środa, 26 grudnia 2012

Miłość van Hoovena - Rozdział 5

Po kilku dniach wspólnej podróży Cedrick i Winifred nareszcie znaleźli się w Lesie Dolmit. Był on bardzo gęsty, ale poprzez liście niewiarygodnie wysokich drzew dochodziły jeszcze promienie słońca. Cedrick szedł niepewnie za Winifred, która prowadziła go przez pokrytą starymi liśćmi, korą, a czasem nawet kamieniami, niewidzialną dla zwykłego przechodnia drogę. W ręce trzymał swój bagaż, a jego twarz wyglądała o niebo lepiej – siniaki od tamtego czasu już zrobiły się trochę mniej widoczne, a wargi się zagoiły.
Cedrick coraz bardziej obawiał się spotkania z rabusiami z Lasu Dolmit. A jeśli protekcja Winifred nie wystarczy i zostanie przez nich okradziony? Sama myśl o tym, że są – bądź co bądź – złodziejami, napawała go zrozumiałym niepokojem, a nawet obrzydzeniem.
Nagle z drzewa przed nimi zeskoczył na ziemię jakiś ogr w odrapanym i brudnym ubraniu. Jego wychudła twarz była pokryta jakby sadzą. Najpierw uśmiechnął się z rozochoceniem (na co Cedrick puścił swój bagaż i w pogotowiu chwycił za rękojeść szpady), ale ujrzawszy Winifred, przez chwilę przyglądał się jej uważnie, a potem, kiedy już doszło do niego kto przed nim stoi, uśmiechnął się i uścisnął ją mocno. Zdziwiony, a jednocześnie uspokojony tym widokiem, Cedrick puścił szpadę i podniósł bagaż.

- Winifred! Nie spodziewałem się, że jeszcze zawitasz na stare śmiecie – oświadczył rabuś i przestał ją ściskać, ale wciąż spoglądał na nią z uśmiechem.
- Witaj, Luke – powiedziała. – Chciałam was odwiedzić i opowiedzieć wam o mojej podróży.
Luke spojrzał na stojącego za Winifred Cedricka z lekkim zdziwieniem. Elfka natychmiast to zauważyła.
- A to jest – zaczęła wskazując otwartą dłonią niziołka – Cedrick van Hooven. Chciałam wam go przedstawić. Tylko go nie okradnij – pogroziła mu palcem. – To sprawiedliwy.
- Skoro tak twierdzisz…
Nie mówiąc już nic więcej, Luke zaprowadził Winifred i Cedricka jeszcze głębiej w las. Tam było o wiele mniej drzew, na środku znajdowała się wielka, prawie pusta przestrzeń, na którą padał wielki strumień światła słonecznego. Kiedy Cedrick za radą Winifred spojrzał w górę, ujrzał na gałęziach co grubszych drzew drewniane chaty pokryte strzechą, które łączyły się ze sobą wiszącymi pomostami, a można się było do nich dostać po linowych drabinach. Gdy zaś przyglądał się rabusiom (którzy zajęci swoimi sprawami nagle zorientowali się, że Winifred wróciła i natychmiast wołali tych ukrytych w chatach),  zorientował się, że byli wśród nich elfy, ludzie, ogry, a nawet niziołki i kilka krasnoludów.
Wszyscy rabusie zbiegli się, aby przywitać Winifred. Okrążyli ją i zaczęli ściskać, klepać po plecach, pytać czy na długo zostanie. Ona również wydawała się być szczęśliwa, że ich widzi, tak bardzo, że po policzkach popłynęły jej łzy. Cedrick stał z boku, aby nie przeszkadzać. Już wcześniej domyślał się, że Las Dolmit jest dla Winifred domem. Tak pogrążona we wzruszeniu i radości z ponownego spotkania przyjaciół, zapominała im przedstawić swojego towarzysza, tymczasem kilku rabusiów już zaczęło zauważać jego istnienie, co napawało go niepokojem. Koło niziołka stał jednak Luke i groźną miną dawał im do zrozumienia, że nie wolno im go tykać.
Nagle rabusie rozstąpili się nieco, dając przejście jednookiemu, pomarszczonemu elfowi o długich, kruczoczarnych, przetłuszczonych włosach. Ubrany był jak reszta – w brudne i postrzępione ubranie – jednak widać było po zachowaniu rabusiów, że jest kimś ważnym. Sama Winifred na jego widok pochyliła głowę w geście szacunku. On uśmiechnął się tylko, kładąc rękę na jej ramieniu i powiedział:
- Witaj, Winifred. To szczęście widzieć cię po tylu latach.
- Mistrzu, przybyłam w odwiedziny – wyjaśniła. Nagle przypomniała sobie o Cedricku i o tym, że miała go przedstawić mentorowi. Dodała więc nerwowo: – Mistrzu, jest tu ktoś, kogo chciałam ci przedstawić. To sprawiedliwy.
Wyprowadziła go z grona rabusiów i podeszła do Cedricka. Na widok tajemniczego mistrza swojej ukochanej Cedrick odczuł nagle przypływ tremy, a jednocześnie poczuł się wyróżniony tym, że może go poznać. Mistrz rabusiów z Lasu Dolmit stanął tuż przed nim, a zaraz potem kucnął. Winifred przystanęła tuż obok, mówiąc:
- To jest Cedrick van Hooven. Dobry szermierz i bardzo szlachetna osoba.
- Wygląda dosyć przeciętnie – stwierdził mistrz, wciąż mu się przyglądając. Zaraz uśmiechnął się przyjaźnie i zwrócił do Cedricka: – Ja jestem Will Gloucer, przywódca rabusiów z Lasu Dolmit. Nazywaj mnie mistrz Will.
Cedrick chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co dokładnie. Milczał więc, rozpaczliwie poszukując odpowiednich słów. Tymczasem wszyscy wokół oczekiwali jego odpowiedzi. Szczególnie Winifred wydawała się tym milczeniem niecierpliwić.
Mistrz Will wstał i zwrócił się do elfki:
- Czy on jest niemową, Winifred?
- Nie, mistrzu – odpowiedziała.
Na jej twarzy pojawiło się zakłopotanie. Widząc to, Cedrick wziął się w garść i się wreszcie odezwał:
- To dla mnie zaszczyt poznać cię, mistrzu.
Przy tym jeszcze pokłonił się nisko. Rabusie zarechotali głośno na ten widok. Mistrz Will również się zaśmiał.
- Aż tak uroczyście nie musisz się ze mną witać, niziołku. Zwykłe „dzień dobry” wystarczy. No, teraz musimy się wami zająć…
Zaprowadzili ich najpierw do ogniska, gdzie piekł się wielki dzik, a kilka metrów od ogniska leżało jeszcze kilka innych, zapewne niedawno upolowanych. Rabusie zasiedli dookoła ogniska, samą Winifred posadzili po prawicy mistrza Willa. Cedrick został zaś posadzony tuż obok niej. Dano im spore kawałki dziczyzny i proszono Winifred, aby im opowiedziała o tym, co ją spotkało po opuszczeniu Lasu Dolmit. Przez krótki czas niechętna do opowiadania czegokolwiek, w końcu na prośbę mistrza Willa uległa. Ton jej głosu i wyraz twarzy nagle stały się bardzo ponure, a im dłużej opowiadała, tym większy smutek odciskał się na jej twarzy.
- Kiedy tylko opuściłam Las Dolmit i dotarłam do najbliższej wioski, był już zmrok. Postanowiłam więc zajść do gospody. Zaczęłam pytać różne osoby o to, gdzie mogłabym jakąś znaleźć, ale wszyscy mówili mi, żebym się wynosiła w diabły. W końcu sama dotarłam do gospody, która wyglądała całkiem przyzwoicie. Jak tylko tam weszłam i usiadłam przy ladzie, wszyscy patrzyli na mnie z niesmakiem. Przez jakieś dwie minuty barman nie zwracał na mnie uwagi, kiedy próbowałam zamówić coś do jedzenia, aż w końcu złapałam go za kołnierz i powiedziałam: „Słuchaj no. Obsłużysz mnie albo tak ci przywalę, że popamiętasz”. Zaśmiał mi się w twarz i nie miałam wyboru. Z tej potyczki wyszedł z całkiem zmienioną facjatą.
Rabusie roześmiali się. Cedrick jednak zauważył, że twarz Winifred nadal była bardzo smutna. Kiedy śmiechy ucichły, elfka ciągnęła dalej:
- Następnego dnia okradłam kilku gości i ruszyłam w dalszą drogę. Wszędzie napotykałam tę samą niechęć. W końcu osiadłam w Denzie i zamieszkałam w tamtejszej gospodzie o nazwie „Sokółka”. Moje dni wyglądały tak samo: rano jadłam śniadanie, potem „pracowałam”, a pod koniec dnia jadłam coś i szłam spać. Był w gospodzie pewien ogr, wyjątkowo denerwujący i obleśny. Codziennie wpadał do karczmy i czerpał radość z ubliżania innym. Po prostu go olewałam albo mówiłam mu, żeby spadał. Pewnego dnia powróciłam do „Sokółki” i znów był tam ten ogr, ale koło niego siedział jeszcze ktoś…
Na jej twarzy zajaśniał uśmiech. Poklepała Cedricka po plecach i opowiedziała z wielkim przejęciem o tym jak niziołek wyzwał dla niej na pojedynek Chipswicka i jak go pokonał. A mówiła z takim zapałem, że Cedrick miał wrażenie, że to opowieść o jakimś bohaterze. Nawet się trochę zawstydził tym opisem swojej wygranej. Przecież to nie możliwe, aby ktoś taki jak on mógł wzbudzać takie emocje.
Winifred pokrótce opowiedziała co było potem, pomijając szczegóły dotyczące swoich odczuć wobec Cedricka, tego, że zaraz po pojedynku nazwała go miniaturką, i tego, że następnego dnia widziała jak wchodzi na spotkanie z klientem. Za to nie zapomniała opowiedzieć o tym, że kiedy została wtrącona do aresztu, Cedrick zapłacił za nią kaucję, i o późniejszym zajściu z Moonem. W ten sposób Cedrick dowiedział się, że był śledzony przez Winifred po wyjściu z aresztu i był z tego powodu lekko zdziwiony i oburzony, ale słuchał dalej. Nie ukrywała też przed kamratami tego, że Cedrick jest abolicjonistą.
- Chciałam się zemścić na Moonie. Właściciel „Sokółki” chętnie się zaoferował z pomocą, ale sam Cedrick nie chciał o tym słyszeć. Obawiał się tego co będzie, jak nas złapią. W końcu nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
- Ale ostatecznie pomściliście krzywdę Cedricka? – zapytał domyślnie Luke.
- Na jego prośbę porzuciliśmy zemstę, ale jednak udało mu się odegrać na Moonie.
Opisała wtargnięcie Moona i Daltona do „Sokółki” i jak doszło do pojedynku Cedricka z Moonem. Równie entuzjastycznie, co o poprzednim pojedynku, opowiedziała i o tym. Rabusie wydawali się być pod wielkim wrażeniem. Kiedy spoglądali na Cedricka, w ich oczach pojawiło się pomieszanie podziwu ze zdziwieniem. Sam mistrz Will, kiedy tylko Winifred skończyła opowiadać, zwrócił się do Cedricka:
- Widzę, że rzeczywiście okazałeś się godny tego, aby cię tu przyprowadzić. Wojownicy o wielkich sercach, którzy do tego jeszcze pomogli jednemu z nas, są tutaj zawsze mile widziani. Czuj się jak u siebie w domu, Cedricku van Hoovenie.
Następnie zwrócił się do Winifred:
- Z tobą, Winifred, będę chciał później porozmawiać.
- Tak jest, mistrzu.
Jeszcze długo po zjedzeniu dzików wszyscy siedzieli wokół ogniska i rozmawiali. Gdy tylko zaczęło się ściemniać, rabusie powoli zaczęli się rozchodzić to swoich zajęć. Mistrz Will polecił Luke’owi przygotować Cedrickowi i Winifred chatę, a sam poszedł z Winifred do własnej siedziby. Stało tam tylko łóżko bez pościeli, stolik i krzesło – wszystkie bardzo stare i zniszczone. Mistrz usiadł na łóżku, a Winifred kazał usiąść na krześle. Przez chwilę jeszcze się jej przyglądał w zadumie, co ją trochę niepokoiło. W końcu poważnym tonem powiedział:
- Twoja podróż była pełna bólu i goryczy. Chyba źle ci doradziłem, mówiąc, żebyś wyruszyła w ten chory świat.
- Mistrzu, nie obwiniaj się – odparła z wyrozumiałym uśmiechem. – Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
- Powinienem przewidzieć, że kiedy opuścisz Las Dolmit, spotkasz się znów z tym samym traktowaniem, co przed przybyciem do nas. Tutaj jesteśmy sobie równi, ale tam nikt nie zadaje się z elfem, poza innymi elfami.
- Mistrzu, to prawda, ale cóż nam po twoich naukach, kiedy nie możemy ich wykorzystać? Więcej – powiem ci, że rabusie z Lasu Dolmit są uważani za niepokonanych w złodziejskim fachu. Jest jeszcze coś: gdybym nie wyruszyła w drogę, nie spotkałabym Cedricka.
- No właśnie, Cedrick – zagadnął nagle mistrz. – Wydaje mi się, że nie bezinteresownie ci pomagał.
- Co masz na myśli, mistrzu? – spytała nagle Winifred. Była ciekawa co jej mistrz ma jej do powiedzenia na temat Cedricka.
- Wydaje mi się, że on cię kocha, Winifred – odparł z powagą mistrz Will, a elfka popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Zaraz jednak zachichotała nerwowo.
- To tylko jego dobre wychowanie. Nauczono go, żeby był miły dla kobiet.
- Winifred, być może źle zrozumiałem twoją opowieść – zaczął i powstał z łóżka – ale nie sądzę, aby dżentelmen z wyższych sfer zrobił aż tyle dla prawie obcej kobiety z marginesu tylko dlatego, że tego wymaga galanteria. Poza tym widziałem zbyt wiele w tym obozie, aby nie rozpoznać cichego zakochania. Sposób, w jaki on na ciebie patrzy, świadczy o tym, że robił to wszystko nie z powodu zwykłej solidarności, czy przyjaźni, tylko z miłości.
- Ależ to niedorzeczne – zaśmiała się znów, machając ręką, ale natychmiast przyjęła smutny wyraz twarzy. – Przecież niziołek nie może zakochać się w elfce…
- Czyżby? – Mistrz Will odniósł brwi. – Byłem świadkiem wielu miłości między przedstawicielami dwóch różnych ras. Ale rozumiem, że możesz nie wierzyć. W końcu spędziłaś jakiś czas z dala od Lasu Dolmit, gdzie takie związki nie wzbudzają kontrowersji. Niemniej jednak nie zbadane są wyroki Mądrości.
Wciąż nie chciała w to uwierzyć, a jednocześnie wiedziała, że mistrz może mieć rację. Co prawda kilka razy przeszło jej to przez głowę, ale wciąż to wydawało jej się nierealne. Nie wyobrażała sobie związku z Cedrickiem, chociaż bardzo lubiła niziołka. Sama myśl, że mógłby ją kochać, wywoływał u niej pewien dyskomfort. Wiedziała, że sama go nie kochała. Mogła mu ofiarować jedynie przyjaźń.
Spojrzała na mistrza Willa
- Ale dlaczego mi o tym mówisz, mistrzu? – spytała po chwili.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Bo myślę, że powinnaś się go trzymać. Jeśli zdecydujesz się stąd odejść, powinnaś być w stałym kontakcie z kimś, komu jesteś bliska. Poza tym – znów usiadł na łóżku – widzę przecież, że ty też go lubisz.
- Ale nie kocham go. Szanuję, lubię, darzę przyjaźnią, ale, na Mądrość, nie kocham!
- Być może – odpowiedział krótko mistrz Will i spuścił wzrok, pogrążywszy się na chwilę w zamyśleniu. – Jak już mówiłem, widziałem w swoim życiu bardzo wiele. Znam wszystkie możliwe wypadki tego jak to może się potoczyć. – Nagle spojrzał na nią. – Bądź ostrożna. Nie zrób mu krzywdy.
- Nigdy w życiu, mistrzu – zapewniła go.
- Przyjdź jeszcze w nocy to się pobawimy – dodał z uśmiechem, ale zaraz wtrącił poważnie: – Teraz idź już. Muszę pomyśleć.
- Tak jest, mistrzu.
Winifred wyszła z chaty, po czym zeszła po drabinie na dół, zostawiając mistrza Willa samego.
 
W chacie, która służyła Winifred i Cedrickowi za schronienie, było równie skromnie jak u mistrza Willa – stały tam jedynie dwa łóżka, nic więcej. Z wielkiego okna widać było na czystym niebie sierp księżyca. Winifred spała spokojnie w swoim łóżku, jednak Cedrick nie potrafił zasnąć. Wiele rzeczy nie dawało mu spokoju. Mimo że zapewniano go, iż nie musi się bać o swoje mienie, nie potrafił przestać myśleć o tym, że jest otoczony rabusiami. W bagażu miał wszystkie umowy. Gdyby je stracił, jego firma nie miałaby żadnej poręki od klientów. A jak któryś z nich będzie chciał zajrzeć do dokumentu? Co sobie pomyśli o Cedricku, kiedy się dowie o tym, że umowy nie ma?
Poza tym to byli złodzieje – przestępcy, osoby z marginesu, które czerpały korzyść z łamania prawa. Jak można im zaufać? Cedrick automatycznie żywił do nich niechęć graniczącą z pogardą.
Z drugiej strony – Winifred do nich należała. Cedrick nagle zamarł w swoim łóżku. Jego ukochana była złodziejką. Musiał się zmierzyć z tą prawdą, o której wcześniej wcale nie myślał. Przypomniał sobie jak się czuł, kiedy się o tym dowiedział. Nie chciał w to uwierzyć, potem niby przyjął to do wiadomości, ale nie próbował się nad tym zastanawiać, jakby zapomniał o tym prostym fakcie.
Nagle usłyszał czyjeś kroki, ale te kroki się oddalały. Potem usłyszał jak ktoś schodzi po drabinie i zrozumiał już wszystko. Winifred się wymykała.
Podniósł się z łóżka i poszedł za nią jak tylko drabina przestała się chybotać. Przestrzeń, która jeszcze niedawno była zapełniona rabusiami witającymi Winifred, teraz była całkiem pusta. Panowała cisza i ciemność, ale niziołek mógł jeszcze co nieco zobaczyć. Przechadzał się w tej ciemności niepewnie, także z tego powodu, czy czasem któryś rabuś nie zamierza go napaść i okraść, kiedy był sam, bez Winifred.
Zaraz jednak wziął się w garść i zaczął szukać elfki. Po jakimś czasie jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności i widział o wiele lepiej. Rozglądał się po całkiem pozbawionym drzew środku, a potem poszedł przez siebie. Dojrzał sylwetkę Winifred dopiero koło niedawno zgaszonego ogniska. Wydawało się, że ktoś z nią jest. Po chwili przyglądania się temu z daleka Cedrick zdał sobie sprawę, że ten ktoś ją atakuje. Cedrick żałował, że nie wziął ze sobą swojej szpady, ale podszedł bliżej, żeby zobaczyć, co będzie i ewentualnie pomóc Winifred w inny sposób.
A im bliżej podchodził, tym bardziej osoba, z którą walczyła Winifred, zaczęła przypominać mistrza Willa. Cedrick schwał się za pobliskim drzewem, a tymczasem mistrz zadawał Winifred ciosy, które ona blokowała albo które szybkim ruchem głowy, nóg lub reszty ciała unikała. Sama też nie pozostawała dłużna mistrzowi.
Cedrick od razu pojął, co widzi. To był trening uczennicy i nauczyciela. Pierwszy od bardzo dawna. Cedrick mógł zobaczyć jak walczy Winifred.
A walczyła niestrudzenie. Przymierzyła się lewym sierpowym w przeciwnika, ale ten się uchylił. Potem, kiedy sam zamierzał uderzyć ją w twarz, kucnęła i go podcięła. Podniosła się i poczekała aż mistrz Will wstanie, po czym znów zaczęli walkę. On spróbował kopnąć ją z półobrotu, ale ona zablokowała ten cios i odskoczyła. Zdekoncentrowała go, zamachując się lekko pięścią, i kopnęła w krocze.
Skulony mistrz Will oddychał ciężko, ale zdążył podnieść otwartą rękę na znak, że ma już dość. Winifred przerwała więc. Usiadł na ziemi i łapał oddech. Tymczasem Winifred pochyliła się nad nim. Cedrick domyślał się tylko, że musiało jej być przykro za to jak potraktowała swojego mentora.
- Przepraszam, mistrzu – powiedziała. – Nie powinnam…
- Bzdura – przerwał jej i zaśmiał się. – To dobrze, że wpadłaś na ten pomysł. Swoją drogą, to była bardzo ciężka walka. Nie ma co ukrywać, ten okres poza Lasem Dolmit całkiem dobrze wpłynął na twoje umiejętności bojowe.
- Naprawdę tak sądzisz, mistrzu?
W tym momencie spojrzał w bok i chyba dojrzał Cedricka. Winifred również rzuciła okiem w tę stronę i natychmiast podbiegła do niziołka, aby kazać mu wracać do łóżka. Kucnęła przed nim. Wolała mieć z nim jakiś kontakt wzrokowy. Kiedy Cedrick ujrzał w świetle księżyca jej zatroskaną twarz, od razu poczuł, że jego obecność jest nietaktem.
- Przepraszam, nie chciałem pani przeszkadzać w treningu… – zaczął, ale przerwał mu głos mistrza Willa:
- Chodź tu, niziołku! Musimy porozmawiać w cztery oczy!
- W takim razie zostawiam was samych – powiedziała z uśmiechem Winifred i wstała. – Poczekam na ciebie kilka metrów dalej i potem razem pójdziemy do chaty.
- Tak, panno Winifred – odparł Cedrick.
Oboje poszli w swoją stronę. Winifred oddaliła się bardziej ku chatom, a Cedrick podszedł do nadal siedzącego na ziemi mistrza Willa. Mistrz spojrzał na niego jedynym okiem tak przyjaźnie, że Cedrick uznał, że to nie może być jakaś nieprzyjemna sprawa. Mimo to czuł się nieswojo sam na sam z przywódcą złodziei. Mistrz Will posmutniał i w końcu się odezwał:
- Wiem, że w otoczeniu rabusiów nie czujesz się bezpiecznie. Już od pierwszej chwili to zauważyłem. Twoje ubranie zdradza, że jesteś kimś z klasy średniej. Potwierdza to też to, co powiedziałeś Daltonowi. To zrozumiałe, że boisz się o swój bagaż i pieniądze. I że z góry nas oceniasz.
- Przepraszam – wtrącił nagle Cedrick. – Panna Winifred zaprowadziła mnie tu, bo mi zaufała, ale i tak… – w tym momencie spuścił wzrok. – I tak nie potrafię przestać myśleć o tym, że jesteście…
- Spokojnie, Cedrick – oświadczył z uśmiechem mistrz Will. Po raz pierwszy zwrócił się do niziołka po imieniu, co wywołało w Cedricku dziwny przypływ ciepła. – Ponieważ, jak mówisz, Winifred ci zaufała i nawet opowiedziała nam dokładnie dlaczego, jestem zobowiązany do wyjaśnienia ci filozofii rabusiów z Lasu Dolmit. Muszę mieć jednak pewność, że nas nie zdradzisz policji ani naszym wrogom.
- Ma się rozumieć – odparł Cedrick i tym razem on się uśmiechnął, ale zaraz dodał poważnie: – Gdybym to zrobił, panna Winifred nigdy by mi tego nie wybaczyła.
Przez chwile mistrz milczał. Potem nagle wstał.
- Chodź ze mną, Cedrick. Muszę ci coś pokazać.
Wyciągnął skądś lampę oliwną i poprowadził go do grubego drzewa, którego gatunku Cedrick nie był w stanie ocenić w ciemnościach. Widział tylko olbrzymie drzewo z ogromną, liściastą koroną. Na wysokości głowy mistrza Willa z drzewa zdjęto korę, a na gołym pniu wyryty był nożem jakiś napis. Mistrz Will wyciągnął z kieszeni pudełko zapałek i zapalił lampę. Następnie zaczął czytać wyryte na pniu litery:
Kodeks honorowy Lasu Dolmit:
1.Nie okradać biedniejszych od siebie.
2.Zawsze zostawiać tyle pieniędzy ofierze, aby mogła się gdzieś przespać i coś zjeść.
3.Nie kraść pieniędzy przeznaczonych na:
a)podatki
b)spłatę długów
c)cele filantropijne
d)jedzenie i nocleg
4.Nie zabijać, chyba, że w obronie własnej.
5.Nie okradać sprawiedliwych, za to karać kradzieżą zwyrodnialców.
6.Kraść tylko tyle, aby zaspokoić swoje podstawowe potrzeby.
Kiedy skończył, spojrzał na Cedricka, który jeszcze przez chwilę miał w głowie reguły Lasu Dolmit. To zmieniło jego sposób myślenia o rabusiach. Już nie byli dla niego zwykłymi złodziejami. Byli złodziejami z honorem, którzy chcą tylko przeżyć, ale mają też poczucie sprawiedliwości i przyzwoitości. Do takich rabusiów nie wstyd należeć. Cedrick odetchnął z ulgą, gdyż również Winifred w tym świetle nie była tylko zwykłą złodziejką. Cedrick zrozumiał też, że skoro Winifred nazwała go sprawiedliwym, a według tych zasad sprawiedliwych się nie okrada, mógł wreszcie przestać się martwić o swój bagaż.
Po chwili milczenia, mistrz Will usiadł pod drzewem i położył lampę obok siebie.
- Jesteśmy grupą osób, które nigdy nie byłyby szczęśliwe w normalnym społeczeństwie. Wielu dołączyło się do rabusiów z  Lasu Dolmit, bo tylko tutaj mogli poczuć się szczęśliwi. Tutaj elfy nie są prześladowane, krasnoludy są wolne, a niziołki… – zrobił krótką pauzę i uśmiechnął się lekko. – Niziołki nie są traktowane jako istoty niższego rzędu.
- A ludzie i ogry? I co z tymi, którzy nie chcą pozbyć się raz utrwalonego poglądu na temat innych? – zapytał nagle Cedrick.
- Godzą się z takim stanem rzeczy po dłuższym czasie przebywania w Lesie Dolmit. Kiedy kilka razy elf albo krasnolud uratuje im życie albo z nimi się napije; kiedy rasy wcześniej pogardzane przez ogry, po dłuższym przebywaniu z jednym z nich zaprzyjaźnią się z nim – wtedy pogodzą się z tym, co jest. Oczywiście zdarzało się już, że paru takich uważało się za lepszych i dopuszczało się różnych wybryków z tego powodu, ale wszyscy byli surowo karani. Nie ma tutaj miejsca dla potworów.
- Raj na ziemi – stwierdził Cedrick, ale wydawało się, że w jego głosie zabrzmiała ironia.
- Jedynie enklawa równości, w państwie niesprawiedliwości – odparł mistrz Will i ciągnął dalej: – To było właściwie marzenie mojego zmarłego przyjaciela. Obaj należeliśmy do elfów, które urodziły się i wychowały w Archemii, ale byliśmy traktowani jak każdy przyjezdny elf. Żyliśmy w społeczności wewnątrz społeczności. W elfiej dzielnicy na obrzeżach ludzkiego miasta; dzielnicy zajętej własnymi sprawami i własnym cierpieniem. Ale mój przyjaciel, Sam, marzył o takim miejscu jak Las Dolmit; o „raju na ziemi”, jak to określiłeś. Na początku śmiałem się z tego, co mówił, ale po jakimś czasie zacząłem nie tyle wierzyć w jego wizję, ile marzyć wraz z nim. Razem projektowaliśmy ten nowy świat. On otworzył mi oczy na niedole innych ras. Sam i ja często o tym rozmawialiśmy i po jakimś czasie obiecaliśmy sobie, że stworzymy takie miejsce, gdzie wszyscy będą równi.
Przerwał na moment i zamyślił się. Uśmiechnął się do swoich wspomnień, a widząc ten uśmiech Cedrick również się rozpromienił. Potem jednak uśmiech na twarzy mistrza Willa ustąpił miejsce wyrazowi wielkiego smutku. Cedrick zrozumiał, że teraz się dowie, dlaczego Sam „był”, a nie „jest”.
- Ale oprócz pogrążania się w marzeniach, musieliśmy jeszcze zarabiać na życie. Robiłem się coraz lepszy w okradaniu przechodniów i walce wręcz. Jednak nie dość dobry, aby nie zostać złapanym. To były inne czasy, a my żyliśmy w małej wiosce, gdzie mieszkańcy, zwłaszcza ogry, byli szalenie konserwatywni w kwestii kar cielesnych. Skazano mnie na czterysta batów, co jak zapewne wiesz, nie mogło się dobrze skończyć. Sam, chcąc mi pomóc, wziął winę na siebie. Powiedział, że zmusił mnie do kradzieży. W takim wypadku ja zostałem puszczony wolno, a on otrzymał moją karę. Chociaż błagałem ich, aby okazali mu litość, moje prośby nie zostały wysłuchane. Sam zginął już po trzydziestym razie. Ostatecznie zaraz po jego pogrzebie odszedłem z rodzinnej wioski. Zacząłem błąkać się po świecie. Przez trzy lata doskonaliłem swoje umiejętności kradzieży i walki wręcz. Zdobywałem też nowe znajomości. Chyba w wieku czternastu lat zrodził się w mojej głowie pomysł na tę enklawę, która spełniałaby marzenie moje i Sama. Opowiadałem o niej różnym osobnikom, ale tylko nieliczni do mnie wtedy przystali. Osiedliśmy w tym Lesie Dolmit i tak oto powstał ten „raj na ziemi”. A teraz… Czy masz jakieś pytania, Cedrick?
Niziołek zastanowił się przez chwilę. Miał pewne pytanie, które nie dawało mu spokoju od kiedy zobaczył płaczącą za swoją ojczyzną Winifred, i wydawało mu się, że mistrz Will mógłby znać na nie odpowiedź. Z drugiej strony czuł, że mogłoby to pytanie wydać się trochę nie na miejscu. Jednak mimo to, Cedrick postanowił je zadać.
- Jest pewna sprawa – zaczął. – Czy wiesz może co się działo z panną Winifred, zanim do ciebie trafiła?
- Nie – odparł smutno mistrz. – Wiem tylko, że weszła raz do Lasu Dolmit, aby znaleźć coś do jedzenia.
- Rozumiem – powiedział Cedrick. – Dobranoc, mistrzu.
Odwrócił się i ruszył przed siebie. Niebawem spotkał się z Winifred i razem powrócili do swojej chaty. Tam na dobre położyli się spać. Następnego dnia postanowili już ruszać w dalszą drogę, jednak Winifred miała jeszcze zamiar powrócić do Lasu Dolmit, kiedy tylko odwiedzi dom Cedricka.
Wszyscy rabusie zebrali się, aby pożegnać ich oboje. Długo trwało zanim elfka wyściskała wszystkich, a Cedrick uścisnął im ręce (paru rabusiów nawet poklepało go po plecach rubasznie), a jeszcze na końcu wyszedł im na spotkanie mistrz Will. Szepnął coś do ucha Winifred, po czym również i on ją mocno uściskał na pożegnanie. Następnie kucnął przed Cedrickiem i powiedział, że niziołek jest tu zawsze mile widziany i zawsze może do nich wpaść. Cedrick zaś odparł, że jest szczęśliwy, bo mógł znaleźć się w takim miejscu. Tymi słowami się pożegnali.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz