czwartek, 27 grudnia 2012

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara - część 2

[Uwaga! Nawiązania do gry Back To The Future: The Game, zwłaszcza tej sceny.]

Ulotna zniknie rozkosz za horyzontami

Doktor Brown odwrócił się gwałtownie i zdziwił tym, co zobaczył. Jakiś metr od niego stał wysoki mężczyzna, ubrany w długą, czarną pelerynę. Na głowie nosił czarny kapelusz z szerokim rondem, a na twarzy – białą, beznamiętną maskę. Emmett powstał na równe nogi, podparłszy się strzelbą, i przyjrzał się tajemniczemu osobnikowi. Starał się zachować pokerową twarz, ale w tym dziwnym mężczyźnie było coś niepokojącego, wręcz przerażającego.
- Erazm z Rotterdamu napisał w swojej Pochwale Głupoty, że psy to dowód na to, że pochlebstwo i przywiązanie mogą iść w parze – odezwał się znów nieznajomy. Miał syczący, przyprawiający o dreszcze głos.
Przez chwilę Emmett zastanawiał się, czy ten dziwny człowiek wiedział, co się stało z Klarą i dziećmi, ale jego obecność w lesie była tak dziwna, tak nienaturalna, że doktor Brown doszedł do wniosku, że śni jakiś dziwny sen.
- To nie sen, doktorze Brown – oświadczył nieznajomy. – To koszmar. Co gorsza, nie możesz się z niego obudzić. – Zrobił dwa kroki do przodu i zaczął powoli okrążać Emmetta, szepcząc: – To dość żałosne, że jedynym kompanem, który cię nigdy nie zdradził, jest ta bezrozumna kupa sierści. Tymczasem człowiek, którego uważasz za najlepszego przyjaciela, Marty McFly, porzucił twoje martwe ciało z nie do końca szlachetnych pobudek.
- Nie znasz Marty’ego, więc nie opowiadaj o nim kłamstw – odpowiedział chłodno doktor Brown. – Kim ty w ogóle jesteś, że śmiesz tak o nim mówić?
- Nazywają mnie Saturnin. A ty myślisz, że wiesz wszystko, a tak naprawdę nie chcesz spojrzeć prawdzie w oczy. – Zrobił krok w tył, podniósł głowę i spojrzał na doktora. – Tak się składa, że ja również potrafię przenosić się w czasie. Pozwól, że zabiorę cię w podróż, doktorze Brown. Odkryję przed tobą prawdę.
Pstryknął palcami i nagle las zniknął. Obaj znaleźli się przed Centrum Samotnej Sosny. Emmett nie wierzył własnym oczom. Oto był w stanie ujrzeć samego siebie i Marty’ego, ubranych w stroje ochronne. Marty nagrywał kamerą swojego pracodawcę, który właśnie oparł się o Deloreana i zaczął coś mówić.
- Czy to jest…? – Emmett odwrócił się w stronę Saturnina.
- Tak, doktorze – odparł jego rozmówca, nawet na niego nie spoglądając. – 26 października 1985 roku. Ale przyjrzyj się dobrze. Ujrzysz teraz prawdziwe oblicze tego, którego nazywasz przyjacielem.
- Co ja mam w głowie? – powiedział nagle doktor Brown z 1985, łapiąc się za czoło. – Nie wziąłem zapasu plutonu. Nie mógłbym wrócić, każdy skok w czasie to jeden ładunek.
Siedzący w ciężarówce Einstein zaczął nagle szczekać. Obserwujący z boku Emmett od razu poczuł przypływ niepokoju, zrozumiawszy, co zaraz miało nastąpić.
- Co jest, Einie? – zapytał doktor z przeszłości.
- Głupcze, uciekaj stamtąd… – szepnął jego odpowiednik z przyszłości.
Saturnin zbliżył się do jego ucha i zasyczał:
- Nie myślałeś, że cię znajdą. Myślałeś w swej naiwności, że odejdą wraz z fałszywą bombą i zostawią cię w spokoju. Ale oni postanowili ukarać cię za to, że śmiałeś ich oszukać.
