piątek, 21 grudnia 2012

[FF: Powrót do przyszłości] Bicie zegara - część 1

[Pamiętajcie o słowie wstępnym!]

Pełne przerażenia serce


Emmett Brown wiedział, że choć wynalazł wehikuł czasu, to i tak nie był w stanie istnieć całkowicie poza czasem. Mógł przenieść się w określoną epokę i spędzić w niej kilka tygodni, miesięcy, a nawet lat, a potem powrócić do dnia, w którym wyjechał, i spotkać się ze starymi znajomymi, którzy pozostali tacy sami – ale mimo wszystko starzał się. Na szczęście jeszcze nie zniedołężniał, nie miał demencji, a jego zmysły jeszcze się nie przytępiły. Jednak zdawał sobie sprawę z tego, że kiedyś odczuje swoją starość.

To „kiedyś” przyszło pewnego ciepłego wieczora, kiedy doktor Brown jadł wraz z żoną i dwoma nastoletnimi synami kolację. Niebo za oknem było bezchmurne, wręcz idealne do wspólnego oglądania gwiazd. Pieczeń z ziemniakami miło łechtała kubki smakowe doktora, jeszcze raz udowadniając, że Klara wspaniale gotowała. Jules z wielkim entuzjazmem opowiadał o swoich dzisiejszych dokonaniach naukowych, a Verne dokuczał mu, od czasu do czasu rzucając jakieś zgryźliwe uwagi. Po kolacji chłopcy pójdą do swojego pokoju, każdy zajmie się swoimi sprawami. Jules prawdopodobnie przeprowadzi jakieś doświadczenie albo poczyta książkę, a Verne będzie mu przeszkadzać, grając w grę wideo albo słuchając bardzo głośnej muzyki. Kiedy już Emmett i Klara ich spacyfikują, wyjdą na dwór i tak jak za starych, dobrych czasów będą oglądać gwiazdy przez teleskop. Doktor Brown nie mógł się już doczekać.

Przeżuł i przełknął ostatni kawałek pieczeni i podniósł się z krzesła, aby odstawić naczynia do kuchni, kiedy nagle poczuł kłujący ból w piersi. Aż się zachwiał i musiał oprzeć rękami o blat stołu. Na ten widok przerażona Klara wyskoczyła z miejsca, to samo chłopcy. Ból zaczął się wzmagać, do tego Emmettowi zrobiło się gorąco i miał problemy z oddychaniem. Usiadł z powrotem na miejsce.

- Emmett? – Klara położyła rękę na jego ramieniu. – Emmett, co się dzieje?
- Ojcze, jak się czujesz? – spytał Jules.

W pierwszej chwili doktor Brown popatrzył na dłoń i przyjrzał się jej uważnie, a kiedy zobaczył, że nie robi się przeźroczysta, lekki uśmiech rozjaśnił jego twarz.

- Dzięki Bogu – szepnął do siebie. – To tylko zawał.

- Zawał?! – wykrzyknęła Klara, ale zaraz na jej twarzy pojawiła się determinacja. Zwróciła się do synów: – Jules, zadzwoń po karetkę.

- Tak, matko. – Jules od razu pobiegł do telefonu i wystukał numer pogotowia.

- Verne, pomóż mi przenieść ojca na kanapę.

Chłopak przytaknął głową, ale doktor Brown zatrzymał ich oboje ręką i powiedział:

- Poradzę sobie. Tak myślę – dodał niepewnie.

Powoli podniósł się z krzesła, cały czas czując ból w piersi, który nasilił się jeszcze bardziej. Jego serce nie tylko go bolało, ale również zaczęło bić jak szalone. Wciąż trzymając się za pierś, doktor Brown skierował się w stronę salonu. Klara szła tuż obok niego, wyraźnie zmartwiona tym, co się działo z jej mężem, a jednocześnie gotowa w każdej chwili przyjść mu z pomocą. Nie była tylko pewna czy była w stanie mu pomóc. Pierwszy raz w życiu była świadkiem czyjegoś zawału.

Kiedy usiadł wreszcie na kanapie, oparłszy plecy o poduszkę, miał wrażenie jakby właśnie przebiegł maraton. Serce waliło mu jak młot, było mu duszno i gorąco. Próbował sobie przypomnieć, co się robi w takich sytuacjach. Położyć się w pozycji półsiedzącej. To już zrobił, ale wciąż nie czuł się najlepiej. Co dalej? Wezwać pomoc. Jules właśnie odłożył słuchawkę, odwrócił się do reszty rodziny i oświadczył:

- Karetka przyjedzie za jakieś pięć minut, ojcze.

- Dobrze się spisałeś, Jules – pochwalił go Emmett, po czym dodał: – Co teraz?

- Trzeba sprawdzić tętno – odpowiedział Jules i szybko podbiegł do ojca.

- Tak, prawda. – Doktor Brown uśmiechnął się. – I oddech. I trzeba podać doustnie kwas acetylosalicylowy.

Jules chwycił przegub ojca, podwinął rękaw i zbadał mu tętno. Tymczasem Verne stał w drzwiach, wyraźnie nie wiedząc, co powinien zrobić. Klara to zauważyła i natychmiast kazała mu przynieść aspirynę. Przytaknął i szybko ruszył na górę, do łazienki.

- Nitrogliceryny raczej nie mamy – prychnął śmiechem chory. – Przynajmniej nie w takiej formie, abym mógł ją włożyć pod język.

- Twoje tętno, ojcze, pulsuje jak szalone – oznajmił Jules i przeniósł wzrok na jego twarz.

Przez chwilę przyglądał się ojcu z wyrazem jakiegoś smutku i zmartwienia. Ten sam wyraz twarzy miała Klara, która chwyciła męża za rękę i ścisnęła ją. Emmett wiedział, że musiał teraz wyglądać na bardzo chorego. Na pewno był strasznie blady i spocony. Wręcz czuł jak jego czoło oblewa lepki pot, ale trudno było mu określić, czy jest on ciepły, czy zimny. Tymczasem ból zaczął się rozprzestrzeniać po całej klatce piersiowej, dotarł do mostka, obojczyka i gardła, a nawet do żuchwy i ramion. Emmettowi coraz trudniej było oddychać.

Kiedy pojawił się wreszcie Verne ze szklanką wody i aspiryną, doktor odczuł wzbierającą w nim nadzieję. Włożył sobie do ust jedną tabletkę i popił wodą. Drżącą ręką odstawił szklankę na stolik do kawy i od razu zakręciło mu się w głowie. Ból nie ustąpił. Nie było widać efektów.

I wtedy przez głowę przeszła mu pewna myśl, która przyprawiła go o dreszcze. Być może właśnie nadszedł jego czas… W końcu dawno już przekroczył dziewięćdziesiątkę. Zabawne jak człowiek zapomina o swojej śmiertelności, kiedy ma kochającą rodzinę i zajmuje się małymi, codziennymi (jak również tymi niecodziennymi) problemami. No, a teraz wyglądało na to, że umrze na zawał jak wielu dziewięćdziesięciolatków. W tej sytuacji było coś ironicznego. Tyle razy tracił życie albo był bliski jego utraty w bardziej dramatycznych okolicznościach, a teraz miał zejść z tego świata jak zwykły dziadyga.

Łzy zakręciły się w kącikach oczu, ale jeszcze nie spływały po policzku. Z każdą chwilą czuł się coraz słabszy. Powtarzał sobie, że wszystko będzie dobrze. Medycyna była na o wiele lepszym poziomie, niż – dajmy na to – w 1885. Na pewno lekarzom uda się go uratować i pociągnie jeszcze trochę. Z drugiej strony wciąż nawiedzała go myśl, że właśnie wybijają jego ostatnie godziny.

Ścisnął dłoń Klary.

- Nie chcę umierać – wyszeptał, spoglądając na swoją żonę szklistym wzrokiem. – Mam jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia. Tyle miejsc do odwiedzenia, tyle urządzeń do wynalezienia…

Przez chwilę ani ona nie wiedziała, co powiedzieć, ani wciąż obecni w pokoju Jules i Verne. Potem jednak uśmiechnęła się do męża i odparła:

- Nie umrzesz, Emmett. Zobaczysz, aspiryna zaraz zacznie działać i poczujesz się lepiej.

Nie chciał umierać. Nie chciał zostawiać Klary i chłopców samych swojemu losowi. Klara, co prawda, miała pracę, ale czy poradziłaby sobie z samotnym wychowaniem Julesa i Verne’a? Poza tym chciał jeszcze trochę z nimi pobyć. Przynajmniej do momentu, w którym jego synowie nie osiągną wieku męskiego.

Jeżeli to miały być jego ostatnie chwile, powinien się właściwie pożegnać.

- Wybacz mi, Klaro – zaczął. – Powinienem wynaleźć kompresor czasu, kiedy byłem w wieku produkcyjnym.

- Nonsens! – powiedziała z tym samym smutnym uśmiechem, ale i z pewną determinacją w głosie. – Co by się wtedy stało z Marty’m?

- Właśnie, Marty… – szepnął, czy też raczej wydyszał, słabym głosem. – Nie jest nawet świadom tego, co się dzieje. Będzie mu żal.

Nie chciał umierać. Nie chciał zostawiać Marty’ego, nie będąc pewnym, że życie chłopaka ułoży się pomyślnie. Udało im się zapobiec wypadkowi, ale czy to była gwarancja tego, że jego przyszłość nie będzie taka, jak doktor Brown ją widział w roku 2015?

- Mogę do niego zadzwonić, tato – zaproponował Verne, po czym dodał szybko: – Chociaż wszystko będzie dobrze, zobaczysz.

- Właśnie, ojcze – wtrącił Jules. – Spędzisz trochę czasu w szpitalu i szybko wrócisz do pełnego zdrowia.

- 35% zawałów mięśnia sercowego kończy się zgonem – odparł krótko jego ojciec.

- Racja, ale pozostałe 65%…

- Jules, jestem dziewięćdziesięciopięcioletnim starcem. To cud, że dożyłem siedemnastych urodzin Verne’a, nie mówiąc już o twoich.

- Ale tato… – zaczął Verne, jednak Emmett od razu przerwał mu z uśmiechem:

- Jestem pewien, że jakąkolwiek drogę wybierzecie w swoich życiu, będę z was dumny. Jesteście już tacy duzi, chłopcy… – Znowu poczuł jak zbiera mu się na płacz.

Nie chciał umierać. Nie chciał zostawiać za sobą rodziny i przyjaciela. Obojętnie, jak cudowny był Tamten Świat (i czy jakikolwiek był), on nie chciał tam iść. Nie, kiedy ci, których kochał, zostawali na Ziemi. Nie był gotów ich zostawić. Nie był gotów na śmierć.

- Emmetcie Brown, nie wasz mi się mówić w taki sposób! – zrugała go Klara. – Nie umrzesz dzisiaj na zawał.

Gdyby to było takie proste…

Ale musiał się trzymać. Przecież jego serce nie mogło być aż tak obciążone, aby ten zawał skończył się zgonem, prawda? Po co od razu być na zapas pesymistą?

Znowu zakręciło mu się w głowie. Nie był pewien, czy coś takiego ma zwykle miejsce w czasie zawału, ale miał wrażenie, że lada chwila straci przytomność. Głowa ciążyła mu jak ołów, oczy zamykały się co chwila, a on walczył jak mógł z tą dziwną sennością, która dopadła go w tak niespodziewanym momencie. Czuł się coraz słabszy i coraz bardziej bezsilny wobec bólu, który ogarnął cały jego tułów. Być może utrata przytomności nie była taka zła. Przynajmniej nic by nie czuł. Było coś kuszącego w perspektywie snu w tym miejscu i w tym czasie. Jednocześnie obawiał się, że jeśli zamknie oczy, nigdy się już nie obudzi; że w tym stanie do jego mózgu nie dotrze odpowiednia ilość tlenu, a to spowoduje nieodwracalne szkody. Ale przecież zdarzało się, że podczas zawało traciło się przytomność.

Z drugiej strony to mogło również oznaczać wstrząs kardiogenny. Pot, biała cera, niskie ciśnienie i zaburzenia świadomości – to właśnie były objawy wstrząsu kardiogennego. Wyglądało na to, że jego serce było w o wiele gorszym stanie, niż myślał.

Verne nagle pobiegł do przedpokoju otworzyć drzwi i wpuścić do domu sanitariuszy. Twarz Klary rozpromienił uśmiech nadziei i natychmiast powiedziała do męża:

- Widzisz, Emmett? Wszystko już dobrze. Zaraz pojedziesz do szpitala.

Słyszał ją jakby przez mgłę, z oddali. Widział jak sanitariusze wchodzą i wiedział, że coś mówią, ale dźwięki ledwo docierały do jego uszu. Sanitariusze weszli do salonu z łóżkiem na kółkach. Doktor Brown czuł jak jego ciało jest przenoszone na wózek i przetransportowywane do karetki. Zdawał sobie sprawę z tego, że jeden z sanitariuszy wkłada mu maskę tlenową. Po chwili obraz zaczął się zamazywać i doktor Brown poczuł, że dłużej już nie mógł się opierać. Zamknął oczy i pozwolił, aby ogarnęła go błoga ciemność. Na razie nie widział żadnego jasnego światła w długim tunelu, więc najpewniej będzie żył.

 
Otwierając oczy, spodziewał się, że będzie leżał w szpitalnym łóżku, z wiszącą na suficie jarzeniówką i siedzącą wokół niego rodziną. Pierwsze, co go uderzyło, to fakt, że w pomieszczeniu panował półmrok. Kiedy usiadł i rozejrzał się po pokoju, nagle zdał sobie sprawę z tego, że znajdował się w sypialni chaty, w której spędził wraz z Klarą pierwsze lata małżeństwa. Tak, wszędzie poznałby te grube, sosnowe belki, które tworzyły ściany domostwa; to niewygodne łóżko, w którym przeleżał niezliczone bezsenne i obolałe noce; ten zapach drewna i spalenizny; tę wielką szafę, w której walały się nie tylko ubrania, ale również mniejsze wynalazki; oraz dębowe drzwi, za którymi krył się salon, kuchnia i bawialnia w jednym. W tej chwili zza tych drzwi dochodziło mętne światło.

Doktor Brown wyciągnął z szuflady w nocnym stoliku zapałki i zapalił stojącą na nim lampę oliwną. Dopiero, kiedy pomieszczenie zajaśniało, zdał sobie sprawę z tego, że ubrany był szarawą koszulę, spodnie na szelkach i kamizelkę – ten sam strój, który zwykł nosić jako kowal w 1885. Jego długi, skórzany płaszcz wisiał na krześle, a kapelusz – na belce łóżka.

Co się stało? W jaki sposób znalazł się tutaj? Przecież jeszcze przed chwilą leżał w karetce, która wiozła go do szpitala. Czyżby zawał serca był tylko snem? Skoro tak to bardzo intensywnym. No i fakt, że obudził się w tym konkretnym miejscu, mógłby zasugerować, że całe jego życie po przybyciu znów do dwudziestego wieku, również było jednym, wielkim snem. A może przespał cały pobyt w szpitalu i Klara – z jakiegoś powodu – doszła do wniosku, że powinien odpocząć na łonie natury? W końcu ograniczenie stresu było jedną z form zapobiegania kolejnym zawałom. Ale odesłaliby go do domu nieprzytomnego? To było cokolwiek dziwne.

Wstał i włożył płaszcz i kapelusz, bo w sypialni panował przeciąg. Podszedł do drzwi. Położył rękę na klamce, nacisnął ją i pchnął drzwi. Ujrzał znajome pomieszczenie z kominkiem po prawej, wielką, białą płachtą rozłożoną po prawej i piecykiem na środku. Żółte firanki, zielona komoda, dziecięce łóżeczko, fotel bujany tuż koło kominka, maszyna do maglowania i rozwieszania prania – wszystko tak za dawnym czasów.

Tylko nikogo nie było. Dom był pusty. Emmett szybko wybiegł na dwór, aby sprawdzić, czy Klara rąbie drewno, ale na zewnątrz zastał jedynie wysokie drzewa i wzgórza. I ciszę. Przerażającą ciszę, nie zmąconą nawet odgłosami dochodzącymi z lasu.

- Klaro! – zawołał.

Milczenie. Doktor Brown nie zamierzał się jednak poddawać. Zrobił kilka kroków do przodu i zaczął znów nawoływać:

- Jules! Verne!

Gdzie oni się podziali? Dlaczego zostawili go samego? Z każdą chwilą czuł się jeszcze bardziej zakłopotany. Z każdą chwilą miał coraz gorsze przeczucia, a propos tego, co mogło się stać z jego rodziną. Był sam w swoim starym domu. Nie wiedział jak się tam dostał i dlaczego właśnie tu. Co więcej, nie widział nigdzie Deloreana ani pociągu. Nie było więc możliwości, aby powrócić do przyszłości.

Wrócił z powrotem do chaty i rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego wzrok mimowolnie padł na opartą o kominek strzelbę. Tę samą strzelbę, z której przestrzelił linę Marty’ego, kiedy Wściekły Pies Tannen próbował go powiesić. Doktor Brown podszedł do niej szybkim krokiem i natychmiast chwycił ją oburącz. Sprawdził magazynek. Pełen. Ale na wszelki wypadek poszedł do komody i zaczął szukać w środkowej szufladzie jakichś naboi. Zanim znalazł to czego szukał, musiał przekopać się przez narzędzia, śrubki, gwoździe i inne graty, które zawsze tam trzymał.

Włożył naboje do kieszeni płaszcza i natychmiast wyszedł na zewnątrz. Gdziekolwiek byli teraz Klara i chłopcy, możliwe, że potrzebowali pomocy. Skierował się w stronę lasu.

- Klaro! Jules! Verne!

Odpowiedziało mu tylko echo. Ale szedł dalej przed siebie, zapuszczając się głębiej w las. Rozglądał się naokoło. Nasłuchiwał uważnie. Kora schodziła z drzew, na usianej trawą, krzakami leśnych owoców, grzybami i kwiatami ziemi walały się kamienie, opadłe liście i gałęzie. Nozdrza doktora Browna od razu wyczuły znajomy zapach świerku. Jego kroki odbijały się echem po lesie. Ptaki latały nad jego głową i siadały co chwila w zawieszonych wysoko gniazdach. Niebo było bardzo spokojne. Mimo wszystko miał przeczucie nadchodzącej katastrofy. Coś złego się zaraz wydarzy.

- Klaro!

Nic.

- Jules!

Żadnej odpowiedzi.

- Verne!

Cisza.

Być może poszli tylko do miasta, aby zrobić zakupy. Być może martwił się na zapas i powinien teraz wrócić do domu. Ale w takim razie dlaczego poszli wszyscy troje? Jakoś nie chciało mu się wierzyć, że jego życie po powrocie do dwudziestego wieku było tylko snem. Jego synowie byli już nastolatkami, a w związku z tym mogli zostawać w domu bez opieki. Wręcz wskazane byłoby, aby jeden z nich trwał na posterunku, kiedy ich ojciec był nieprzytomny. No, chyba że Klara chciała im kupić jakieś ubrania.

Nagle napotkał na swojej drodze widok, który kazał mu się zatrzymać. Tuż przed nim leżał w kałuży krwi ranny pies. Przyglądał się człowiekowi smutnymi oczami, z których powoli uciekało życie. Emmett od razu poznał te oczy. Od razu poznał tego psa. Poznałby go wszędzie. Poczuł jak jego nogi załamują się i po chwili pada na kolana tuż przy zwierzęciu.

- Einie – wyszeptał drżącym głosem do swojego starego kompana. – Co ci się stało?

Przyjrzał się jego ranom. Wyglądało na to, że zaatakowało go jakieś zwierze. Na nogach znajdowały się ślady zębów, a na boku – pazurów, które mogły należeć do niedźwiedzia. Einiemu brakowało też prawego ucha. Musiał stoczyć jakąś walkę.

Doktor Brown rozpaczliwie próbował przypomnieć sobie, co powinien zrobić w takich sytuacjach. Chciał zatamować krwotok, ale nie wiedział czym. Najpierw rozważał pocięcie płaszcza albo kamizelki na kawałki, ale natychmiast zdał sobie sprawę z tego, że nie ma żadnego ostrza, a robienie tego ręcznie byłoby bezowocne i zabrało zbyt wiele czasu. A czas uciekał. Mógł jeszcze zabrać go do domu i sprawdzić czy tam nie da się niczego zrobić, ale czy zdoła go tam donieść na czas?

- Nie martw się, piesku – powiedział, głaszcząc go po głowie. – Wszystko będzie dobrze.

Ale zdawał sobie sprawę z tego, że już za późno. Widział jak życie Einsteina uchodziło z jego ciała wraz z każdą kroplą krwi. Pies zaskamlał smutno i przyglądał się swojemu panu paciorkowatymi oczami. Po chwili w ciele psa zamarł wszelki ruch, a jego oczy wyrażały już tylko pustkę. Emmett przycisnął do piersi to martwe truchło, które kilka sekund temu było jego przyjacielem i poczuł jak łzy zbierają mu się w oczach, a potem przebiegają po jego policzkach, tworząc dwa strumienie. W mgnieniu oka przypomniał sobie jak zobaczył go po raz pierwszy w schronisku i postanowił zabrać do domu. Przypomniał sobie wszystkie eksperymenty jakie na nim przeprowadził, łącznie z tym w Centrum Handlowym Samotna Sosna, kiedy to Einstein został pierwszym podróżnikiem w czasie. Einie był jego przyjacielem na długo przed tym jak pojawił się Marty. Nigdy się nie skarżył na niedogodności związane z byciem pilotem doświadczalnym, a przy tym był bardzo inteligentny i oddany.

A teraz nie żył. Trzeba było go pochować. Ale doktor Brown nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Z jednej strony wyszedł szukać swojej rodziny. Istniało prawdopodobieństwo, że znajdowali się w niebezpieczeństwie, być może nawet byli ranni. Liczyła się więc każda chwila. Einsteina nie mógł już uratować, a Klarę i chłopców tak. Z drugiej strony nie chciał zostawiać Einiego na pastwę padlinożerców.

Nagle rozległ się chichot, który natychmiast echo poniosło po całym lesie. A potem ten sam głos powiedział:

- Chłopiec i jego pies! Jakież to wzruszające!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz