sobota, 17 listopada 2012

Ze wspomnień fana: Naruto

Swoją serię poświęconą wspomnieniom z poszczególnych fandomów zaczynam od Naruto, mimo że odkryłam go dopiero w liceum i wcześniej byłam już fanką wielu książek i seriali. Powód takiego właśnie posunięcia z mojej strony jest dość prosty – to właśnie przy Naruto odkryłam fanostwo wykraczające poza rozmowy kilku kumpli w szkolnej ławce i samotne przeglądanie stron poświęconych konkretnej serii. Ale po kolei.

Najpierw pokrótce co to jest (dla tych, co nie wiedzą). Naruto to manga (a co za tym idzie – również anime na jej podstawie) Masashiego Kishimoto, osadzona w fikcyjnym świecie, którego realia łączą ze sobą elementy nowoczesności i przeszłości, i gdzie dość rozwinięta jest koncepcja ninja. Mamy kilka krajów, każdy ma Wioskę Ukrytego Czegoś (np. Konoha – ojczysta wioska głównego bohatera – to Wioska Ukrytego Liścia), a każda z nich ma za wójta tak zwanego Kage – ninja, który jest najsilniejszy i najbardziej doświadczony. Są również pomniejsi ninja – jounini, chuunini i genini. Ci ostatni to absolwenci Akademii Ninja.

Naszym głównym bohaterem jest tytułowy Naruto – sierota borykający się z samotnością i marzący o tym, aby zostać w przyszłości Kage swojej wioski; niezbyt pilny uczeń Akademii Ninja, a także dziecko, w którego brzuchu zapieczętowano demona – Lisa o Dziewięciu Ogonach (czego nie jest na początku świadom). W pierwszym odcinku zostaje wciągnięty podstępem do kradzieży zwoju zawierającego różne techniki z wyższej półki. Uczy się jednej z nich, polegającej na tworzeniu klonów.

Każdy ninja dysponuje jako bronią shirukenami, nożami, prochem… ale również siłą życiową, chakrą, z którą mogą robić różne ciekawe rzeczy. W miarę jak akcja się posuwa, odkrywamy coraz to nowe sposoby wykorzystywania chakry – łapanie cieni, dzięki któremu można kontrolować przeciwnika; porozumiewanie się z owadami, lalkarstwo (pojmowane jako używanie do walki marionetek)… W zasadzie widzieliśmy to już w kilku anime. Motyw siły życiowej, która (odpowiednio ukierunkowana) działa trochę jak magia, jest może trochę wyświechtany, ale musicie przyznać, że daje duże pole do popisu.

W każdym razie moja przygoda z Naruto zaczęła się od tego, że mój młodszy brat przyniósł ze sobą na działkę kilka dysków z odcinkami tego anime, aby umilić sobie pobyt poza zasięgiem Internetu. Siedział przy komputerze i oglądał je z angielskimi napisami, a ja w końcu przyszłam do niego i spytałam, czy mogę oglądać z nim. On się zgodził i nawet odpowiedział pokrótce na moje pytania o to, co to jest, kto jest kim i co się dotąd stało. Przesiedzieliśmy przy komputerze kilka godzin i, nawet nie dbając o to, że robi się ciemno, przeszliśmy przez prawie całą sagę Zabuzy, a potem musiałam iść spać, bo było po północy, a to, że nie włączyliśmy światła, jeszcze potęgowało u mnie poczucie senności. Ale następnego wieczoru znowu zasiadłam z moim bratem do nocnego seansu, po którym wciągnęłam się jeszcze bardziej, zwłaszcza, że pojawiła się tam postać, którą szybko polubiłam – Rock Lee (jeszcze do niego wrócę).

Szybko znalazłam polską stronę KonohaSenpuu, poświęconą Naruto. Przeczytałam po kolei każdy opis postaci i natknęłam się na fanfiction do tego fandomu. Co prawda, koncept fanfików nie był mi wtedy obcy (znalazłam tego trochę, jak byłam w fandomie Harry’ego Pottera), ale to właśnie do Naruto zaczęłam pisać swoje pierwsze fiki, chociaż z początku ich nigdzie nie publikowałam. Wysłałam tylko pierwszy rozdział Kronik Rodzeństwa Piasku na KonohaSenpuu, ale mi do dzisiaj nie odpisali i raczej go nie zamieścili. W każdym razie, rzeczone Kroniki… pisałam systematycznie dla własnej przyjemności.

Naruto ma to do siebie, że ma dużo postaci, a co za tym idzie – całkiem sporo relacji między nimi, które przeciętny fan może ze sobą porównywać i analizować. Poczynając od tych najbardziej podstawowych relacji przyjaźni (nie lubiący się i traktujący siebie nawzajem jak rywali Naruto i Sasuke, a jednocześnie gotowi walczyć ramię w ramię, gdy wymaga tego sytuacja; Shikamaru, który dzieli się jedzeniem ze swoim przyjacielem Choujim), uczeń-nauczyciel (Iruka, który traktuje Naruto jednocześnie jak niesfornego ucznia, a z drugiej strony zabiera go na ramen; wpatrzony w swojego głośnego i pompatycznego mistrza Rock Lee i Maito Gai, który traktuje swojego ucznia w bardzo uczuciowy sposób i nazywa go geniuszem ciężkiej pracy), między szefem i podwładnym (Haku, który widzi cały swój sens życia w służbie Zabuzie), między rodzeństwem (Kankuro i Temari, którzy z jednej strony boją się swojego młodszego brata, Gaary, a z drugiej strony są zdolni do tego, aby mu się przeciwstawić i pomóc mu w potrzebie; Sasuke, który doskonali się tylko po to, aby wywrzeć pomstę na bracie)… Nawet w niesławnych fillerach można znaleźć, jeśli nie rozwinięcie już przedstawionych relacji, to chociaż opowiedzenie historii nowych postaci, które też są dość ciekawe i pojawiają się tylko w tych fillerach.

Ktoś może powiedzieć: „Przecież w każdej fabule występują jakieś relacje między postaciami.” i ja się z nim zgodzę, jednak Naruto należy do tego typu fabuł, które na relacjach się mocno koncentrują. O wiele ważniejsze niż zagrożenia ze strony tajnych organizacji i obcych wiosek, są ludzie, którzy napadają na Konohę i którzy jej bronią. Bieg między dwiema wioskami byłby zwykłą historią o zawodach, w których jedna ze stron perfidnie oszukuje, gdyby nie Idate, który przed laty przyczynił się do okaleczenia swojego starszego brata, został wygnany z Konohy i ma dług wdzięczności u przywódcy wioski za to, że go przygarnął i w niego uwierzył.

Jak już wspomniałam postacią z Naruto, którą najbardziej lubiłam (i nadal lubię), był Rock Lee. Rock Lee bardzo przypomina pod względem determinacji samego Naruto – postawił sobie cel i konsekwentnie do niego dąży, mimo że jego naturalne talenty są raczej niewielkie. Widzicie, są trzy sztuki ninja – ninjutsu (techniki oparte na chakrze i pieczęciach), genjutsu (iluzja) i taijutsu (sztuki walki). Lee nie miał zdolności do pierwszych dwóch, więc skupił się na ostatniej, hartując swoje ciało dzień i noc jeszcze w czasach akademickich. Tak się złożyło, że jego przyszły mistrz Maito Gai widział go podczas wieczornych ćwiczeń i był pod wrażeniem jego zapału. Ponieważ jego kolega z drużyny – Neji – został ogłoszony geniuszem i naśmiewał się z niego właśnie ze względu na jego ograniczone zdolności, Lee postanowił sobie, że zostanie wspaniałym ninją, znającym się tylko na taijutsu i trenował jeszcze gorliwiej. Był moment, w którym zwątpił w sens konkurowania z cudowne dziećmi takimi jak Neji, ale wtedy pojawił się Gai i powiedział mu, że Lee jest „geniuszem ciężkiej pracy”.

W ogóle relacje między Maito Gaim i Rockiem Lee są, moim zdaniem, jednymi z lepszych relacji w całym anime. Być może na początku Gai i Lee wyglądają jak para melodramatyzujących narwańców, jednakże kiedy dochodzi już do retrospekcji z ich treningów i do finału walki między Lee i Gaarą, widzimy, że szacunek chłopaka do własnego mistrza jest jak najbardziej uzasadniony. Gai ma specyficzne podejście do treningów, jest gotów przejść cała Konohę na rękach, bo przegrał z Kakashim w papier-kamień-nożyce, bezustannie stawia sobie wyzwania z konkretnym psychicznym podejściem. Lee go w tym wszystkim naśladuje i, prawdę mówiąc, trening ten jest bardzo skuteczny. Rock Lee może i nie umie genjutsu i ninjutsu, ale z pewnością skopałby tyłek niejednemu ninjy, który w nich przoduje.

Nie mówiąc już o tym, że między nimi panują relacje bardzo ciepłe. Śmiem rzec, że Gai i Lee są wręcz jak ojciec i syn. Widać to choćby po sposobie, w jaki Gai zwraca się do swojego ucznia po tym wszystkim, co zaszło podczas walki Lee i Gaary. Próbuje podnieść go na duchu, a w którymś momencie stwierdza nawet, że pragnie umrzeć razem z nim. Jestem osobą, która lubi bardzo motyw (szeroko pojętych) relacji ojciec-syn, toteż oglądałam odcinki Naruto ze wszystkimi takimi scenami po kilka razy.

Niejako właśnie dzięki Rockowi Lee odkryłam AMVki. Dotąd nie zdawałam sobie sprawy nawet z tego, że istnieje YouTube. To znaczy – widziałam już różne filmiki w Internecie, ale był to zwykle JoeMonster, ewentualnie jakieś filmiki, które ściągnęli moi bracia ze stron poświęconych humorowi (Gandalf: „Bo ja tańczyć chceeę/Może nauczysz mnie jak tańczy sieeę…”). Toteż to, co zaczęło się od szukania odcinków Naruto z Rockiem Lee, przerodziło się w szukanie AMVek mu poświęconych. Wtedy zdałam sobie sprawę z kilku rzeczy:

1. Niektóre piosenki tak bardzo pasują do niektórych postaci, że fani robią je na potęgę. Najwięcej AMVek z Lee (przynajmniej wtedy) zawierało jedną z dwóch piosenek: In The End Linkin’ Parku i Kung Fu Fighting (oryginał bądź remiks). Kibie i jego pieskowi, Akamaru, przypadało zwykle Who Let The Dogs Out, Gaarze – Enter The Sendman Metalliki albo Mr. Sandman The Chordettes, a jego bratu, Kankuro, specjalizującemu się w walce kukiełkami – Master of Pappets. Zauważyłam podobną prawidłowość w fandomie Sherlocka, kiedy wiele crack!vidów zawierało klipy z Mycroftem Holmesem i piosenką Rhianny Umbrella. Są jeszcze słynne Character Theme Songi, które polegają na tym, że do każdej bardziej znanej postaci z danego fandomu przydziela się właśnie piosenki, które kojarzą się z nią w ten, czy inny sposób. Do dziś pamiętam, że pierwsze takie wideo, które widziałam, zawierało Dancing Queen ABBY jako theme song Nejiego, Puppy Love zaś przypadł Kibie i Akamaru, a DDRowy kawałek Butterfly – Choujiemu.

2. Piosenka I’ll Make A Man Out Of You z Mulan jest jedną z najczęściej wykorzystywanych w fanvidach piosenek Disneya, jeśli nie najczęściej wykorzystywaną. Szczególnie, gdy w danej serii występują jakieś walki, sceny treningów i wojsko. Po prostu jest to piosenka tak dynamiczna, że idealnie wpasowuje się pod klipy, w których postaci się biją albo ćwiczą. W ogóle piosenki z filmów animowanych Disneya wydają się być idealne do fanvidów. Można nimi opisać tak różne sytuacje, jak zakochanie (I Won’t Say I’m In Love), spiskowanie przeciwko panującemu królowi (Be Prepared), ostracyzm (Not One of Us), podpisanie paktu z diabłem (Poor Unfortunate Souls), a nawet pożądanie (Hellfire).

3.Jeśli chodzi o crack!vidy, to całkiem sporo AMVek zawiera piosenki z South Parku i Avenue Q. Przy tym ostatnim zwłaszcza If You Were Gay (z wiadomych powodów), ale pierwszą piosenką z Avenue Q, jaką usłyszałam, było It Sucks To Be Me i w zasadzie do dzisiaj pamiętam AMVkę, w której ją wykorzystano.

4. Naruto zapoczątkował modę na widea typu Real Ninjas. Oryginał zapewne wciąż można znaleźć na YouTube, a był taki okres czasu, że każdy fandom z „profesją” (zaraz zobaczycie o co mi chodzi) miał swój własny tego odpowiednik. Fullmetal AlchemistReal Alchemists, Król SzamanówReal Shamans, One Piece i Sid Meyer’s PiratesReal Pirates (polecam Real Pirates z tym ostatnim, jeśli jeszcze jest).

5. Przy okazji znalazłam też coś takiego jak Ask a Ninja. Facet przebrany za… no cóż, ninję, siedzi i odpowiada na pytania, które ktoś mu zadał. Ze zrozumiałych powodów podłożono audio z jego wideo pod klipy z Naruto. Szczególnie wart polecenia jest Ninja Omnibus.

6. Istnieje coś takiego jak yaoi, czyli (w tym kontekście) tendencja do łączenia w pary mężczyzn i robienie z nich gejów, do tego z podziałem na seme (partnera aktywnego) i uke (partnera biernego). Na początku było to dla mnie dziwne, chociaż tak naprawdę (jak zobaczycie w innym artykule) to, co najdziwniejsze i najbardziej przyprawiające mnie o ból głowy, miało dopiero nadejść.

Po jakimś czasie pula moich ulubionych postaci się powiększyła. Na początku miało to związek z pewnym snem, w którym byłam ninją i odkryłam, że Hinata jest opętana (tyle z tego pamiętam, więc nie pytajcie o szczegóły). W każdym razie ten sen zainspirował mnie do wymyślenia narutowego Self-Inserta, i nie będę kłamać, dość marysuistycznego. Panienka nazywała się Zoli, pochodziła z Wioski Ukrytego Kwiatu, która była wioską nomadów-amazonek; pisała wiersze i miała mroczną przeszłość. Miała być kimś w rodzaju posła we Wiosce Ukrytego Liścia i zaprzyjaźnić się z tamtejszymi geninami. Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że mogłabym ją z kimś zeswatać. Nie mogłam z Lee, bo było parę hintów, że będzie coś między nim a Tenten. Zaczęłam więc szukać jakiegoś zamiennika, chłopaka, który nie miał jeszcze kanonicznej pary, i w końcu padło na Kibę. Obejrzałam wszystkie odcinki, w których brał jakąś większą rolę, przeczytałam artykuł o nim na KonohaSenpuu, dowiedziałam się, co trzeba, o nim, o jego rodzinie i o Akamaru. Nagle zaczęłam na niego patrzeć w inny sposób i nawet go polubiłam. Nie będę przytaczać tego, co on i Zoli robili, to była bardzo długa, miejscami kliszowa, fantazja i, na szczęście, nie przelałam jej na papier (nie licząc korespondencji z taką jedną dziewczyną z YouTube, ale to i tak nie był fanfik, per se, tylko jego streszczanie). No cóż, każdy musi przejść fazę Mary Sue w swojej pisarskiej karierze.

A potem odkryłam wideo obrazujące głupawe konwersacje między Rodzeństwem Piasku i zdałam sobie sprawę z tego, że lubię również Gaarę i Kankuro. Jeden mój znajomy z liceum, który też siedział w tym fandomie i którego zamęczyłam na pewnej przerwie swoimi fanowskimi rozmyślaniami, wyraził stwierdzenie, że wszyscy lubią Gaarę. Właściwie jest to postać skomplikowana. Z jednej strony zachowuje się trochę jak sadystyczny psychopata, który zabija dla przyjemności, z drugiej – w momencie, kiedy poznajemy jego przeszłość, rozumiemy, dlaczego taki jest. Od razu nasuwa się banalne stwierdzenie, że nikt go nie kochał, ale to jak najbardziej prawda i to bardzo smutna prawda. Wszyscy się go bali (z tej racji, że miał w sobie demona piasku, Shuukaku) i nawet osoba, która miała się o niego troszczyć, w końcu okazuje się go nienawidzić. Na szczęście po walce z Naruto Gaara przeżywa nawrócenie i orientuje się, że jego starsze rodzeństwo nie jest od niego aż tak bardzo oddalone, jak mu się zdawało. W późniejszych odcinkach on, Kankuro i Temari pomagają nawet Wiosce Liścia (i Gaara miał tam nawet fajniejsze wdzianko).

Kankuro zaś spodobał mi się z powodu swojego sarkastycznego zachowania, stylu walki, ciekawego makijażu i tego, że był bratem Gaary. Po prostu wyobrażałam sobie, że po potyczce z Naruto, obaj się do siebie bardziej zbliżyli. Niejako z tego wyobrażenia zrodził się mój pierwszy fanfik z prawdziwego zdarzenia – Kroniki Rodzeństwa Piasku. Fabuła była na początku bardzo prosta – po udzieleniu Wiosce Liścia wyżej wspomnianego wsparcia, Gaara, Kankuro i Temari, na prośbę Kage Konohy, zostają zaproszeni do wioski i mogą korzystać ze wszystkiego za darmo. Przez jakiś czas wszystko idzie dobrze (pomijając to, że niektórzy są wobec nich nieufni), dopóki Kankuro nie zostaje odesłany do Wioski Ukrytego Piasku i po drodze zaatakowany, przez co zapada w śpiączkę. To miał być z jednej strony fik o zbliżającym się do siebie rodzeństwie, z drugiej – klasyczny kryminał, w którym sprawcą ataku miała być najmniej podejrzewana osoba. Na końcu miało dojść do wielkiej, epickiej bitwy, w której ninja z Wioski Ukrytego Liścia mieli stanąć u boku Gaary, Kankuro i Temari i skopać temu złemu tyłek. Niestety, tak jak się to wielokrotnie zdarza, straciłam wenę do tego opowiadania i musiałam zarzucić pracę nad nim.

Jeśli miałabym powiedzieć, kogo w tym anime nie lubiłam, od razu odpowiem, że Sakurę. Sakura otwiera długą listę postaci kobiecych, które wywołują u mnie irytację, bo próbuje się je przedstawić jako silne, niezależne kobiety, ale tak naprawdę biją głównego bohatera z jakiegoś głupiego powodu i rzadko kiedy są użyteczne. W dodatku Sakura zakochała się w Sasuke i próbowała na różne sposoby zwrócić na siebie jego uwagę. Często powtarzała jego imię, co irytowało jeszcze bardziej. W zasadzie ta dziewczyna denerwowała mnie tak bardzo, że przez pewien czas byłam członkinią klubu jej anty-fanów, który po jakimś czasie zamarł.

Moje zainteresowanie Naruto umarło po jakimś czasie i choć wiele razy wracałam do tego fandomu (obejrzałam nawet kilka odcinków Naruto Shippudena i spin-offową serię o Rocku Lee), to nigdy więcej nie byłam już z nim na bieżąco. Było to jednak anime, które przedstawiło mi tę dziwną kulturę Otaku i wszystko, co z nią związane – od tego, że mangę czyta się od prawej do lewej, poprzez AMVki, aż do yaoi. Od niego też zaczęło się moje fanostwo, które wykraczało poza bierne odbieranie fandomu i zachwycania się nad nim. I dlatego wydawało mi się właściwym rozpocząć moją serię Ze wspomnień fana właśnie od Naruto.

1 komentarz:

  1. Ogólnie nie interesuję się Naruto, ale zaciekawiło mnie to, kiedy przeczytałam twój opis tego anime. :D Także dzięki za to :D

    OdpowiedzUsuń