Opierający się o Deloreana Emmett Brown spojrzał przed siebie. Nagle w stronę centrum handlowego wyjechał mały autokar. Emmett odszedł od samochodu, zbliżając się mimowolnie do obiektywu kamery Marty’ego.
- Boże, znaleźli mnie. Jakim cudem? – powiedział i zaraz ruszył do swojej ciężarówki, wołając: – Uciekaj, Marty!
- Kto to? – spytał młodzieniec.
Kładąc rękę na drzwiach pojazdu, doktor Brown odpowiedział:
- Jak to kto? Libijczycy!
Wskazał palcem nadjeżdżający autokar. Jeden z Arabów prowadził, drugi wychynął przez otwarty dach, trzymając w rękach karabin.
- O, cholera! – zaklął Marty i natychmiast pochylił głowę.
Schował się za Deloreanem. Terrorysta z karabinem ostrzelał serią ciężarówkę, ale nie udało mu się trafić w cel. Doktor Brown powiedział, że ściągnie ogień na siebie i wyjął z torby na narzędzia pistolet. Wycelował i próbował strzelić, ale pistolet nie odpalił. Uderzył dwa razy w magazynek i po chwili zdał sobie sprawę, że jest nienabity. Szybko salwował się ucieczką. Pochylił głowę i szedł wzdłuż ciężarówki. Terroryści się zatrzymali, a on stanął i podniósł wzrok akurat w momencie, kiedy znajdowali się na wprost niego. Libijczyk z karabinem powiedział coś w swoim ojczystym języku. Doktor bezradnie podniósł ręce do góry, a po kilku sekundach odrzucił pistolet, w nadziei, że zostanie oszczędzony. Chwilę potem kolejna seria z karabinu została wystrzelona prosto w jego tułów i Emmett z przeszłości padł na ziemie martwy.
Emmett z przyszłości zamknął oczy.
- Co jest, doktorze? – zasyczał mu znów do ucha Saturnin. – Teraz właśnie będzie najlepsze.
Emmett usłyszał jak Marty wydał z siebie przeciągłe, rozpaczliwe „nie”. Dopiero wtedy znów otworzył oczy. Marty podniósł się na równe nogi i krzyknął do terrorysty:
- Łajdak!
Kiedy tylko morderca jego pracodawcy skierował broń w jego stronę, Marty od razu schował się za przodem ciężarówki. Kolejna seria z karabinu. Przeładowując, Libijczyk powiedział coś do kolegi, a ten ruszył dalej. Marty opuścił kryjówkę, ale  autokar wyjechał mu na spotkanie. Chłopak zamknął oczy i oczekiwał na śmierć, ale choć Libijczyk celował w niego i nacisnął spust, strzał nie padł. Kiedy mężczyzna próbował doprowadzić swoją broń do użyteczności, młodzieniec skorzystał z okazji i wskoczył do Deloreana. Libijczyk kazał kierowcy jechać, ale autokar również odmawiał im posłuszeństwa.
- Popatrz jak ucieka – powiedział z jakąś dziwną satysfakcją w głosie Saturnin do oglądającego całą scenę Emmetta.
Marty już miał zamknąć drzwi do samochodu, ale zatrzymał się na moment i spojrzał na martwe ciało doktora Browna. Kiedy jednak autokar znów ruszył z miejsca, chłopak natychmiast zamknął drzwi i ruszył.
- Popatrz jak chce za wszelką cenę ocalić własną skórę – odezwał się znów Saturnin.
- Obejrzał się – odparł szybko doktor Brown. – Wahał się.
Delorean pojechał nieporadnie po parkingu, ścigany przez Libijczyków, którzy co chwila strzelali w jego stronę, a mimo to wciąż chybiali.
- Ale prawda jest taka, że nie chciał odwrócić tego, co raz poszło źle – oświadczył Saturnin.
Delorean zrobił kolejne okrążenie, po czym wyjechał na drogę, wciąż mając na ogonie Libijczyków.
- Nie chciał cofnąć się w czasie i ostrzec cię przed tym, co miało cię spotkać. Chciał znaleźć się jak najdalej stąd.
Doktor Brown przyglądał się całej scenie z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony chciał, aby Marty’emu się udało, żeby chłopak wyszedł z tego cało. Z drugiej strony, kiedy tylko jego wzrok padał na leżące opodal ciężarówki ciało jego samego, czuł do Marty’ego pewien żal. To jednak nie znaczyło, że nie potrafił go zrozumieć.
Samochód powrócił do centrum handlowego i zrobił kilka okrążeń wokół rabatki. Po chwili Libijczyk wyciągnął małą wyrzutnię rakiet. Marty zrobił jeszcze jedno okrążenie, po czym dodał gazu i pojechał przed siebie, z każdą sekundą nabierając szybkości. Aż w końcu pojawiło się białe światło i zniknął. Autokar Libijczyków zaś uderzył w pobliski kiosk.
- Zostawił cię, aby ratować swoją żałosną osobę. Zabawne, że zawsze denerwuje się, kiedy ktoś nazwie go tchórzem, i potrafi robić głupie rzeczy, żeby udowodnić swoją odwagę, a w tamtym momencie myślał tylko o ucieczce. Cofnięcie się do 1955 było skutkiem ubocznym. Poszedł do ciebie tylko po to, abyś pomógł mu powrócić do jego czasów.
- Ale potem próbował mnie ostrzec – odrzekł Emmett i spojrzał na Saturnina. – Najpierw napisał do mnie list, a kiedy go podarłem, próbował powiedzieć mi to od razu podczas burzy. – Odwrócił się całym ciałem do swojego rozmówcy i powiedział: – Nie winię go za to, że instynkt samozachowawczy kazał mu mnie zostawić. Nie chciałbym, aby zginął z powodu błędu, jakim było niedocenienie przeze mnie Libijczyków. Poza tym – dodał z lekkim uśmiechem – Marty ratował mi życie wiele razy, narażając się na niebezpieczeństwo.
- A gdybym ci powiedział, że raz o mało cię nie zabił? – zapytał pewnym siebie tonem Saturnin. – Co więcej: że zrobił to celowo?
- Uznałbym, że albo jesteś szalony, albo kłamiesz.
- W takim razie przekonaj się sam, doktorze.
Znów zmieniła się sceneria. Tym razem znaleźli się w Liceum Hill Valley w 1931, gdzie odbywało się właśnie Naukowe Expo. Tuż przed nimi znajdował się pawilon z wielkim zbiornikiem wodnym, w którym zanurzony był batyskaf, a koło aparatury stał mężczyzna w skafandrze nurka. Na platformie prowadzącej do zbiornika znajdował się ubrany w brązowy garnitur Marty. Właśnie położył nogę na wężu, który dostarczał tlen do batyskafu. Nurek nagle podniósł głowę i doktor Brown usłyszał swój własny, ściszony głos:
- Odsuń się. Blokujesz węża.
Marty jednakże jeszcze nie cofał nogi. Spojrzał na nurka i powiedział:
- Co to ma do rzeczy? Przecież nie ma nikogo w batyskafie.
- To bardzo delikatny sprzęt – odparł mężczyzna w skafandrze.
- Oh, przepraszam – oznajmił Marty, ale brzmiał nieszczerze.
Nurek zachwiał się, jakby kręciło mu się w głowie.
- Pozwól, że naświetlę ci sytuację, doktorze – zasyczał Saturnin. – Siedemnastoletni ty siedzisz teraz w batyskafie, tymczasem ty z 1986 jesteś człowiekiem w skafandrze. A Marty McFly chce cię zabić.
W pierwszej chwili nie chciał w to uwierzyć. Pamiętał, że przed prezentacją swojego wynalazku na Expo stracił przytomność i obudził się kilka minut potem w batyskafie. Pamiętał, że w pewnym momencie nagle zrobiło mu się duszno, ale myślał, że to napad klaustrofobii. Po kilku długich sekundach znów mógł oddychać, batyskaf podniósł się do góry i Marty wyciągnął go na zewnątrz.
- Hej! – Marty odezwał się znów. – Emmett nigdzie się nie ruszy, dopóki nie podniesiesz batyskafu.
Nurek ponownie podniósł głowę i ochrypłym głosem zapytał:
- Co za Emmett?
- Ty, Emmett – odrzekł chłopak.
- Nie sądzisz, że to dość nieetyczne, doktorze? – spytał Saturnin. – Narażać życie najlepszego przyjaciela tylko po to, aby wyciągnąć go z batyskafu? Byłeś tam przecież bezpieczny.
Doktor Brown nie odpowiedział. Przyglądał się całej scenie, próbując pojąć, co się właściwie dzieje.
Wciąż trzymając nogę na wężu, Marty powiedział stanowczym tonem:
- Gotowy, aby teraz ściągnąć maskę? Jacques’u Douteux, znany też jako Carl Sigan, znany też jako…
- Nie! – przerwał mu mężczyzna w skafandrze.
Złapał się za głowę. Emmett przypomniał sobie ciasne wnętrze batyskafu, oświetlane jedynie małą żarówką na górze. Przypomniał sobie to okropne uczucie duszności, połączone z zawrotami głowy i wrażeniem, że pozostanie na dnie zbiornika już na zawsze. To było jedno z najgorszych wspomnień jakie pamiętał. Teraz wyglądało na to, że było ono udziałem Marty’ego.
- Po prostu przycisnę mocniej, dopóki nie podniesiesz batyskafu.
Było jakieś okrucieństwo w jego stanowczości. Okrucieństwo, którego Emmett nigdy wcześnie u Marty’ego nie widział.
- Wolałbym… żebyś tego nie robił. – Głos mężczyzny w skafandrze był coraz słabszy.
- Dlaczego nie? Nie ma nikogo w batyskafie, prawda? – Nagle spoważniał. – Wiesz, co się stanie, kiedy skończy się powietrze. Co stanie się wam obu.
Nurek coś powiedział, ale Emmett nie zrozumiał jego mamrotań. Mężczyzna złapał się za hełm i znów się zachwiał. Po chwili krzyknął słabym głosem:
- Rozkazuję ci odblokować tego węża!
- Zabawne. Pomyślałby kto, że to tobie kończy się powietrze, a nie osobie w batyskafie.
Gdyby nie znał chłopaka lepiej, pomyślałby, że Marty czerpie z tego… satysfakcję.
- Nie wiem o kim… o czym… mówisz.
- Zupełnie jakbyście obaj byli ze sobą jakoś połączeni.
Uśmiechał się i był pewny siebie. Nie przypominał tego sympatycznego młodzieńca, którego doktor znał od wielu lat. To było przerażające. Marty posunąłby się aż tak daleko, aby wymusić na kimś posłuszeństwo?
- Przestań… przydeptywać… tego węża!
- Podnieś batyskaf, doktorze.
- Nie… zrobię… tego…
Jego krzyk zaczął już przypominać przerażony, agonalny jęk.
- W takim razie ja też nie ustąpię – oświadczył Marty.
Ale jednak to zrobił. Ściągnął nogę z węża i obserwował. Nurek przez chwilę jeszcze łapał oddech, a zaraz potem podszedł do aparatury i podniósł wreszcie batyskaf. Marty wydobył nastoletniego Emmetta, który zakaszlał dwa razy i stwierdził, że nie zostanie oceanografem. Tymczasem człowiek w skafandrze uciekł i dwaj mężczyźni pognali za nim.
- Gdyby przytrzymał nogę kilka sekund dłużej, byłbyś martwy, doktorze – zasyczał Saturnin.
- Tak, wiem – odparł cicho Emmett.
Przez chwilę przyglądał się jeszcze samemu sobie z 1931. Właśnie skierowali się wraz z Marty’m w stronę przydzielonego im pawilonu. Rozmawiali jakby nigdy nic. Marty znów zachowywał się jak Marty. Emmett przypomniał sobie, że tego dnia chłopak pomógł mu pogodzić się z ojcem i dał mu kawałek gazety, który miał zobaczyć dopiero po tym jak wręczone mu zostaną klucze do miasta. Fakt, że kilka minut wcześniej Marty próbował go zabić, wydawał się doktorowi nie tylko niezgodny z charakterem chłopaka, ale również niezgodny z logiką. Gdyby Marty przyczynił się do śmierci Emmetta, nie tylko straciłby przyjaciela, ale także możliwość powrotu do swoich czasów. Poza tym…
Doktor Brown odwrócił się do Saturnina.
- Masz rację. Gdyby jego noga pozostała na wężu odrobinę dłużej, zabiłby mnie. Ale cofnął ją, mimo że mój odpowiednik z 1986 nie powiedział, że ulegnie jego groźbom. Wniosek: Marty doskonale wiedział, co robi. I musiał mieć powód. Nie pamiętam, abym udawał Jacquesa Douteux i więził samego siebie w batyskafie. Wniosek: to musiała być jakaś alternatywna wersja mnie, która z jakiegoś powodu nie chciała, abym dokonał pokazu swojego wynalazku. A ten pokaz był jednym z momentów zwrotnych w moim życiu, tak więc Marty miał na celu moje dobro.
- A więc twierdzisz, że o mało cię nie zabił dla twojego dobra? – zapytał Saturnin i zaśmiał się pod nosem. – Zdajesz sobie sprawę z tego jak głupie jest to stwierdzenie?
- Być może jest głupie, ale poparte faktami i zdrowym rozsądkiem. Zbyt dobrze znam Marty’ego i zbyt wiele razem przeżyliśmy, aby jedno wydarzenie zmieniło moje zdanie o nim.
- A więc myślisz, że mnie znasz, doktorze – odezwał się za nimi znajomy głos.
Doktor Brown odwrócił się i ujrzał Marty’ego ubranego w ten sam brązowy garnitur. Na jego twarzy pojawił się demoniczny uśmiech i chłopak skierował się w stronę Emmetta.
- Już dawno chciałem ci to powiedzieć. – Zatrzymał się tuż przed Emmettem i oświadczył: – Zawsze byłeś dla mnie żałosnym, starym nieudacznikiem. Siedziałeś w tym swoim małym garażu i bezskutecznie próbowałeś zbudować cokolwiek, co mogłoby działać. Mój ojciec przynajmniej nie miał złudzeń co do swojego położenia. Ty zmarnowałeś rodzinną fortunę i całe życie na głupie, bezużyteczne urządzenia. Dobrze płaciłeś, to ci muszę przyznać – dodał podnosząc palec, ale potem spoważniał. – Tylko dlatego zadawałem się z takim życiowym nieudacznikiem jak ty. Jak na ironię, jedyny wynalazek, który nie był do kitu, potwierdził tylko moje zdanie na twój temat.
Uśmiechnął się znów tym demonicznym uśmieszkiem, zrobił krok do przodu i, stojąc tuż przed Emmettem zniżył głos:
- Zacznijmy może od tamtego idioty, dobrze? – Wskazał palcem nastoletniego Emmetta, który stał na platformie i majstrował coś przy swoim wynalazku. – Żałosny kujon, który nie miał dość jaj, aby przeciwstawić się swojemu ojcu i bawił się w małego chemika za jego plecami. Nie miał dziewczyny, nie miał kolegów, nie miał nawet psa. Do tego frajer wierzył we wszystko, co mu się wmówiło. Pozwolił, aby osobnik, który podawał się za pracownika biura patentowego, zrobił z niego pośmiewisko.
Emmett poczuł jak robi mu się słabo. Przyglądał się chłopakowi, oniemiały, nie wierząc własnym uszom. Marty uśmiechnął się jeszcze szerzej, zrobił krok w tył i, podniósłszy ręce w pół drogi, powiedział:
- Dwadzieścia cztery lata później ten żałosny kujon nadal mieszka w rodzinnym domu, za jedynego kompana mając małego kundelka o imieniu Kopernik. Wciąż nie wynalazł niczego użytecznego. Nie wynalazł niczego, co by działało. Wciąż nie miał żony ani nawet dziewczyny. No, bo która kobieta zechciałaby zainteresować się człowiekiem, który jest tak żałosny?
Czy to był ten sam Marty, którego znał Emmett? Wątpił w to jeszcze bardziej, niż przedtem, kiedy chłopak przynajmniej nie zwracał się bezpośrednio do niego. Wtedy zdawało mu się, że miał chociaż na celu jego dobro. Teraz zachowywał się jak nastolatek, który wyrzuca kubeł pomyj na mniej popularnego kolegę z klasy i czerpie przyjemność ze swojej brutalnej szczerości. Czy naprawdę myślał o nim te wszystkie rzeczy? Czy to możliwe, że przez te wszystkie lata tylko udawał jego przyjaciela?
- Oj, chyba się teraz nie rozpłaczesz? – zakpił Marty i spojrzał na doktora z obrzydzeniem. – Jeszcze by tego brakowało, żebyś okazał się beksą. No, nic. – Wzruszył ramionami i odwrócił się do niego plecami. – Pora się pożegnać. – Spojrzał za siebie i dodał z kolejnym uśmieszkiem: – Idę naprawić twoje żałosne życie.
Zaczął się oddalać w stronę pawilonu. Emmett wodził za nim wzrokiem. Chciał mu coś odpowiedzieć, ale nie wiedział co. Miał się na niego wydrzeć? Zrobić mu listę swoich osiągnięć? Skonfrontować z faktem, że gdyby nie on, George McFly nigdy nie osiągnąłby sukcesu? Trzymana wciąż w rękach strzelba kusiła go, aby strzelić chłopakowi w plecy. Ale nie. Doktor Brown wiedział, że nie będzie w stanie strzelić do Marty’ego.
- Nastolatki… Zawsze takie pyskate i niewdzięczne, nie sądzisz? – Saturnin pokręcił głową.
Doktor Brown nie odpowiedział. Przyglądał się Marty’emu z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony pamiętał doskonale wszystkie te razy, kiedy Marty pokazał mu swoje przywiązanie. Z drugiej strony – jego okrutne słowa nachodziły na te wspomnienia i podważały ich prawdziwość. Nienawidził się za to, że tak myślał, ale nie potrafił odeprzeć od siebie bolesnego wyznania, które miało miejsce zaledwie minutę wcześniej.
Przyjaźń z Marty’m była dotąd jedną z najpewniejszych rzeczy w życiu Emmetta Browna. Zawsze mógł na niego liczyć, obojętnie czy chodziło o eksperyment wykonywany późną nocą, czy też o cofnięcie się w czasie, aby zapobiec śmierci Emmetta od któregoś z przodków Biffa Tannena. Ale teraz powiedział mu prosto w twarz, że uważał go za żałosnego osobnika i tylko udawał przyjaźń z nim. Co więc było prawdą?
A może ten Marty…
- Nie tylko on jest kimś innym niż ci się wydawało. – Saturnin przerwał nagle jego rozmyślania. – Chodźmy, doktorze Brown. Musisz zobaczyć jeszcze inne rzeczy.
Znowu przenieśli się w czasie i miejscu. Doktor Brown zdał sobie sprawę z tego, że stoi tuż przed chatą, w której mieszkała Klara jeszcze w czasach, kiedy nie byli małżeństwem. Emmett zobaczył samego siebie, idącego niepewnie w stronę jej drzwi, i od razu jego serce stało się cięższe, kiedy przypomniał sobie tamtą noc. Jedną z najgorszych nocy w jego życiu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz