niedziela, 25 listopada 2012

Recenzja: Lucky Luke (2009)

Luke nie ma szczęścia do aktorskich adaptacji. O ile filmy animowane z jego udziałem wychodzą nieraz rewelacyjnie, o tyle filmy aktorskie… erm… trochę gorzej. Oczywiście, mają swoje plusy i nie można powiedzieć, że wszystkie to totalne chały. A biorąc pod uwagę, że jak dotąd nakręcono ich tylko trzy, to kto wie czy następne nie będą o wiele lepsze…

Ale pewnie zaraz powiecie: „Zaraz, trzy? Przecież są tylko dwa. Ten żałosny film z Terrencem Hillem, który nawet nie starał się zagrać dobrze Luke’a; i ten… osobliwy film, który opowiada o Daltonach próbujących zdobyć magiczne sombrero. Czyżby był jakiś jeszcze?” Właśnie tak. Był jeszcze jeden, z 2009, wyreżyserowany przez Jamesa Hutha. A ponieważ tak jak ta abominacja z Hillem, nosił dość niebanalny tytuł Lucky Luke, odróżnia się go od całej reszty dzięki rokowi jego wejścia na ekrany. W Polsce nikt go nie zna z tej prostej przyczyny, że nigdy nie trafił do naszych kin, puszczony został tylko przez Canal+. Ja sama dowiedziałam się o jego istnieniu dopiero rok temu i wyczytałam, że spośród trzech aktorskich adaptacji jest on uważany za najlepszy ze wszystkich. Na szczęście znalazłam w Internecie wersję z polskimi napisami, ściągnęłam ją, obejrzałam i muszę przyznać, że film zrobił na mnie wrażenie. Choć zaliczyłam też kilka facepalmów i nie zawaham się wyliczyć kilku z nich w trakcie recenzji.


Jedną z pierwszych rzeczy, która odróżnia ten film od reszty ekranizacji Lucky Luke’a jest to, że dużo miejsca poświęca się korzeniom samotnego kowboja. Na początku mamy retrospekcję, w której widzimy jak bandyci zabijają rodziców Luke’a na jego oczach. On sam umyka do znajomego staruszka, który mówi mu: „Jesteś szczęściarzem, Johnie Luke! Jesteś Lucky Luke!” I tutaj zaliczyłam swój pierwszy facepalm. John Luke? Naprawdę? Dlaczego od razu nie nazwali go John Luke Smith? W każdym razie wychodzi na to, że Luke to jego  nazwisko, chociaż pewnie nie jestem jedyną osobą, która przyzwyczaiła się myśleć, że to jego imię. Ale to jeszcze nie koniec niespodzianek związanych z przeszłością Luke’a.

W każdym razie po tym dramatycznym wstępie akcja przenosi się do czasów, kiedy nasz bohater jest już dorosły i będąc na środku pustyni dostaje wiadomość od prezydenta. Po przybyciu do prezydenckiego pociągu dowiaduje się, że sprawa dotyczy zaprowadzenia porządku w pewnym miasteczku, przez które z powodu przestępczości nie można przeprowadzić linii kolejowej. Owym miasteczkiem okazuje się być Daisy Town. Co więcej – i tu uwaga, bo będzie bomba – jest to rodzinne miasto Lucky Luke’a.

Daisy Town. Miasto, które wyrosło w kilka dni na środku pustkowia. Miasto, do którego Luke zawędrował pewnego razu w trakcie swej podróży i którego (za namową mieszkańców) został szeryfem. Miasto, które pod sam koniec opustoszało równie nagle, co się pojawiło, z powodu gorączki złota – to miasto ma być miejscem narodzin Lucky Luke’a? Ten błąd merytoryczny znajduje się niebezpiecznie blisko kochającej matki Dahlii Gillesbie w ekranizacji Silent Hill.

Ale odstawmy sprawę oryginalnych komiksów na później. Dość, że przy okazji dowiadujemy się, że ojciec Luke’a był Irlandczykiem, a (wnioskując z retrospekcji) jego matka była Indianką (to ma sens; po mamie odziedziczył czarne włosy i ciemniejszą skórę, a po tacie… irlandzkie szczęście?). W każdym razie…

Luke dociera do Daisy Town, dręczony po drodze wspomnieniami z dzieciństwa. Na miejscu dowiaduje się, że miasto opanowane jest przez bandytów, a ludność cywilna pochowała się w beczkach. Co więcej, przywódcą oprychów jest nie kto inny, tylko Pat Poker – jeden z pierwszych przeciwników Luke’a, który w komiksie robił mniej więcej to samo, co w tym filmie, czyli oskubywał hazardzistów w pokera, trząsł miastem i zabijał każdego szeryfa, który próbował wprowadzić jakiś porządek. Luke przypina gwiazdę do marynarki i każe Pokerowi się wynosić. Przez pierwsze kilka scen robi to, co umie najlepiej – unieszkodliwia drobnych bandytów, próbujących go zastrzelić i strzela szybciej niż jego własny cień. Pat Poker jest tak zdesperowany, że posyła po Billy Kida, ale ten również zawodzi. Przy okazji Luke’a prześladuje blond tancerka, Belle Starr, która wywołuje na jego twarzy głupkowaty uśmiech.

Wszystko się radykalnie zmienia, kiedy pewnego dnia w barze Pat Poker zaczyna drwić z Luke’a i jego bezkrwawego sposobu unieszkodliwiania przeciwników. Luke w końcu traci cierpliwość i wyzywa go na pojedynek strzelecki, po którym Pat Poker osuwa się na ziemię martwy.

Fakt ten – że zabił człowieka i sprzeniewierzył się złożonej przed laty przysiędze – przybija Luke’a tak mocno, że kowboj kładzie się na torach, czekając aż pociąg skróci jego męki. Dzięki interwencji Jolly Jumpera, Luke postanawia się jednak nie zabijać, ale odstawia kolta na grobie rodziców i decyduje się zostać rolnikiem. Niebawem pojawia się Belle Starr i oznajmia, że zawsze go kochała i chce mu pomóc. Licho jednakże nie śpi, bo wkrótce do Daisy Town przybywają kolejni bandyci, a odkrywszy, że słynny Lucky Luke nie ma pistoletów, chcą to wykorzystać i pozbyć się na dobre obrońcy prawa, wieszając go na drzewie.

W tym momencie na scenę wkraczają starzy znajomi Luke’a – Jesse James i Calamity Jane – którzy ratują go od pewnej śmierci. Jane, bo Luke jest jej przyjacielem, Jesse James zaś, bo chce się z nim zmierzyć w epickim pojedynku. Calamity robi z Jessego i Billy Kida chińskich ochotników na szeryfów, a sama zabiera Luke’a na farmę i próbuje go przekonać do porzucenia roli i powrotu do pistoletu. Wkrótce, niejako przypadkiem, wszyscy czworo (Lucky Luke, Calamity Jane, Jesse James i Billy Kid) odkrywają pewien wstrząsający sekret i (z różnych powodów) łączą siły, aby powstrzymać tajemniczego złoczyńcę.

Tyle mniej więcej mogę powiedzieć o fabule, aby nie zdradzić zakończenia, które jest zarówno do pewnego stopnia przewidywalne, jak i cudownie zaskakujące w ostatecznym starciu. Jednak kiedy pierwszy raz oglądałam scenę finałowej konfrontacji motywy głównego antagonisty wydawały mi się cokolwiek naciągane.

Wielkim plusem a zarazem minusem tego filmu są różne nawiązania do komiksów Morrisa. Jest na przykład taka scena w nocy, kiedy Lucky Luke załadowuje do dyliżansu bandytów, którzy mają zostać zabrani do więzienia, w tym przewijającego się przez pierwsze albumy z Lucky Luke’iem Pete’a Pistoleta. Pocztylionem tego dyliżansu jest Hank Bully, facet, z którym Lucky Luke pracował dwa razy i który wygląda dość markotnie. Luke pyta go o nowinki, a on odpowiada, że Goldie Digger, córka Dicka, jest w szóstym miesiącu ciąży. Jest też scena z Jesse Jamesem i Billy Kidem palącymi trawkę Lucky Luke’a, która nabiera jeszcze większego sensu, jeśli wie się o problemach Morrisa z francuską i amerykańską cenzurą.

Jednocześnie niektóre części „mythosu” samotnego kowboja zostały najwyraźniej niezrozumiane przez Jamesa Hutha, poczynając od małych rzeczy, a na wyżej wspomnianym Daisy Town skończywszy. Wiele z tych merytorycznych błędów ma związek z postaciami. Chociażby to, że to nie Jesse James okraszał swoje wypowiedzi tekstami Szekspira tylko jego brat, Frank. Tak więc z jednej strony mamy te małe smaczki, które każdy fan śledzi i wyłapuje, z drugiej strony ten sam fan może zaliczyć serię facepalmów.

Ale postacie mniej więcej zostały zachowane. Billy Kid w wykonaniu Michaëla Youna (który pięć lat wcześniej zagrał także Iznogouda) jest dziecinny i popędliwy, a Calamity Jane (Sylvie Testud) jest twardą kobietą, która potrafi zaprowadzić porządek wśród zgrai bandytów i strzelbą wymusza na nich rycerskość wobec dam. Daniel Prevost jako Pat Poker być może jest zbyt zaokrąglony na twarzy, ale wypowiadane przez niego teksty pasują do jego cynicznego komiksowego pierwowzoru. No i nie zapomnijmy o Jolly Jumperze, który po prostu wymiata i pod koniec filmu musi mieć ostatnie słowo.

Jednakże – a przyznaję to z trudem – Belle Starr w filmie z Terrencem Hillem wzbudziła we mnie więcej sympatii niż Belle Starr w tym filmie, grana przez Alexandrę Lamy. Oglądając tę narzucającą się Luke’owi panienkę, wiele razy chciałam nasłać na nią zgraję strażniczek moralności. Nie wiem jak zachowywała się Belle z komiksów, ale wątpię, aby właśnie tak. Poza tym jest jedną wielką chodzącą kliszą. Tancerka z marzeniami, aby obejrzeć wielki świat, jednocześnie zakochana w głównym bohaterze, który okazuje się być jej miłością z dzieciństwa. Ile razy widzieliśmy coś takiego?

A sam Lucky Luke, grany przez Jeana Dujardina? Jak on wyszedł, szczególnie na tle pozostałych dwóch filmów aktorskich? Z całą pewnością lepiej niż Luke w interpretacji Hilla, który był lalusiowatym wymoczkiem. I choć Til Schweiger jako Luke był kozacki i mógłby grać w reklamach Malboro, to wydaje się trochę za czysty i za gładki. Jean Dejurdin ma postrzępione i wytarte ubranie oraz kilkudniowy zarost – właśnie tak powinien wyglądać kowboj, który przez całe dnie wędruje po Dzikim Zachodzie i rzadko kiedy ma możliwość się odświeżyć. Poza tym Dejurdin potrafi wyczuć postać Luke’a – jest chłodny, sprytny i stanowczy, rzuca celne riposty, kiedy trzeba, nie mówiąc już o tym, że całkiem nieźle zagrał rozpacz Luke’a po zabiciu Pata Pokera.

Od strony humorystycznej ten film nie zawiera zbyt wiele żartów (a niektóre z nich są dość toporne). Stanowczo przeważa tutaj wariant dramatyczny, ale to wcale nie znaczy, że jest źle. Atmosfera małego miasteczka opanowanego przez zbiry, prawie wymarłego, a do tego położonego gdzieś na spieczonym w słońcu odludziu; a także scena śmierci Pata Pokera i sposób w jaki odmalowane zostały uczucia Luke’a (począwszy od gry aktorskiej Dejurdina, a na montażu różnych obrazów skończywszy) – to wszystko wyszło bardzo sugestywnie. Widać, że James Huth chciał zrobić film w konwencji Darker and Edgier (w zasadzie to facet, który wyreżyserował Zabójczą kolację, więc może to i lepiej, że nie wrzucił żadnego żartu w swoim stylu?). No i sam pomysł z dzieciństwem Luke’a nie wyszedł najgorzej, choć można było je ukazać lepiej, dodać więcej scen pokazujących stare dobre czasy albo nawiązań do komiksów z Kid Lucky’m. Ten film ma również porywającą piosenkę tytułową, która swobodnie mogłaby konkurować z Poor Lonesome Cowboy, pieśnią z Ballady o Daltonach i czołówką Nowych Przygód Lucky Luke’a. Prawda, jest kilka rzeczy, które wyszły źle (wciąż nie przebolałam tego idiotyzmu z Daisy Town), ale nie można powiedzieć, że to beznadziejny film. W porównaniu z pozostałymi dwoma rzeczywiście jest lepszy. Z całą pewnością wart obejrzenia, szczególnie dla kogoś otwartego na widok Luke’a w niecodziennej sytuacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz