aby się zastanawiać, jakie lubię filmy, niemniej jednak doszłam do wniosku, że moje urodziny to dobra okazja, aby wam o tym opowiedzieć. Generalnie ludzie zawsze mają różne trudności z ułożeniem listy dziesięciu filmów, które uważają za swoje ulubione, toteż ja postanowiłam przyjąć (między innymi) takie oto kryterium: jeśli przy przeglądaniu programu telewizyjnego albo oglądaniu reklam na jakimś kanale dowiaduję się, że jakiś określony film będzie niebawem puszczany w telewizji, i od razu dochodzę do wniosku, że muszę go (w miarę możliwości) obejrzeć, to jest to film, który mogę uznać za jeden z moich ulubionych. Będzie jeden wyjątek od tej reguły, ale powiem o tym później.

Pojawią się na tej liście filmy, które zapewne podobają się tylko mnie, a przez resztę ludzkości przeważnie uważane są za dzieła co najwyżej mierne. O innych może słyszeliście, a o innych na pewno. Jest tutaj kilka dramatów, kilka filmów przygodowych, kilka komedii, a nawet dwa filmy animowane. Nie zwlekajmy więc i przejdźmy do meritum.

Numer 10: Fred Claus, brat świętego Mikołaja
Zaczynam od filmu, który jest jedną z tych mało wyrafinowanych komedii robionych specjalnie na Boże Narodzenie, a tytuł mówi nam, że mamy do czynienia z kolejnym filmem opowiadającym o jakimś członku rodziny świętego Mikołaja (o tak, według rozlicznych bożonarodzeniowych dzieł Mikołaj ma nie tylko żonę, ale i dwie córki, a także synów; w ogóle istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie jest oryginalnym Mikołajem, tylko którymś z jego potomków, który przejął po nim schedę). Fred Claus zaś jest typowym cwaniaczkiem, trochę gburowatym, ale w zasadzie o dobrym sercu. Historia kręci się wokół tego, że jego brat wyciąga go z więzienia i nawet jest skłonny dać mu pieniądze na jego kolejny lewy interes, ale pod warunkiem, że Fred odpracuje wszystko na Biegunie Północnym. Przy okazji fabrykę Mikołaja odwiedza urzędnik, który jest gotów zrobić wszystko, aby została ona zamknięta z powodu niewystarczającej wydajności. Z boku mamy też wątek miłosny związany z nieśmiałym elfem, który podkochuje się w o wiele wyższej koleżance z pracy. Widzieliśmy już te wszystkie motywy wiele razy, tak więc nie wygląda to zbyt dobrze.

Z tym, że Fred Claus, brat świętego Mikołaja – przynajmniej moim skromnym zdaniem – bardzo ciekawie rozpatruje ten koncept ukochanego symbolu Gwiazdki posiadającego starszego brata. Fred na samym początku historii stara się być dobrym, troskliwym bratem, ale w końcu zaczyna swoje rodzeństwo nienawidzić. Mały Mikołaj ma dobre chęci, ale są to tego typu dobre chęci, którymi piekło jest wybrukowane – pozbawione głębszego namysłu. Sam zdaje sobie wreszcie sprawę z konsekwencji swoich działań, toteż jest wobec Freda wyrozumiały, kiedy ten okazuje złość i zachowuje się gburowato. Niestety, nawet cierpliwy i dobroduszny Mikołaj ma granice wytrzymałości…

Poza tym mamy ten morał odnośnie niegrzecznych dzieci, które są przez Mikołaja oznaczone po prostu jako niegrzeczne, bez zastanowienia nad tym, dlaczego są niegrzeczne.

Numer 9: Harry Potter i Więzień Azkabanu
Zabawne jest to, że trzeci tom Harry’ego Pottera nie należy do moich ulubionych. I też w samym filmie są sceny, które mi się nie podobają, jednak zawsze staram się go obejrzeć, ze względu na granego przez Gary’ego Oldmana Syriusza Blacka. Przez cały film czekamy na ten moment, w którym Harry, Ron i Hermiona wreszcie go spotkają. Słyszymy, że to zły człowiek, że zdradził Voldemortowi kryjówkę rodziców głównego bohatera, że uciekł z najcięższego więzienia dla czarodziejów i prawdopodobnie chce teraz zabić Harry’ego. W końcu dochodzi do tej wyczekiwanej konfrontacji i jest to jedna z najlepszych konfrontacji w ekranizacjach książek J. K. Rowling.

Jest tam taka scena, w której Syriusz Black woła Petera Pettigrew, a robi to w taki sposób, że przez chwilę widz ma wrażenie, że Syriusz jest obłąkany. Gary Oldman pokazał mi w tej scenie, co znaczy dobre aktorstwo. Popis daje też aktor, który w polskim dubbingu podkładał pod niego głos. Nigdy wcześniej nie zwracałam na to uwagi i nie rozumiałam w pełni, co znaczy zagrać coś dobrze albo źle. Do dzisiaj, za każdym razem kiedy oglądam Harry’ego Pottera i Więźnia Azkabanu czekam ze zniecierpliwieniem na tę scenę i na wypowiadaną przez Oldmana kwestię, bo zagrał je w bardzo ekspresyjny, sugestywny sposób.

Numer 8: Indiana Jones i Świątynia Zagłady
Druga część serii o Indianie Jonesie jest przez jednych uważana za nijaką, a przez innych – za tylko odrobinę lepszą niż Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki. Ja należę do tych osób, którym ten film się po prostu podoba. Jeśli miałabym podać jeden powód, dla którego tak jest, powiedziałabym od razu i bez bicia, że tym powodem jest Short Luang.

Wiem, że przeważnie uważany jest za irytującego, ale mnie nigdy nie irytował. W swojej pierwszej scenie prowadzi samochód, mimo że ma ile? Dziesięć lat? Jest sprytny (sam uwalnia się z kopalni w Świątyni Zagłady), zaradny (umie się bić) i do pewnego stopnia zabawny (do Indiego w czasie gry w pokera: „Ja oszukuję mało, ty dużo…”). Droczy się z Indianą Jonesem, ale widzimy, że jest między nimi pewnego rodzaju chemia. Doktor Jones zresztą traktuje go jak dorosłego.

Willie Scott denerwuje widzów, ale taka miała być; w założeniu miała być zupełnym przeciwieństwem Marion Ravenwood, kimś próżnym, płytkim i niezdolnym do poradzenia sobie z dala od cywilizacji. Serio, która przywykła do luksusu i życia w mieście kobieta nie zareagowałaby krzykiem na wijącego się koło niej węża?

Poza tym Indiana Jones i Świątynia Zagłady jest jak każdy inny film o Indiana Jonesie – jest tam i kilka zwrotów akcji, i tajemniczy artefakt o magicznych właściwościach, i kilka egzotycznych miejsc, i romans, i humor… Jednym słowem: stary, dobry pulp. Czysta zabawa, nic więcej.

Numer 7: Kung Fu Panda
Prawdę mówiąc, od chwili, w której zobaczyłam pierwszy zwiastun Kung Fu Pandy, wiedziałam, że muszę się na niego wybrać do kina. Fakt – jest to kolejna opowieść o grubasie, który uczy się wierzyć w siebie i dzięki wysiłkowi podąża za marzeniami, jednak tak naprawdę ta opowieść ma dwóch protagonistów, co więcej – obaj są pandami. Pierwszą z nich jest, oczywiście, dobroduszny i marzący o zostaniu mistrzem kung fu Po, a drugą pandą (choć innego gatunku) jest mistrz Shifu.

Shifu jest o wiele bardziej interesujący od Po. Z jednej strony jest tym twardym, surowym mentorem, z drugiej – kimś, kto wciąż żyje swoją przeszłością i tym, co stało się z Tai Lungiem. Stara się podążać za wskazaniami swojego mistrza, nawet gdy ten go nagle opuszcza, i na początku nie ma bladego pojęcia jak pomóc Po stać się Smoczym Wojownikiem. Nie wierzy w niego tak samo, jak Po nie wierzy w siebie i przez cały film przyglądamy się temu jak obaj zaczynają sobie ufać, jak Po uczy się wartości ciężkiej pracy i wiary w siebie, a Shifu znajduje odpowiedni sposób na trenowanie go.

Poza tym Kung Fu Panda jest dla mnie przykładem filmu dopracowanego. Kiedy go oglądam, widzę, że ludzie, którzy go robili, włożyli weń wysiłek i pasję. Animatorzy postarali się, aby wszystko dookoła przypominało Daleki Wschód. Kompozytorzy stworzyli muzykę, która oddaje emocje i doskonale wpasowuje się w sytuacje. Choreografowie sztuk walki, scenarzyści, aktorzy… wszyscy ci ludzie włożyli w ten film mnóstwo pracy i dlatego oglądanie go sprawia mi taką przyjemność.

Numer 6: To właśnie miłość
Kolejny film do oglądania na święta, ale tym razem o wiele wyższych lotów. Jest to coś więcej niż komedia romantyczna – jest to komedia, która w bardzo zgrabny sposób próbuje pokazać czym jest miłość, przedstawiając kilka jej przejawów. Mamy pierwszą miłość chłopca z podstawówki do koleżanki z klasy, mamy miłość małżeńską, mamy miłość mężczyzny do żony najlepszego przyjaciela, mamy romans biurowy, mamy uczucie, które rodzi się ponad barierami językowymi… No i nie zapomnijmy o scenie, w której wulgarny i cyniczny rockman wyznaje miłość swojemu impresario.

Wszystkie występujące w filmie wątki przeplatają się ze sobą i tworzą ciepłą, zabawną mozaikę, która pod koniec łączy się w jedną całość. Na samym początku zaś wygłaszany jest krótki monolog o tym, że świat nie jest pełen nienawiści i okrucieństwa, tylko właśnie miłości, a ostatnia scena, zaraz po zamknięciu wszystkich wątków, nawiązuje do tego monologu montażem ludzi witających się na lotnisku z piosenką God Only Knows w tle. To właśnie miłość zasłużył sobie – moim zdaniem – na to, aby stać się klasyką.

Numer 5: Rodzinka Robinsonów
To jeden z tych filmów, na końcu których się płacze. Ja w każdym razie zawsze płaczę przy finale, kiedy śpiewa Myslovitz. Tak jak To właśnie miłość, jest to film, który śmiało nazwałabym ciepłym, mimo że ma również silny wątek science fiction. Główny bohater, Leonard, to jeden z moich ulubionych typów postaci fikcyjnych – roztargniony, skupiony wiecznie na własnych wynalazkach naukowiec. Mimo że tytułowa rodzina Robinsonów jest bardzo kolorowa, to i tak wszystko kręci się wokół Leonarda – jego wynalazków, jego przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, jego pragnieniu spotkania matki, i tego, co ma mu za złe antagonista.

Zresztą ten mężczyzna w meloniku, który cofa się w czasie, aby zniszczyć Leonardowi życie, wyraźnie ma przypominać tymi swoimi długimi, podkręcanymi na końcach wąsami czarnych charakterów ze starego kina. Na pierwszy rzut oka wydaje się wyciągnięty z zupełnie innej bajki, nie pasuje ani do science fiction o podróżach w czasie, ani do opowieści o sierocie pragnącej rodzinnego ciepła. A jeśli już ten typ antagonisty miałby coś zrobić, to próbowałby przejąć sierociniec albo coś w tym stylu. Tymczasem po jakimś czasie zdajemy sobie sprawę z tego, że chce się zemścić na Leonardzie. Wystarczy się tylko dowiedzieć czemu.

Tak czy inaczej, ten film ma bardzo sprecyzowany morał, który był wałkowany tysiące razy w innych filmach familijnych i nie tylko, ale w Rodzince Robinsonów jest on przedstawiany właśnie w taki ciepły, niesztampowy i świeży sposób. Poza tym oglądając Rodzinkę…, miałam wrażenie, że to był film, z którego Walt Disney byłby dumny; taki film disnejowski w starym stylu.

Numer 4: Captain America: The First Avanger
To jest właśnie ten wyjątek od wyżej wspomnianego kryterium wewnętrznego przymusu obejrzenia tego filmu w telewizji. A powód tego jest bardzo prosty: obejrzałam Captain America: The First Avanger nie w telewizji, tylko na komputerze, kiedy to zaliczałam wszystkie tie-iny niejako w związku z przygotowaniem do kinowego seansu Avangers. I naprawdę jestem szczęśliwa, że go obejrzałam, bo ten film wywarł na mnie pozytywne wrażenie od początku do końca, a potem zmusił do refleksji nad naszymi czasami i pozostawił z chęcią zrobienia czegoś dla społeczeństwa i ludzkości w ogóle.

Z jednej strony jest to film wojenny, wręcz czuje się tę atmosferę lat czterdziestych, nie mówiąc już o tym, że scenarzyści wykorzystali stare zarówno amerykańskie, jak i niemieckie projekty wojenne, które nie zostały zrealizowane, bo nie mogłyby działać, a w Captain America: The First Avanger miały rację bytu ze względu na Tesseract. Z drugiej strony jest to film o człowieku, który chce dostać się do wojska, aby walczyć, nawet nie tyle za ojczyznę, co dlatego, że ma poczucie sprawiedliwości i pragnie bronić słabszych.

Oczywiście właśnie ten praworządny dobry główny bohater jest naczelnym powodem, dla którego Captain America: The First Avanger jest przeważnie uważany za gniot. Nie tylko mamy to wszystko, o czym mówiłam niedawno w oddzielnym artykule, ale też ma się miejscami wrażenie, że to taki film propagandowy, w którym dzielni, amerykańscy chłopcy idą ratować ludzkość. To, co mnie właśnie smuci, to fakt, że nie znalazłam jeszcze nikogo (poza być może Blockbuster Busterem  i Nostalgia Critikiem), komu Captain America by się podobał. A szkoda, bo jest to pierwszy film o Kapitanie Ameryce zrobiony dobrze, widać tam dbałość o detale epoki (choć niektóre z nich można docenić dopiero po poznaniu kilku faktów historycznych, na przykład oddziały złożone z urodzonych w Ameryce Japończyków), napisy końcowe wykorzystują w kreatywny sposób plakaty propagandowe z okresu drugiej wojny światowej, a cały film mimo że jest ostatnim tie-inem do Avangers, cofa nas do samego początku, zarówno przez to, że opowiada o jednym z najstarszych superbohaterów Marvela, ale też przez to, że wykorzystywany przez nazistów do zasilania broni i skomplikowanej maszynerii Tesseract będzie punktem zapalnym w fabule samych Avangers.

Poza tym (a jest to jeden z ważniejszych, jeśli nie najważniejszy powód, dla którego zakochałam się w tym filmie) występuje tam wspaniała postać Howarda Starka. Po dwóch Iron Manach, w których ojciec głównego bohatera zredukowany był tylko do bycia wspomnieniem i nagraniem, wreszcie mamy go nie tylko żywego, ale także pełnego energii i gotowego do działania; wreszcie możemy oglądać go podczas pracy. Z jednej strony jest wyluzowanym miliarderem-kobieciarzem (chociaż nie w takie skali, jak jego syn, ale i tak w miarę oglądania można znaleźć podobieństwa między oboma Starkami), z drugiej – potrafi być poważny, asystuje przy Operacji „Odrodzenie”, konstruuje Kapitanowi tarczę z vibranium i pomaga mu przedostać się na terytorium wroga, pilotując samolot. Każdą scenę z Howardem Starkiem (nawet słynne „Write it down.”) oglądałam z czystą przyjemnością i nawet odczuwałam pewien pociąg do niego. On i Mycroft Holmes w wykonaniu Marka Gatissa uświadomili mi, że nie ma to jak mężczyzna w dobrze skrojonym garniturze w komplecie z kamizelką pod marynarką. Tak więc jeśli wszystkie wyżej wspomniane argumenty nie zachęcają do obejrzenia Captain America: The First Avanger, to warto zobaczyć ten film przynajmniej dla pięknego i młodego Taty Starka.

Numer 3: Powrót do przyszłości, część trzecia
Kiedy jakaś telewizja puszcza (najczęściej w odstępie kilku dni) trylogię Powrotu do przyszłości, mogę nie oglądać pierwszej części i istnieje spore prawdopodobieństwo, że oleję drugą, ale trzecią po prostu muszę zobaczyć. Jest kilka powodów, dla których właśnie ostatni film z trylogii Zemeckisa podoba mi się najbardziej, ale na pierwszy plan wysuwa się to, że Emmett Brown jest w niej kimś więcej, niż szalonym naukowcem oderwanym od życia. W mojej ulubionej scenie przestrzeliwuje linę, na której wieszany jest Marty, otwarcie przeciwstawia się Wściekłemu Psu i wygląda nie jak dziwak, tylko najprawdziwszy kowboj rodem z filmów Eastwooda.

Z jednej strony ten film jest to do pewnego stopnia pastiż westernów. Mamy tam, i bandytę terroryzującego miasteczko, i bohatera, który ma z nim stoczyć pojedynek, i porwanie pociągu, i grabarza zdejmującego miarę na trumnę… Nie mówiąc już o tym, że Marty przybiera nazwisko Clint Eastwood!

Z drugiej strony jest to film, który ma zamknąć trylogię i dlatego wiele rzeczy, które tam zachodzą, ma charakter symboliczny w kontekście całej serii. Doktor Brown i Marty przenoszą się do początków Hill Valley, spotykają pierwszego Tannena w mieście i pierwszego McFly’a urodzonego w Ameryce, a także robią sobie zdjęcie przy zegarze, dzięki któremu w pierwszej części trylogii Marty powrócił do domu.

Poza tym mamy te dwa wątki – wręcz głupią i niebezpieczną impulsywność Marty’ego i miłość między doktorem Brownem i Klarą Clayton – które się ze sobą przeplatają i budują napięcie aż do sceny pojedynku z Bufordem Tannenem. Czyje nazwisko pojawi się na nagrobku, który sfotografował wcześniej Marty? Skoro doktor Brown jest zakochany, to czy zechce wrócić do dwudziestego wieku? Czy uda się rozpędzić Deloreana, zanim będzie za późno?

Zakończenie zaś perfekcyjnie dopełnia całą trylogię. Wszystkie wątki zostają domknięte i mamy w miarę satysfakcjonujący finał, w którym morał całej serii zostaje ujęty w kilku zdaniach wypowiedzianych na odchodnym przez doktora Browna do Marty’ego McFly’a.

Numer 2: Stare lwy
Stare lwy to kolejny film, który nazywam ciepłym i przy którym płaczę. Jest to z jednej strony komedia o dwóch podstarzałych twardzielach, którzy żyją sobie samotnie na farmie, umilając sobie popołudnia strzelaniem do komiwojażerów; z drugiej strony jest to opowieść o ich siostrzeńcu, spragnionym rodzinnego ciepła młodzieńcu, którego matka ciągle kłamie i miesza się w związki z nieodpowiednimi mężczyznami; i który zostaje wyżej wspomnianym staruszkom podrzucony.

No, więc mamy Waltera, tego młodego człowieka, który jest notorycznie okłamywany przez własną matkę i tuła się z nią po świecie; i mamy Grata i Huba, tych dwóch zdziwaczałych staruszków, którzy mają gdzieś ukryty majątek, ale co do tego, jak go zdobyli, krąży wiele plotek. Powoli chłopak zaczyna przekonywać się do swoich wujków, a oni do niego. Grat opowiada mu nawet dzieje burzliwej młodości swojej i Huba. W ogóle motywem powtarzającym się w całym filmie jest starość i niemożność pogodzenia się z nią przez Huba. Hub jest twardzielem, który potrafi pokonać w pojedynkę kilku uzbrojonych młodzików; pozornie nic go nie obchodzi, ale tęskni za czasami, w których przeżywał przygody i teraz czeka tylko na śmierć.

I wtedy wkracza Walter, który słucha opowieści Grata na temat przygód Huba, jak baśni. Bo zaiste jest to dla niego baśń – zawiera w sobie romans, przygodę, suspens i pewną egzotykę, a przy tym opowiada o wartościach, z którymi chłopak nie miał do tej pory zbyt często do czynienia. No, bo żaden z wybranków jego matki nie wiedział, co to honor i nie kochał żadnej kobiety tak jak wujek Hub kochał Jasmin (zresztą, potem spotykamy najnowszego kochanka matki Waltera). Poza tym Hub ma ułożoną mowę, której musiało wysłuchać wielu mężczyzn (między innymi wyżej wspomniani pokonani przez niego młodzieńcy) i którą Walter także chciałby kiedyś wysłuchać, bo chce być dobrym mężczyzną. Zresztą scena, kiedy Hub mówi fragment tej mowy, zawsze wzrusza mnie do łez.
Cóż więcej powiedzieć? Humor w Starych lwach jest czasami trochę szalony, ale w bardzo starym stylu (ani nie kloaczny, ani sprośny). No i jest to bodajże ostatni film, w którym występuje Henry Joel Osment.

Numer 1: Amistad
Za każdym razem, kiedy oglądam ten film, odkrywam coś nowego. Amsitad jest monumentalny, często operujący niemal pozbawionymi dialogów scenami, a przy tym bardzo nasycony symboliką. Jest to z jednej strony opowieść o ludzkim okrucieństwie i mentalności ówczesnych Amerykanów odnośnie niewolnictwa; a z drugiej strony – opowieść o porozumieniu pomiędzy kulturami, co szczególnie widać na przykładzie Baldwina, który najpierw traktuję proces Afrykanów jako kolejną sprawę majątkową, ale w miarę postępowania fabuły zaczyna widzieć swoich klientów w innym świetle. W zasadzie cały film kręci się wokół tych trzech mężczyzn: Baldwina, Johna Quincy Adamsa i Cinque, który nie tylko nie rozumie, co się wokół niego dzieje, ale też z trudem radzi sobie z byciem przywódcą.

Cały proces sądowy Afrykanów trzyma w napięciu, a sceny pomiędzy kolejnymi rozprawami są bardzo klimatyczne, wszystko wokoło wydaje się być mroczne i brudne. Wiele pomniejszych postaci ma własne pięć minut (chociażby młody, ambitny sędzia, który ukrywa to, że jest katolikiem), zaś mowa końcowa Johna Quincy Adamsa wygłoszona do sędziów Sądu Najwyższego jest, moim zdaniem, jedną z lepszych mów w historii kina. Muzyka również jest bardzo klimatyczna. I mimo że samo opisywane przez film wydarzenie nie miało aż tak wielkiego wpływu na zniesienie niewolnictwa, to i tak Amistad jest do dzisiaj puszczany w amerykańskich szkołach na lekcjach historii.

I to było moje dziesięć ulubionych filmów. Mam nadzieję, że bawiliście się dobrze. Być może nawet parę pozycji na tej liście was zainteresowało i wkrótce zechcecie się z nimi zapoznać. Tak czy inaczej, dziękuję za uwagę.

1 komentarz:

  1. Bardzo podoba mi się kryterium doboru filmów. Sama też mam kilka tytułów, które zawsze chętnie oglądam ilekroć na nie trafię, chociaż przy niektórych ciężko mi uzasadnić dlaczego je lubię.
    Z wymienionych filmów widziałam cztery:
    * Indiana Jones i Świątynia Zagłady - ale lubię cały cykl jednakowo, bo w każdym filmie jest coś dla czego warto po niego sięgnąć,
    * Kung Fu Panda - w kinie wylądowałam na tym przypadkiem, ale nie żałuję bo film jest naprawdę dobry (serial również),
    * To właśnie miłość - ten film uwielbiam, za scenariusz, za obsadę i ogólnie za niesamowity klimat,
    * Powrót do przyszłości, część trzecia - mam podobnie. O ile z pierwszych dwóch filmów, poza kilkoma scenami z początku lub końca, nic więcej nie utkwiło mi w pamięci i jakoś nigdy nie ciągnie mnie do ponownego obejrzenia, tak trzeciej części nigdy nie przepuszczę. I kocham za wszystkie elementy jakie wymieniłaś.

    OdpowiedzUsuń