wtorek, 18 grudnia 2012

Miłość van Hoovena - rozdział 4

Pochyliła głowę, weszła do środka i, rozejrzała się po pomieszczeniu. Dojrzawszy stół operacyjny, natychmiast podeszła do niego na klęczkach, położyła tam Cedricka i ułożyła jeszcze na stole. Następnie z powodu rozmiarów domu usiadła na podłodze.
Wciąż stojący koło drzwi Markus przyglądał się jej z zaciekawieniem, dopóki nie skończyła układać Cedricka. Wtedy podszedł do niego i zaczął badać. Na jego twarzy malowało się napięcie. Sprawdził puls.
- Dzięki Mądrości – wyrzucił z siebie z ulgą.
Ściągnął przyjacielowi okulary, kubrak i koszulę. Nacisnął lekko na tors Cedricka. Winifred przyglądała się temu w napięciu, aż w końcu spytała:
- Co mu jest?
- Narządy wewnętrzne nie są uszkodzone, ale Cedrick mógł ulec wstrząsowi mózgu – odpowiedział doktor oglądając głowę pacjenta.

Potem otworzył mu jeszcze powiekę prawego oka i uważnie przyjrzał się oczom. Opatrzył głowę i natarł maścią brzuch. Po wszystkim spojrzał na Winifred. Chwilę jeszcze milczał, po czym oświadczył:
- Wygląda na to, że go nieźle poturbowali, ale jest twardy. Ostatecznie ma tylko kilka sińców i uraz głowy, ale nie dość groźny, aby umarł albo został kaleką. Poradzi sobie. Pomóż mi go zabrać do łóżka.
Winifred znów zaczęła chodzić na kolanach. Markus niósł Cedricka za ramiona, a elfka za nogi. Ponieważ Winifred poruszała się na kolanach i z tej racji szło to bardzo wolno, Markus darował sobie przenoszenie Cedricka do pokoju gościnnego i ostatecznie położył przyjaciela w swoim łóżku. Już sam ubrał go w koszulę nocną i przykrył kołdrą, a zrobił to z taką troską, że Winifred odniosła wrażenie, że muszą być bardzo dobrymi przyjaciółmi.
Zaraz potem Markus odwrócił się do niej.
- Ty musisz być tą słynną Winifred. Chodź do gabinetu. Chciałbym z tobą porozmawiać.
Po kolejnym przejściu z jednego pokoju do drugiego na kolanach, a potem spoczęciu na prośbę gospodarza w małym fotelu naprzeciw biurka, zaczynała mieć już dość tych małych rozmiarów. Podniosła wzrok na Markusa, zainteresowana tym, co miał jej do powiedzenia. Lekarz jednak milczał, przyglądając się jej od stóp do głów. Nagle jego wzrok spoczął na wciąż przypiętej do pasa Winifred szpady. Drgnął w fotelu, a Winifred zorientowała się, na co patrzy.
- To nie to, co myślisz. Jeden typek chciał mi ją sprzedać – zaczęła wyjaśniać, odpiąwszy szpadę i położywszy ją na kolanach – a ja postanowiłam zanieść ją na posterunek, do biura rzeczy znalezionych.
Opowiedziała, jak znalazła Cedricka. Markus słuchał z zainteresowaniem.
- Tak więc nie wiesz, co się stało – podsumował, kiedy skończyła. – No trudno.
- Ale chciałeś ze mną rozmawiać, doktorku – powiedziała.
- Tak właśnie – przyznał z uśmiechem Markus. – Widzisz, słyszałem o tobie różne rzeczy. Mam do ciebie kilka pytań.
- Pytaj, doktorku.
- Wiem, że się pojedynkował z ogrem, który nazwał cię… – doktor znów się zawahał. – No, tak jak cię nazwał. Dzisiaj rano przyszedł tu inny ogr, aby zawiadomić Cedricka o twoim aresztowaniu, więc myślę, że Cedrick zapłacił też za ciebie kaucję. On ciebie bardzo lubi.
- Od momentu, kiedy dowiedziałam się o jego niedoli, patrzyłam na niego inaczej. Jesteśmy w pewnej mierze podobni. Przez wzgląd na naszą rasę, odczuwamy ze strony społeczeństwa, jak bardzo ono nami pogardza. Ja muszę się zmagać z „elfuchem”, a on z „niźkiem”. To straszne żyć wśród osób, które traktują cię jak śmiecia i jakieś wielkie zagrożenie, którym przecież nie jesteś.
- Lubisz Cedricka? – zapytał Markus.
- Lubić, lubię. Kiedy znalazłam go nieprzytomnego w zaułku, bałam się, że już nie żyje. I jeżeli jest coś, w czym mogłabym mu pomóc, chętnie to zrobię.
- Dobrze to słyszeć. – Markus uśmiechnął się. Po chwili spoważniał, odchrząknął i spojrzał w okno. – Wiesz, Winifred, on był zawsze… bardzo nieśmiały. – Odwrócił wzrok w jej stronę. – Właściwie to po tym wszystkim co przeżył, nie ma się co dziwić.
- Co masz na myśli, doktorku?
- Powiedzmy, że środowisko, w którym żył, zanim go spotkałem, nie wpłynęło zbyt dobrze na jego samoocenę. Nasza rasa nigdy nie była traktowana poważnie, a on do tego był zawsze bardzo wrażliwy i chyba dlatego wziął sobie do serca to wszystko, co mówili o nim w szkole. Na szczęście jego ojciec przeniósł go w końcu do innej szkoły. – Markus znów się uśmiechnął. – I tam właśnie ja i Cedrick się poznaliśmy.
Popatrzył ze smutkiem na Winifred.
- Wiem, że życie też was nie rozpieszcza. Zresztą sama mi o tym powiedziałaś… Cieszę się, że cię poznałem i że Cedrick cię poznał. Przyjaciół nigdy nie jest za wiele. Jednakże żyjemy w społeczeństwie, które takie przyjaźnie od razu by napiętnowało. Zwłaszcza jeśli komuś przyszłoby do głowy, że łączy was coś więcej. – Na jego twarzy pojawił się gorzki uśmiech. – Twoi pobratymcy też pewnie mają nas za śmieszne stworzonka, a nie potencjalnych zięciów.
Winifred trudno było się z tym nie zgodzić. Właściwie to wiele spotkanych przez nią elfów uważało niziołki za filistrów, którzy chcieli być pełnoprawnymi członkami archemijskiego społeczeństwa, naśladując ludzki styl życia i myślenia. Jednak nawet jeśli udało im się wybić na wyższy status materialny, i tak były uważane za gorsze. Elfy – szczególnie te, które wzdychały do utraconej ojczyzny – uważały, że niziołki nie posiadały poczucia własnej godności. Te elfy, które miały z niziołkami większą styczność, nie były już tego takie pewne.
I Winifred też nie. W sumie Markus też wydawał się być miłym gościem.
- Ale teraz ciii… – Doktor przytknął palec do ust. – Dajmy mu odpocząć.
 
Nie od razu po przebudzeniu Cedrick wiedział, gdzie jest. Raz, że w pierwszej chwili wszystko wydawało mu się zamazane i dopiero potem obraz w jego oczach się wyklarował, a dwa, że nie oglądał jeszcze pokoju Markusa z tej perspektywy – leżąc w jego łóżku. Zorientował się, że tam jest, kiedy przyjął pozycję siedzącą. Głowa bolała go potwornie, w szczególności z tyłu. Również w kilku innych miejscach czuł ból. Gdy przypomniał sobie jak to się stało, że jest w takim stanie, odniósł wrażenie, że tylko dzięki jakiemuś cudowi jeszcze żyje.
Rozejrzał się po pomieszczeniu i od razu spostrzegł siedzącą na małym krzesełku przy stole Winifred, która wstała, aby zaraz klęknąć i na kolanach zbliżyć się do łóżka. Jej jasny uśmiech sprawił, że Cedrick poczuł się nieco lepiej. Zaraz jednak posmutniał na myśl o swojej szpadzie. Gdyby bardziej uważał, pewnie nie przydarzyłoby mu się to spotkanie z Moonem. Teraz pewnie już przepadła.
Posmutniał jeszcze bardziej, kiedy pomyślał, że Moon wiedział już, iż jego niewolnik uciekł dzięki Cedrickowi. Na szczęście nie wiedział że Markus mu pomagał, ale o tym też mógł się dowiedzieć.
Winifred, zaniepokojona zbyt długim milczeniem Cedricka i wyrazem smutku na jego twarzy, zapytała ciepłym tonem:
- Co się stało, Cedrick? Opowiedz mi wszystko.
Cedrick przez chwilę nic nie mówił. Spojrzał na nią i poczuł jak mu się robi ciepło na duszy. Nie miał pojęcia jak się znalazł z powrotem w domu Markusa, ale miał przeczucie, że Winifred, nawet jeśli nie siedziała tu przez noc aż do teraz, na pewno chciała wiedzieć jak on się czuje. Myśl ta sprawiła, że Cedrick na dobre przekonał się o swoich uczuciach do niej. Kochał ją całym swoim niziołczym sercem. Różnice miedzy nimi przestały mieć dla niego znaczenie. W tym krótkim, pięknym momencie najważniejsze było to cudowne uczucie bliskości z nią.
Zaraz jednak silny ból zaatakował jego głowę od środka i przywrócił go do rzeczywistości. Cedrick miał mnóstwo pytań, ale postanowił jednak najpierw wyznać jak został pobity. Do pokoju wszedł Markus i bez słowa usiadł na tym samym krześle, co Winifred przed chwilą. Również on chciał usłyszeć, co przydarzyło się jego przyjacielowi.
Cedrick opowiedział więc wszystko zaczynając od słów: „Ja i mój przyjaciel Markus, wracaliśmy do domu przez slumsy…”, a kiedy tylko wspomniał jak Markus zauważył brak szpady, Winifred wyciągnęła swoje znalezisko spod łóżka. Cedrick na ten widok aż oniemiał. Chwycił szpadę, o której myślał, że już nigdy do niego nie wróci, i przytulił ją z czułością fetyszysty. Zaraz położył ją obok siebie i, spoglądając na Winifred ze zdziwieniem, spytał:
- Ale skąd pani ją ma?
Wtedy opowiedziała o tym jak próbowano ją sprzedać elfce i jak Winifred, po drodze na posterunek, znalazła nieprzytomnego Cedricka. Nie powiedziała jednak, że wcześniej śledziła Cedricka i dzięki temu wiedziała, że może go zanieść do Markusa.
Teraz znów on opowiadał. Myśl o tym zdarzeniu przyprawiała go o takie dreszcze, że już na początku mówił nerwowym tonem, jakby się czegoś bał. A bał się bardzo. Po raz pierwszy poczuł konsekwencje bycia abolicjonistą. Nigdy dotąd nikt nie domyślił się, że Cedrick miał jakiś związek z ucieczkami krasnoludów, a co za tym idzie, nikt nie miał mu za złe, że przyczynił się do zniknięcia jego niewolników. A teraz Matthias Moon jakoś doszedł do tego, że Albert uciekł, dzięki Cedrickowi, i postanowił ukarać go za stratę niewolnika. Na razie Moon pewnie myślał, że zabił Cedricka, ale kto wie co może się stać jak odkryje, że niziołek przeżył i miał wsparcie?
Oczywiście Cedrick zataił przed Winifred, że pomógł uciec niewolnikowi Moona. Obawiał się, że mogła tego nie zrozumieć. Poza tym, czuł, że Markus nie chciał, aby Cedrick o tym mówił. Jednak sama wiadomość o tym, że ten, który włamał się do jej pokoju, a potem wpakował ją do aresztu, tak się obszedł z Cedrickiem, sprawiła, że Winifred żywiła do Matthiasa Moona najprawdziwszą nienawiść. Fakt, że przez niego jeszcze Cedrick był taki zalękniony, wywołał w niej chęć zemsty.
- Teraz to dopiero będzie miał wojnę, bydlak jeden – zasyczała pod jego adresem, kiedy Cedrick skończył opowiadać.
Ruszyła w stronę drzwi. Cedrick zawołał za nią:
- Panno Winifred, co chce pani zrobić?!
Odwróciła się do niego.
- Pomyszkuję trochę. Dowiem się, gdzie mieszka ta łajza i zapłaci za to, co zrobił.
- Błagam, niech pani nie robi głupstw!
Spojrzała na niego znacząco w milczeniu (jakby chciała powiedzieć: „Muszę to zrobić.”), a po chwili wyszła.
Teraz Markus wstał, podszedł do łóżka i zaczął badać Cedricka. Sprawdził jego puls, obejrzał rany, nawet poprosił go, aby ściągnął koszulę, i osłuchał go ze wszystkich stron. Cedrick jednak wciąż martwił się wieloma rzeczami. Najpierw tym, co chciała zrobić Winifred. Obawiał się, że może wpaść przez niego w kłopoty. Oczywiście, był gotów zapłacić kolejną aukcję, ale tym razem dobrze wiedział, że na wtrąceniu do więzienia się nie skończy. Myśl o tym, że kobieta, którą dopiero co pokochał, mogłaby skończyć zakuta na śmierć w ciemnym zaułku, napawała jego serce drżeniem.
Następnie martwił się samym Moonem. A co, jeśli jakoś dowiedział się o tym, że w ucieczce Alberta brał udział jeszcze Markus? Cedrick nie chciał, aby jego przyjaciel ucierpiał przez niego.
- Muszę ci coś powiedzieć – odezwał się, kiedy Markus skończył badania.
- O co chodzi? – zapytał wyrozumiale doktor.
- Moon pobił mnie jeszcze z jednego powodu. Skądś wie, że wczoraj pomogłem jego niewolnikowi uciec.
- A więc chcesz powiedzieć, że Albert był jego niewolnikiem? – spytał z lekkim niedowierzaniem Markus.
- Tak – przytaknął Cedrick, kręcąc przy tym głową, po czym chwycił go za ramiona i powiedział nerwowym tonem: – Och, przyjacielu, wybacz mi, że cię w to wciągnąłem! Będziesz miał przeze mnie kłopoty.
- Uspokój się, Cedrick – odparł Markus, delikatnie wyrwał się z jego uścisku i uśmiechnął się. – Będziemy ostrożni, nie martw się na zapas.
Cedrick jednak tak nie potrafił. Spojrzał na dół i zorientował się, że ze strachu drżą mu ręce.
 
Winifred wtargnęła do „Sokółki” z hukiem, ale goście spojrzeli na nią tylko na chwilę i wrócili do swoich zajęć. Szybko podeszła do lady i zamówiła śniadanie. Barman przyjrzał się jej z jakimś zmartwieniem w oczach, po czym spytał, przygotowując śniadanie:
- Co cię tak długo nie było, Winifred?
- Muszę się dowiedzieć paru rzeczy o Matthiasie Moonie.
- Wiesz, że to nie do mnie. Ja prawię nie wychodzę z gospody.
- Muszę się dowiedzieć, gdzie mieszka ten łajdak.
- Hm, czyjś złodziejski honor został splamiony. Kiedyś musieli cię złapać. Nikt nie jest doskonały.
- Tu nie chodzi o mnie. Wiesz, co zrobił ten bydlak, ogrze?
- Tak, wiem. Włamał się do ciebie do pokoju. Swoją drogą to dziwne, że facet, który może sobie pozwolić na niewolnika, robi takie rzeczy. Jeśli już, spodziewałbym się, że najmie jakichś zbirów.
- Nie chodzi ani o to, że się do mnie włamał, ani o to, że wpakował mnie do aresztu. Nie, on zrobił coś o wiele gorszego.
W tym momencie jej głos się załamał, a spoczywające na ladzie ręce zacisnęły się w pięści. Zaciekawiony tym, cóż takiego zrobił Matthias Moon, barman odwrócił się, podając jej śniadanie.
- Ten drań… – ciągnęła dalej Winifred. – On… – Te słowa nie mogły jej przejść przez gardło, ale wzięła się w garść i w końcu powiedziała cicho przez zęby: – Pobił Cedricka.
Barman zamarł na chwilę, by potem przyjąć wściekły grymas, pochylić się ku Winifred i szepnął:
- Że co?
Winifred szybko opowiedziała mu o tym, co wcześniej wyjawił jej Cedrick. Gdy skończyła, ogr był równie wściekły na Moona co ona. Nawet zaofiarował się, że pomoże jej go dopaść. Winifred nie omieszkała mu za to podziękować.
Po śniadaniu zaczęła wypytywać różne osoby o Moona. Przez pierwsze kilka minut nikt nie chciał z nią gadać, bo była elfką, ale po kilku ostrzeżeniach z jej strony języki im się rozwiązały. Winifred dowiedziała się, gdzie zwykle przebywa, jak tam się idzie i o kogo ma pytać, aby móc zdobyć więcej informacji na temat Moona. Natychmiast ruszyła w podróż w tamto miejsce, trzaskając drzwiami „Sokółki”.
 
Cedrick przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze nad umywalką. W kącikach ust jego wargi były pęknięte, koło prawego oka miał wielkiego sińca, który rozciągał się aż do policzka. Inny, dużo mniejszy siniak znajdował się z boku, blisko oka lewego. Nos był cały, szczęka też. Również – o dziwo! – ostały się wszystkie jego zęby. To jednak nie zmieniało faktu, że Cedrick wyglądał okropnie, a kto wie, co kryło się za bandażem na jego obolałej głowie.
Westchnął, wciąż wpatrując się w swoje odbicie i opierając ręce na kranie. Co powinien teraz zrobić? Jakie kroki podjąć, aby nikt już nie ucierpiał? Wiedział, że nie może liczyć w tej sprawie na policję – jeśli mógł zostać pobity w pobliżu posterunku i będący tam policjant nawet na to nie zareagował, to tym bardziej, kiedy to pobicie zgłosi, nie pomogą mu. Za to pewnie, gdy tylko Winifred zemści się na Moonie, zaczną ją ścigać z całą zaciekłością i tym razem kaucja niczego nie załatwi. Elfkę będzie czekał sąd, który z całą surowością wyśle ją do więzienia o zaostrzonym rygorze.
Cedrick zacisnął ręce na umywalce na tę myśl. Cokolwiek Winifred zamierzała, musiał ją od tego odwieść. Jednak wciąż bał się wyjść z bezpiecznego domu Markusa na ulicę. Bał się ponownie spotkać Moona. Bał się tego, co jego oprawca mógł mu zrobić, nawet jeśli teraz Cedrick miał swoją szpadę i był w stanie się obronić. Bał się w końcu, że i to ostatnie bezpieczne schronienie zostanie przez niego odkryte. A on – Cedrick van Hooven – siedział tu bezczynnie i czekał, aż stanie się coś strasznego.
Drzwi frontowe się otworzyły, a potem drzwiami z gabinetu wszedł do swojego mieszkania Markus. Doktor był nad wyraz pogodny. Pewność, że Moon niczego się nie dowie i w związku z tym nic nie zrobi, promieniowała od niego przy każdym kroku, kiedy ściągnął z siebie marynarkę i pistolet, a potem opadł na krzesło. Jeszcze spojrzał na zmartwionego Cedricka, który odszedł od lustra i również usiadł przy stole.
- Muszę uciekać – odezwał się, spoglądając w podłogę. – Po prostu wrócić do domu. I zabrać was ze sobą.
- Kogo? – zapytał beznamiętnie Markus.
- Ciebie i Winifred – odpowiedział Cedrick.
- Wykluczone – oświadczył stanowczo Markus. Cedrick spojrzał na niego. – Nie zamierzam zostawiać tu swojej praktyki. Nie po pięciu latach pracy na nią. Poza tym, przestań w końcu panikować. Obaj umiemy się bronić. Ja dobrze strzelam, a ty fechtujesz się tak, że pokonałeś ogra. No, i skąd wiesz, że Winifred będzie chciała z tobą iść? Wydaje się być kobietą, która nie da sobie w kaszę dmuchać.
Cedrick zamilkł i zwiesił głowę. Wstał i w milczeniu zaczął się przebierać w wyprane i wysuszone ubranie, które zostawił mu wcześniej doktor. Cisza trwała. Oba niziołki zdawały się być zajęte swoimi myślami. Już w ubraniu, Cedrick usiadł na łóżku. Jeszcze wziął w ręce swoją szpadę, jakby chciał się jej przyjrzeć.
Nagle ktoś zapukał do drzwi. Markus podniósł się z krzesła i ruszył sprawdzić, kto to. Cedrick zamarł. Jednak zaraz usłyszał szept – to zadziwiające, że w napięciu tak się zaostrzają zmysły – i od razu rozpoznał tak bardzo ukochany przez niego głos:
- Tu Winifred. Chcę się spotkać z Cedrickiem.
- Wchodź – odpowiedział Markus.
Po chwili siedziała przed Cedrickiem na podłodze. Markus wyszedł na chwilę, mając wrażenie, że może lepiej zostawić tych dwoje samych. Winifred wydawała się być czymś bardzo podekscytowana. Na jej twarzy jaśniał uśmiech, a w oczach płonął jakiś ogień, kiedy z wielkim przejęciem mówiła:
- Chciałabym ci coś zaproponować.
- Co takiego? – zapytał niepewnie.
- Od dwóch dni noszę się z zamiarem odwiedzenia pewnego drogiego mi miejsca. Nazywa się Las Dolmit. Słyszałeś o nim?
Oczywiście, że słyszał. Co jakiś czas pisano w gazetach o regularnych napadach na podróżnych, którzy aby skrócić sobie drogę zapuszczali się przez Las Dolmit, leżący pomiędzy Denzą a paroma innymi miastami i wioskami. Policja wiele razy próbowała coś z tym zrobić, ale nigdy nie znaleziono nawet śladu złodziejskich kryjówek. Czasem tylko ten, czy inny konstabl odkrywał nagle, że jego kieska wydaje się dziwnie lżejsza…
- Tam są ci rabusie – odpowiedział Cedrick.
Zaraz jednak się zreflektował, bo zdał sobie sprawę z pewnej rzeczy. Winifred była złodziejką. Czy to możliwe, że należała do Rabusiów z Lasu Dolmit?
- Przepraszam, jeśli panią obraziłem, ale tak słyszałem – dodał pokornie.
- Nie, nic się nie stało – zaśmiała się Winifred. – Jesteśmy dumni ze swego miana. Wiem, że to dziwna propozycja, ale chciałabym zabrać cię ze sobą i przedstawić mojemu mentorowi. Nie martw się – powiedziała nagle, widząc jego zmieszanie. – Jeśli przyjdziesz ze mną, nie zostaniesz okradziony. Nic złego ci się nie stanie, daję ci moje słowo.
- Wierzę. – Uśmiechnął się. – I chętnie tam z panią pójdę. Zwłaszcza – nagle spoważniał – że musimy się gdzieś ukryć przed Moonem.
Winifred sposępniała.
- Nie zamierzam się przed nim kryć! – prawie krzyknęła. – Więcej: on musi zapłacić za to, co ci zrobił.
- Panno Winifred, pani nie rozumie. My nie mamy szans…
- Mamy i to duże, Cedrick. Jeszcze właściciel „Sokółki” się dołączy.
- Chwila, on też? Dlaczego? – zdziwił się Cedrick.
- Opowiedziałam mu o wszystkim. Był tak wściekły, że postanowił się do nas przyłączyć w wymierzaniu sprawiedliwości.
- Nawet, jeśli to, co chce pani zrobić jest sprawiedliwe, to i tak będziemy sądzeni za przestępstwo.
Na te słowa twarz Winifred przybrała wyraz najpierw niedowierzania, a potem gniewu. Spojrzała na niego chłodno. Cedrick przeraził się tą nagłą zmianą. W jednej chwili przychylność i sympatia zostały zastąpione przez wściekłość, a być może nawet pogardę.
- A więc dobrze rozumiem? Boisz się walczyć o swoje? Gdzie się podział mężczyzna, który pokonał ogra w mojej obronie? Myślałam, że jesteś inny, a wystarczyło jedno pobicie, abyś zachowywał się jak tchórz!
- Tu nie chodzi o mnie! – przerwał jej głośno, ale zaraz potem spuścił wzrok. Winifred to zaintrygowało. – Tu chodzi o wszystkich innych… – urwał, a potem spojrzał znów na Winifred i dodał spokojniej: – Panią, Markusa, a teraz jeszcze tego biednego ogra.
Winifred nagle złagodniała i uśmiechnęła się do niego wyrozumiale. Spojrzała w jego oczy – jego biedne oczy w których kryło się to coś… To, co przyciągnęło ją do niego tamtej księżycowej nocy. Zrozumiała już jego obawy i sprawiły one, że jeszcze bardziej go lubiła.
- Nie mówmy już o tym – powiedziała, uśmiechając się jeszcze bardziej. – Ja nie zajmę się Moonem, skoro tak się martwisz. Ale ty powinieneś się rozerwać – szturchnęła go lekko. – Zapomnieć o tym przykrym wydarzeniu. Mam pomysł – dodała z niekłamanym entuzjazmem. – Może wieczorem pójdziemy gdzieś razem?
Twarz Cedricka się rozpromieniła. Trzeba przyznać, że perspektywa miłego spotkania z Winifred sprawiła, że poczuł się o wiele lepiej. Motywacja do wyjścia z domu okazała się być silniejsza niż strach.
- Chętnie – powiedział uśmiechając się lekko. – O ile Markus nie będzie miał nic przeciwko. Wie pani, rekonwalescencja…
Zapytali więc doktora o zdanie, a on po krótkim namyśle się zgodził. Powiedział, że urazy Cedricka nie są aż tak poważne, aby nie mógł wybrać się na mały spacer. Musiał tylko uważać na bandaże i rany, a ponadto nie pić za dużo, bo nabije sobie jeszcze większego guza, a to mogło pogorszyć sprawę.
- Dobrze, to ja tu jeszcze przyjdę. Do wiedzenia wieczorem – odparła Winifred i ruszyła w stronę drzwi.
Pożegnali się z elfką i po chwili już jej nie było. Cedrick spojrzał jeszcze raz na swoją szpadę. Może Markus miał rację i on nie powinien się tak bać. Uśmiechnął się do swoich myśli. Teraz miał przy sobie swoją broń…
 
Z początku to był bardzo wesoły wieczór. Winifred, Cedrick i Markus, który również pragnął się zabawić (mimo ostrzeżeń Cedricka, że może wydać sporo potrzebnych mu w przyszłości pieniędzy) spędzili go w „Sokółce”. Wiele przebywających w gospodzie osób, bardzo ucieszyło się na ich widok i nawet gratulowało Cedrickowi szybkiego powrotu do zdrowia. Było też kilku klientów, którzy spoglądali w stronę dwóch niziołków i elfki chłodno, ale Cedrick i Winifred starali się ich ignorować. Markus zaś przysiadł się od razu do jakiejś powabnej dziewczyny i zaczął się do niej zalecać.
Zanim jednak Cedrick i Winifred siedli przy ladzie i cokolwiek zamówili, elfka zaprowadziła go jeszcze do swojego pokoju. Wyglądał tak samo jak Cedrick go zostawił. Jedynie goździk w wazonie zwiędł, a na łóżku Winifred leżał już związany tobołek. Co było jednak największym zdziwieniem dla Cedricka, to to, że drugie łóżko wciąż tam stało.
- Jutro wyruszamy do Dolmit, jeśli to ci nie przeszkadza – odezwała się Winifred i usiadła na łóżku Cedricka.
- Nie – odparł z uśmiechem.
Usiadł tuż obok niej. Przez chwilę czuł się nieswojo, ale zaraz znów się do niej uśmiechnął i dodał:
- Tak właściwie to już się nie mogę doczekać. A jak pani pokaże mi swój dom – nagle spojrzał na nią pytająco – to zechce pani zobaczyć mój?
Nie odpowiedziała, ale rozpromieniła się i położyła rękę na jego ramieniu. Przez chwilę oboje przyglądali się zachmurzonemu niebu za oknem, pogrążeni we własnych myślach. Z dołu dochodziły dźwięki zabawy, ale to wcale nie pomogło Cedrickowi się nie martwić. W tym ciemnym pokoju, nawet blisko Winifred, nie mógł przestać myśleć o Moonie. Wszak tutaj właśnie spotkał go po raz pierwszy. Siedział w tym samym miejscu kiedy Moon, zhańbiony i pokonany, groził Winifred, że ją jeszcze dopadnie.
Winifred od razu poczuła jak niziołek się trzęsie. Cedrick próbował powstrzymać tę dziwną reakcję swojego ciała, ale nie potrafił. Dopiero, kiedy elfka przycisnęła go mocniej do siebie, tak że czołem dotykał jej piersi, przestał myśleć o Moonie, a zaczął o tym, że Winifred wykonała ten dziwny gest. Nie wiedział, co to właściwie oznaczało – czy to była tylko (cokolwiek osobliwa) próba pocieszenia go, czy też może coś więcej. Odchrząknął, spojrzał na Winifred i, spuściwszy wzrok, powiedział:
- Lepiej chodźmy już na dół.
Razem zeszli do baru i usiedli przy ladzie. Akurat natrafili na moment, kiedy Markus szepnął coś dziewczynie, na co ta zareagowała wymierzeniem mu policzka i odejściem od lady. Zniechęcony lekarz odwrócił się do przyjaciela i zaczął z nim rozmawiać na jakieś niezobowiązujące tematy.
Po chwili zabawa rozkręciła się na dobre. Jakiś młody, gładki elf o głęboko osadzonych szarych oczach i złocistych włosach, został poproszony przez barmana, aby coś zagrał na swojej gitarze. W pierwszej chwili nie chciał, mówiąc, że jego piosenki są zbyt smutne na tak wesołą noc jak dziś i że on sam nie jest w nastroju, aby cokolwiek zaśpiewać. Namawiali go przez ponad pięć minut, aż w końcu barman powiedział, że jeśli Rod (bo tak brzmiało imię elfa) zaśpiewa, dostanie od niego każdy napój czy potrawę za darmo. Zachęcony tym Rod usiadł na specjalnie przygotowanym, samotnym krześle po środku gospody i rozpoczął brzdąkanie na gitarze.
Zaczął spokojnie. Jego głos był cichy, ale słyszalny dla wszystkich. Delikatne nuty granej na gitarze melodii i dźwięk słów, wyśpiewywane przez elfa były tak głębokie, że wszyscy patrzyli na niego w skupieniu i nie śmieli nawet przerwać rozmową zasłuchania sąsiadów.
Niebo nie jest już takie jak dawniej,
Po tym jak na zawsze pożegnałem się z Tayą.
I księżyc jakby świecił mniej raźnie.
Gwiazdy nie tak jasne się wydają.
 
Po pijaku wszystko jest piękne,
Lecz rankiem ból mnie znów ogarnia.
Bo w pamięci jeszcze błyszczy mętnie,
Ojczyzna moja kochana!
W tym momencie Rod szarpnął za strunę mocniej i z o wiele większą siłą, jakby gniewnie, śpiewał dalej. Od tej chwili każdą zwrotkę zaczynał mocnym szarpnięciem struny.
Dom mój zamknięty na cztery spusty,
Bo już mi obrzydł ten piękny świat.
Jego usta i pełne biusty,
Jego krągłości tu i tam.
 
Mówią mi: „Znikaj, z naszego raju na ziemi,
Gdzie bieda i żreć nie ma co.”
To mnie nie rusza, bo i po co
Miałbym ja sprzeczać się całymi dniemi
 
O to, że ich Niebo to tylko błoto,
Że ich słońce to tylko żarówka,
A prezydent, co obiecał im złoto,
Ma obywatela za półgłówka?
Szarpnął ostatni raz i zaśpiewał tak jak na początku – spokojnie i cicho.
Więc teraz chcę tylko świętego spokoju,
Z dala od cierpień nowego dnia,
Z dala od rozpaczy i niepokojów
O to gdzie ojczyzna ma!
Gitara zamilkła. W pierwszej chwili trwała cisza. Z gromadzeni w gospodzie klienci nie poczuli się urażeni, gdyż właściwie Rod miał rację. Po chwili cisza została przerwana głośnymi owacjami, a nawet właściciel gospody odszedł od lady, aby poklepać elfiego śpiewaka po plecach. Jedynie Winifred nie należała do tych, którzy z entuzjazmem przyklaskiwali Rodowi. Elfka siedziała zamyślona i milcząca. Trzymała w ręce kufel z piwem, ale nie piła z niego.
Taya! Ojczyzna! Winifred ogarnęła nagle jakaś melancholia na myśl o Tayi, mimo że piosenka Roda tylko pobieżnie o niej wspominała. Winifred zbyt młodo opuściła rodzinny kraj, aby cokolwiek pamiętać. Musiała się posiłkować opowieściami rodziców i gazetami, które rzadko opisywały zdarzenia z tak odległego miejsca, a jeśli już o czymś wspominały, było to po prostu doniesienie o kolejnym bezprawnym sądzie albo o cenzurze, a już najczęściej mówiono o tym, że z Tayi jest najwięcej uchodźców, którzy tak rujnowali Archemię.
Rodzice zaś, póki żyli, mówili jedynie o tym jak pięknie było przed nastaniem dyktatury generała Tolby’ego. Że można było mówić, co się chciało, że półki w sklepach były zawsze pełne, że Taya miała zapewniony pokój ze wszystkimi swoimi sąsiadami. Nie mówili nic o tym, jak Taya wygląda wiosną albo jesienią, jak wygląda jej stolica, ani nic podobnego. Obraz Tayi był dla Winifred wielką niewiadomą.
Tuż obok Winifred usiadł Rod i zamówił piwo. Nie zwracał uwagi na elfkę, ona jednak przeniosła wzrok z kufla na śpiewaka i zaczęła mu się przyglądać. W głowie świtała jej pewna myśl. Rod przyjechał do Archemii kilka tygodni temu. Może by tak go wypytać o Tayę? Na pewno ją pamięta i do tego jest dość dojrzały, aby pamiętać ją sprzed czasów dyktatury Tolby’ego.
Rod zauważył, że Winifred go obserwuje. Spokojnie odstawił piwo i starał się ją ignorować. Winifred w końcu odezwała się do niego, starając się brzmieć naturalnie i nienatarczywie.
- Mam do ciebie pewną sprawę, Rod.
- Czego? – zapytał z pewna dozą zniecierpliwienia w głosie i wziął łyk piwa.
- Opowiedz mi o Tayi – powiedziała, a on spojrzał na nią z niechęcią.
W tym momencie Cedrick się bardziej zainteresował.
- Przecież nie lubisz tych nudziarzy, co to ględzą o ojczyźnie, a nic nie robią.
- Ale ja chcę tylko wiedzieć jaka jest – powiedziała nieco ostrzej. – Opowiesz mi, a dam ci spokój. Nie opowiesz, dostaniesz w pysk.
- A co tu opowiadać? – odparł Rod i machnął ręką. – O polityce szkoda gadać, a przez ten czas od kiedy ją opuściłem, na pewno Taya się tak bardzo nie zmieniła.
- Jak wygląda? Jak tam jest? – nie poddawała się Winifred. – Powiedz. Ja chciałabym to wiedzieć.
- Dlaczego? – zapytał, odstawiając kufel z piwem. – Czyżbyś sama nie pamiętała?
- Właśnie dlatego! – odparła lekko wzburzona. – Nie wszystkie elfy opuściły swój dom w tak późnym wieku jak ty.
- Rodzice ci nie opowiadali?
- Byli oszczędni w opisie, a potem diabli ich wzięli.
- No dalej, panie – wtrącił Cedrick. – Ja też jestem ciekaw jak wygląda Taya. Nigdy tam nie byłem.
- Ja też. Niech pan opowie – dodał Markus.
- Chyba, że jest tak brzydka, że nie ma o czym mówić – powiedział barman, czyszcząc jakiś kufel.
Rod milczał przez chwilę, najwyraźniej zastanawiając się co zrobić. Dopił jeszcze piwo, zanim podjął decyzję, aż w końcu pochylił się bardziej ku Winifred i, uśmiechnąwszy się, odpowiedział:
- Dobrze, opowiem ci o Tayi, ale słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzał.
- Rozumie się. No, mów.
Rod znów zamilkł na moment. Westchnął głęboko, zamyślił się i, zwracając się po kolei do każdego ze słuchaczy, z przejęciem zaczął opowiadać:
- Może i nasza ojczyzna nie jest najcieplejszym miejscem na świecie, ale wiosną, latem, a nawet jesienią i zimą jest naprawdęwspaniała. To zasługa przepięknych, starych budynków, które tak dobrze komponują się z wysokimi drzewami, które kwitną wiosną tysiącami cudownych kwiatów o różnych kształtach i rozmiarach; latem utrzymują ten stan i do tego wydają wiśnie, jabłka, brzoskwinie, śliwki, pomarańcze… No, a jesienią liście mienią się czerwienią, która ożywia wszystko dookoła. Wy nigdy nie widzieliście czegoś takiego. Nie wiecie jak to jest przechadzać się uliczką ani lasem, w którym jest tak czerwono. Bo nasze drzewa jesienią tylko taką przybierają barwę i tylko u nas takie zjawisko można zaobserwować. Zimą, kiedy liście opadną już z drzew, długie i poskręcane gałęzie wydają się być rękoma wyciągniętymi ku słońcu. Na północy, gdzie Taya ma dojście do morza, rozciągają się wzdłuż jej brzegów plaże o bardzo jasnym i drobnym piasku, przez co aż chcesz go trzymać w ręce.
Winifred ten opis bardzo wzruszył, ale nie czuła się z tego powodu głupio. W miarę jak Rod opowiadał, widziała to wszystko oczami wyobraźni, a widok był tak piękny, że w jej sercu coś drgnęło. Nigdy nie spodziewała się, że mogłaby się tak wzruszyć. Mimo to z prawego oka poleciała jej łza, a potem jeszcze jedna i kolejna. Nie przepadała za ckliwym patriotyzmem, ale w tym momencie ów ckliwy patriotyzm jej nie obchodził. W końcu tęsknota za ojczyzną to jedno, a dekadencja to co innego.
Dyskretnie ścierała łzy z policzków, aby nikt nie zauważył, ale jednak nie uszło to uwadze ani Roda, ani barmana, ani Cedricka. Ogr i niziołek nie dali po sobie tego poznać, jednak Rod na widok łez w oczach twardej Winifred, uśmiechnął się przyjaźnie i przerwał opowiadanie, mówiąc:
- Wiem, co czujesz, siostro. Każdy elfi wygnaniec, prędzej czy później zapłacze za ziemią, z której go wygnano.
Przez chwilę popatrzył na nią spode łba, po czym wrócił do swojego piwa. Winifred zaś spojrzała w dół. Jej wyraz twarzy był tak smutny, że Cedrickowi zrobiło się jej żal. Była tak daleko od ojczyzny… Nawet jej nie pamiętała.
Otwarte z hukiem drzwi frontowe przerwały radosną biesiadę gości „Sokółki”. Wszyscy spojrzeli w stronę wejścia. Było tam dwóch mężczyzn. Na przedzie stał okrągły na twarzy, ale szczupły w pasie, nie najmłodszy już człowiek w eleganckim, białym garniturze. Za nim stał Moon
Weszli głębiej, rozglądając się po gospodzie. Kiedy Moon dojrzał Cedricka i Winifred, szepnął coś mężczyźnie w garniturze i wskazał ich. Ten przytaknął tylko głową i podeszli bliżej. Stanęli tuż przed niziołkiem i elfką. Cedrick patrzył na Moona z lekką obawą, ale próbował nie okazywać po sobie strachu; Winifred zaś świdrowała Moona chłodnym spojrzeniem.
Mężczyzna w garniturze uśmiechnął się szyderczo, po czym zwrócił się do Moona:
- Widzę, mój drogi Matthiasie, że rzeczywiście nieźle się zająłeś tym niźkiem. Tylko powiedz mi, jak to się stało, że on siedzi w tej dziurze?
Jego twarz przybrała wyraz bardzo poważny i groźny. Widać było, że jest zdenerwowany. Sam Moon wydawał się przestraszony z tego powodu.
- Dlaczego niziołek, który przyczynił się do ucieczki mojego prezentu dla ciebie, wciąż żyje? – ciągnął dalej mężczyzna, rozglądając się po sali. – Może mi to ktoś wytłumaczyć?
- Nie wiem o czym pan mówi – oświadczył z opanowaniem Cedrick. – Zostałem przez pana Moona napadnięty.
Winifred przyglądała się mu z zainteresowaniem. W pierwszej chwili zrozumiała, że to ona miała być tym prezentem. To już do tego doszło, że elfki stały się niewolnicami ludzi? Zaraz jednak Moon wtrącił od siebie:
- Nie kłam, niziek. Powiedziałeś, że mój niewolnik pobiegł prosto i skręcił. Długo go szukaliśmy zanim doszedłem w końcu, że mnie oszukałeś. – Pochylił się bardziej ku Cedrickowi i z uśmiechem złośliwości dodał: – W końcu niziołki pochodzą od krasnoludów.
Wyprostował się.
- Trzeba było go bardziej pilnować – odparł Cedrick, uśmiechając się równie złośliwie. – Jestem pewien, że pana niewolnik uciekł tylko przez pańskie niedopatrzenie. Trzeba uważać na swoje rzeczy.
- Czyli nie zaprzeczasz, że pomogłeś temu małemu uciec? – zapytał mężczyzna w garniturze.
- Jestem pewien, że ten mały niewolnik gdzieś jest w tym mieście. Nikt nie byłby tak szalony, aby mu pomóc. Pomoc niewolnikom w ucieczce jest wszak zakazana. Ja w każdym razie nie ryzykowałbym tak dla kilku brudnych krasnoludów. Panie…
- Nazywam się Taylor Dalton – przedstawił się mężczyzna i podał Cedrickowi rękę, którą ten uścisnął, po czym sam się przedstawił:
- Cedrick. Proszę mi wybaczyć, ale życie nauczyło mnie, aby być nieufnym, dlatego nie wyjawię swojego nazwiska. A więc, panie Dalton – podjął znów wątek – jestem szanowanym kupcem i długo i ciężko pracowałem nad renomą swojej firmy. Miałbym to zniszczyć skandalem?
Winifred nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Nie spodziewała się usłyszeć takich słów z ust tego miłego niziołka. Czyżby był tak dwulicowy? Z jednej strony dżentelmen, a z drugiej ktoś tak cyniczny… Jeśli to prawda, że nie chce skandalem narażać firmy na straty, to czyż takim skandalem równie dobrze mogła być znajomość z elfką?
- Dobrze mówisz, niziek. – Dalton znów się uśmiechnął. – W takim razie oberwałeś od mojego przyjaciela Matthiasa tylko za zapłacenie kaucji za tego elfucha. – Wskazał oczami Winifred.
Na te słowa Cedrick spoważniał i stanął na krześle. Chwycił za rękojeść szpady, żeby pokazać Daltonowi, że jest gotowy ją wyciągnąć i walczyć. Winifred poczuła się nieco lepiej, widząc tego Cedricka, którego zdążyła już poznać.
- Jeśli pan albo pan Moon znów tak nazwiecie pannę Winifred, zażądam satysfakcji – powiedział Cedrick i rzucił Daltonowi pełne pogardy spojrzenie.
Dalton zaśmiał się pod nosem.
- Niziek, śmiesz się z nami mierzyć? Moonowi nie mogłeś dać rady, a chcesz teraz walczyć z którymś z nas albo nawet oboma?
- Mimo to ostrzegam – oświadczył chłodno Cedrick.
- Lepiej go nie denerwować – wtrącił barman. – Jeden ogr źle skończył, bo nazwał Winifred elfuchem.
- No, to przekonajmy się – odrzekł Moon.
Spojrzał jeszcze w stronę Daltona, który przytaknął głową. Następnie Moon pochylił się i, spoglądając Cedrickowi głęboko w oczy, powiedział:
- Winifred to nic niewarty elfuch.
- Szykuj się do pojedynku – syknął Cedrick i zeskoczył na podłogę.
Szybkim ruchem wyciągnął szpadę i przyjął pozycję do walki. Moon prychnął szyderczo pod nosem i stanął naprzeciw Cedricka.
- Proszę wziąć jakąś broń, panie Moon – oświadczył Cedrick i opuścił szpadę. – To nie sportowo atakować białą bronią kogoś, kto ma do dyspozycji jedynie własne dłonie.
- Racja – przyznał Dalton. Zaczął wodzić wzrokiem po twarzach gości „Sokółki”. – Może ktoś się zaoferuje pożyczyć Matthiasowi jakąś broń?
- Nie trzeba. Mam to – oznajmił Moon i wyciągnął z kieszeni sztylet.
Stanęli pośrodku gospody, aby mieć więcej miejsca. Cedrick wiedział, że tym razem będzie o wiele trudniej; tym razem broń przeciwnika nie była taka wielka i o wiele łatwiej było nią operować. Cedrick wziął głęboki oddech i znów skupił się na walce.
Moon podskoczył do niziołka, chcąc go dźgnąć, jednak Cedrick natychmiast wycelował szpadę w jego brzuch, na co człowiek cofnął się gwałtownie. Przez chwilę stał i oddychał ciężko, najwyraźniej zastanawiając się, co zrobić. Cedrick nawet do niego nie podszedł, czekał tylko na jego ruch. Chwilę potem Moon znów zbliżył się do Cedricka, a niziołek znów wycelował szpadą, tym razem w jego prawy bok, kiedy tylko stanął dość blisko. Następnie jednym, szybkim ruchem zranił rękę, w której tkwił sztylet, rozbrajając Moona. Mężczyzna podniósł ręce do góry, jakby grożono mu pistoletem. Przyglądał się ze strachem ostrzu szpady, która była wycelowana w jego nos.
- Poddaję się – wycedził, zamknąwszy oczy.
Cedrick uśmiechnął się triumfalnie i schował szpadę. Następnie usiadł z powrotem na swoim miejscu. Dalton zaśmiał się pod nosem na widok pokonanego i zdezorientowanego Moona i zwrócił się do Cedricka:
- Trzeba przyznać: jesteś dobry, niziek. W takim wypadku pozostaje mi jedynie się z tobą pożegnać. Chodźmy, Moon – zawołał do niego.
Pochylił głowę i wyszedł, a Moon zaraz za nim. Chwilę potem Markus szepnął naprawdę cicho do Cedricka:
- Świetnie to zagrałeś. Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że mówisz serio. – Po czym dodał nieco głośniej: – A jak pokonałeś Moona!
- Tylko dlaczego obszedłeś się z nim tak delikatnie po tym, co ci zrobił? – wtrącił barman. – Trzeba go było zabić albo chociaż zostawić mu paskudną bliznę na facjacie.
- Nie chciałem go zabić. Chciałem mu tylko pokazać, że nie powinien nazywać panny Winifred elfuchem. Poza tym gdybym go zabił albo zranił, mógłbym zostać oskarżony o napaść.
- Cedrick… – odezwała się nagle Winifred.
Niziołek spojrzał na nią. Miała bardzo zatroskany wyraz twarzy.
- Musimy porozmawiać – dodała i chwyciła go za ramię.
Wyprowadziła go z „Sokółki” w miejsce, gdzie wszak niedawno razem rozmawiali pod księżycem. Kucnęła przed nim tak jak wtedy. Cedrick odniósł wrażenie, że domyśliła się kim jest i że nie podoba jej się to. Perspektywa wspólnej wyprawy do Lasu Dolmit, a nawet przyjaźni z Winifred oddaliła się. Ta myśl napawała go wielkim smutkiem, czego nie potrafił ukryć na swej twarzy. Winifred jednak pozostała niewzruszona.
- Co to było z tym niewolnikiem? I dlaczego zachowywałeś się przy Daltonie jak… jak nie ty? – zapytała patrząc mu głęboko w oczy. – Powiedz mi.
Cedrick bez chwili namysłu opowiedział Winifred o zajściu z Albertem. O tym jak go spotkał, pomógł mu się ukryć, a potem zaprowadził do Markusa i czego się po drodze dowiedział. Nie zapomniał też wspomnieć o tym, jakie rany miał na swoim ciele krasnoludek. Słuchała z zainteresowaniem i kiedy zapytała o to, gdzie teraz jest, Cedrick również wtedy wszystko wyjaśnił. Miał nadzieję, że jeśli wszystko jej opowie, zrozumie go. Być może także jego miłość do niej nie pozwalała mu pomyśleć, że mogłaby go wydać. Miał jednak przeczucie, że wraz z wyjawieniem tej tajemnicy, zniechęcił już do siebie Winifred.
- Muszę być dwulicowy, bo nie uratuję zbyt wielu krasnoludów w więzieniu. Przepraszam, że nie powiedziałem pani od razu o tym, że jestem abolicjonistą – oświadczył na końcu. – I zrozumiem, jeśli nie zechce już pani pokazać mi Lasu Dolmit.
Winifred uśmiechnęła się łagodnie.
- Jak możesz tak myśleć? Cieszę się, że jednak okazałeś się mężczyzną, którego tak poważam. Tym bardziej chcę przedstawić cię swojemu mentorowi. Jestem pewna, że polubi cię tak jak ja.
- Dziękuję pani, panno Winifred – odparł Cedrick.
Jego serce śpiewało z radości. Winifred go rozumiała i akceptowała. Rzucił się jej na szyję, tak że ledwo nie straciła równowagi. Delikatnie go od siebie oderwała i wstała na równe nogi.
W tym momencie drzwi do gospody się otworzyły i stanął w nich Markus.
- Chodźmy już do domu, Cedrick. Jestem zmęczony.
- W takim razie idziemy. Ja też czuję się śpiący. Do widzenia, panno Winifred – zwrócił się do elfki. – Jutro się spotkamy w tym samym miejscu.
Powoli oba niziołki zaczęły się oddalać od „Sokółki”. Winifred również wróciła do swojego łóżka, aby mieć siłę na podróż do Lasu Dolmit.
- Wiesz co? – zagadnął towarzysza w drodze Markus. – Winifred to całkiem miła dziewczyna. Trochę nieokrzesana, ale ją lubię.
- Dobrze wiedzieć. – Cedrick uśmiechnął się tylko delikatnie i dalej szedł w milczeniu.
- O czym chciała z tobą porozmawiać?
Przez chwilę Cedrick milczał. Wahał się, czy powiedzieć Markusowi, że już powiedział jej o tym kim jest.
- Chciała wiedzieć o co chodzi z tym niewolnikiem. Bardzo się zdenerwowała moim nietypowym zachowaniem.
- I powiedziałeś jej?
- Tak – odpowiedział cicho. Odwrócił się do Markusa i dodał z uśmiechem: – A jej to nie przeszkadza.
- Cieszę się – odparł Markus.
Również się uśmiechnął i nie mówił już nic.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz