piątek, 30 listopada 2012

[FF: Powrót do przyszłości] Z krwi i kości

[Scena pochodzi z odcinka Puszczanie latawca]

Doktor Brown biegł przez filadelfijskie ulice w roku 1752. Właśnie pozostawił za sobą kompletny bałagan w domu jednego ze swoich największych idoli, Beniamina Franklina; gdzieś tam Marty i Einstein musieli uciekać przed angielskim gwardzistą, a jakieś dwieście lat w przyszłości Hill Valley nie miało prądu. Ale w tym momencie te problemy schodziły na dalszy plan. W tym konkretnym momencie najważniejsze było dla doktora Browna dogonienie swojego synka, Verne’a, i wyjaśnienie pewnego nieporozumienia.


Widział jego postać, mimo że był wieczór. Ogon jego czapki ze sztucznego szopa kołysał się w powietrzu, a pomarańczowa bluza wyróżniała się w ciemności tak jak jego włosy koloru żyta. Włosy, które odziedziczył po nim, Emmetcie Brownie.

- Vernie! – zawołał doktor. Chłopiec nadal biegł, ale odwrócił się do niego.

- Nazywam się Ben Junior! – odpowiedział, po czym dodał z uśmiechem: – Możesz mówić na mnie Benny… stary!

- Ja jestem twoim prawdziwym ojcem! A nie Ben Franklin!

Nagle na ich drodze pojawiło się dwóch mężczyzn niosących dzwon na dwóch deskach.

- Ale ja nie jestem do ciebie podobny!

W tej chwili Verne popatrzył przed siebie i zauważył dzwon. Zatrzymał się i zdążył prześlizgnąć pod nim, podczas gdy jego ojciec nie był w stanie wyhamować i uderzył głową prosto w przeszkodę. Kiedy doktor po chwili odzyskał przytomność, zauważył, że pozostawił na nim pęknięcie podobne do tego na Dzwonie Wolności.

Szybko podniósł się na równe nogi i zlokalizował Verne’a, który znów się od niego oddalał. Doktor Brown ruszył, co sił. Serce biło mu jak szalone od wysiłku, ale biegł dalej. Musiał mu to wytłumaczyć. Musiał go przekonać, że się myli. Wprawdzie doktor nie bardzo wiedział jak Verne doszedł do wniosku, że jego ojcem jest Beniamin Franklin, ale liczył, że po krótkiej rozmowie ze smykiem się tego dowie.

Dobiegł do miejsca, gdzie stał budynek z jeszcze niedokończoną wieżą zegarową, a na jej szczycie, zamiast dachu, znajdowało się rusztowanie ze stertą cegieł i paroma innymi, nie widocznymi z góry przedmiotami. Emmett zatrzymał się i rozpoznał budynek jako przyszły Pałac Niepodległości. Verne powinien gdzieś tu być, doktor widział jak jego syn biegnie w tę stronę.

- Na wielkiego Houdiniego, Vernie rozpłynął się w powietrzu! – zawołał doktor, rozglądając się dookoła.

Nagle usłyszał za sobą trzask i przerażający krzyk swojego syna. Odwrócił się szybko. Na ziemi walały się cegły, jakieś bloczki i koło. Sterta dość duża, aby pod nią znajdował się mały chłopiec.

- Vernie! – wykrzyknął doktor.

Zaczął szybko odkładać na bok cegły, obawiając się o to, co może znaleźć.

- Verne! Vernie, gdzie jesteś?! – wołał, oczekując, że być może dziecko się odezwie.

Gdzieś w tym gruzowisku leżał jego malec. Biorąc pod uwagę wysokość budynku i ciężar cegieł, Verne albo miał połamane nogi i ręce, albo… Mimo wszystko, póki nie zobaczy go martwego, nie powinien tracić nadziei, że mały Vernie żyje. Doktor Brown wręcz modlił się, aby z jego synkiem było wszystko dobrze. Nie wyobrażał sobie, co by się stało, gdyby było inaczej. Nie wiedział czy byłby w stanie przekazać żonie wieści o śmierci ich synka. Nie miał pojęcia jak ich życie wyglądałoby po czymś takim.

Tymczasem widok obcego człowieka zajętego przeszukiwaniem stosu cegieł i gratów zwrócił uwagę dwóch mężczyzn. Doktor Brown, nie przerywając pracy, natychmiast się do nich odezwał:

- Na pomoc. Mój syn spadł z dachu Pałacu Niepodległości.

- Jaki Pałac Niepodległości – powiedział jeden z mężczyzn. – Przecież to stary budynek rządowy.

- Choć przyznam, że „niepodległość” to ładnie brzmiące słowo – dodał drugi.

- Nie rozumiecie. Mówiłem o moim małym chłopczyku, o moim synku z krwi i kości. Przecież mógł zginąć!

Z każdą sekundą jego serce stawało się coraz cięższe. Doktor Brown przeklinał samego siebie za to, że od razu nie rozwiał wątpliwości Verne’a i nie pokazał mu jego zdjęć z okresu niemowlęctwa. Wtedy pocałowaliby się, poszli na obiad i więcej nie wspominali o tej bzdurze. A teraz wyglądało na to, że przez tą bzdurę mały Vernie zginął w sto lat przed narodzeniem swojej matki i dwieście lat przed narodzeniem ojca. Czy to możliwe, że jego maleństwo zginęło myśląc o nim jako o kimś obcym? Czy to możliwe, że ostatnimi słowami, jakie powiedział do swojego ojca, miały być: „Ale ja nie jestem do ciebie podobny”?

Och, Vernie, mój mały Vernie… – myślał wciąż przeszukując gruzowisko. – Jesteś do mnie podobny. Masz moje oczy, moje włosy i moją tendencję do pakowania w kłopoty siebie i innych. Proszę, nie rób mi tego. Nie umieraj…

Pamiętał narodziny Verne’a i jak bardzo się cieszył, że ma kolejnego syna. Pamiętał jak śpiewał swoim chłopcom kołysanki, jak czytał im opowieści Juliusza Verne’a, jak ich przewijał, jak się z nimi bawił… Spędził dziesięć wspaniałych lat jako ojciec. Kochał swoich malców, mimo że czasem dawali mu nieźle popalić. To on ich spłodził – byli ciałem z jego ciała i krwią z jego krwi.

Kochani rodzice… a może lepiej drodzy państwo Brown… Nie możecie już dłużej ukrywać prawdy. Wiem już, kto jest moim prawdziwym ojcem. A więc żegnajcie, kłamczuchy, i powiedzcie swojemu prawdziwemu synowi, Julesowi, że może odtąd sam wynosić śmieci…

I właśnie dlatego stwierdzenie Verne’a go tak bolało. Fakt, czasem dzieci mówią swoim rodzicom takie okrutne rzeczy, gdy są na nich obrażone albo coś źle zrozumieją… Ale to wyparcie się własnego syna sprawiło, że doktor Brown poczuł się tak jakby ktoś wbił mu nóż w serce. Wściekły Pies Tannen i jego rodzinka nie mogliby go zranić bardziej, niż Verne.

- Tato! Tatku, jestem tutaj! – dobiegło nagle z góry.

To zawołanie dotarło do świadomości doktora Browna dopiero po chwili, ale kiedy tylko pojął, że jego dziecko nie spadło z dachu, spojrzał w górę i się rozpromienił.

- Vernie!

Jego mały chłopczyk był cały i zdrowy! Machał do niego na szczycie wieży.

Zaraz jednak doktor przekonał się, że jego radość była przedwczesna, bo Verne nagle się poślizgnął i tylko dzięki temu, że w porę złapał się krawędzi szczytu wieży, nie rozbił się na kamiennej drodze.

- Vernie, nie spadnij znowu!

- Tato, ratunku!

Doktor wiedział, co musiał zrobić.

- Trzymaj się, Vernie! – zawołał i natychmiast wkroczył do budynku.

W mgnieniu oka wbiegł po schodach prowadzących na wieżę, a potem wspiął się na opartą o rusztowanie drabinę.

- Nie martw się, synu, jestem tutaj.

Vernie trzymał się tylko trzema palcami.

- Wszystko będzie jak się patrzy – zapewnił go ojciec i wyciągnął do niego dłoń.

Vernie nie wytrzymał i się puścił, ale doktor złapał go za rękę. Niestety, przechylił się za bardzo do przodu i mały pociągnął go ku dołowi. Tylko dzięki temu, że ogon surduta doktora zaczepił się o wskazówkę zegara, obaj nie roztrzaskali się o ziemię. Emmett Brown przytulił mocno do siebie syna, Vernie również oplótł ojca ramionami.

Na dole zobaczyli Einsteina, Marty’ego i goniącego ich gwardzistę. Wszyscy trzej zatrzymali się na widok dyndających na wskazówce mężczyzny i kilkuletniego chłopca. Teraz cała nadzieja była w tym, że ktoś ich stamtąd ściągnie.

- Natychmiast sprowadźcie pomoc! – zawołał doktor.

Proszę cię, Marty, zrób coś…

- Przykro mi, że cię w to wpakowałem – odezwał się nagle Verne. – Ale bardzo się cieszę, że mnie lubisz i że nie jestem adoptowany.

Mimo że materiał, na którym się obaj trzymali, oberwał się jeszcze bardziej, słowa Verne’a wywołały uśmiech na twarzy jego ojca.

- Vernie, obojętnie w jakie tarapaty byś mnie wpakował, i tak cię kocham.

I objął chłopca jeszcze bardziej.

Szybko jednak zostali przywróceni do rzeczywistości, kiedy ogon surduta oberwał się jeszcze bardziej i obaj zdali sobie sprawę z tego, że materiał nie wytrzyma zbyt długo. Tymczasem pod wieżą zaczął się zbierać spory tłum.

- Niech ktoś wezwie straż pożarną! – krzyknął do nich doktor Brown.

Ale wszyscy spoglądali na niego ze zdziwieniem, nie wiedząc o czym mówi. Gwardzista nazwał doktora i Verne’a rebeliantami i zagroził im karą za powieszenie się na zegarze. Marty i Einie tymczasem porozumieli się między sobą i opuścili tłum, zapewne szykując jakiś sposób, aby ich stamtąd ściągnąć. Tak więc była nadzieja. Jedyne co doktor Brown i Verne mogli zrobić, to zaczekać na ratunek i modlić się, że nie spadną, zanim ów ratunek nie nadejdzie.

Tymczasem zawieszeni między życiem i śmiercią mogli załatwić jeszcze kilka spraw między sobą. Vernie wiele razy ubolewał nad tym, że w przeciwieństwie do Julesa i Marty’ego nie ma deskolotki. Mówił, że to niesprawiedliwe, że jest dość duży i że czuje się wykluczony. Doktor szykował dla niego niespodziankę, ale skoro ta deska była dla małego tak ważna i skoro okoliczności były tak osobliwe, równie dobrze mógł tę niespodziankę wyjawić.

- Vernie, jeśli tylko wyjdziemy stąd żywi, chciałbym żebyś wiedział: mam zamiar zrobić ci twoją własną deskę powietrzną.

Verne jeszcze mocniej objął ojca i odpowiedział:

- Och, tatku, ale super! Dzięki!

Wskazówka wygięła się bardziej pod ich ciężarem, a Marty nadal się nie pojawiał.

- Szkoda, że nie mamy jej teraz – stwierdził doktor.

Trzymając Verniego przy sobie, coraz mniej wierzył w to, że wszystko będzie dobrze. W końcu stało się – materiał puścił całkowicie i obaj spadali ku brukowanej ulicy. Doktor czuł jak jego serce po raz trzeci tego dnia próbuje wyrwać się z klatki piersiowej. Czuł, że to samo chce zrobić serce jego syna. Niebawem uderzą o kamień. Roztrzaskają sobie czaszki albo połamią kręgosłupy. Było wiele rzeczy, które doktor Emmett Brown pragnął powiedzieć przed śmiercią, ale w tamtym momencie przychodziła mu do głowy tylko jedna:

- Kocham cię, Vernie!

Ludzie na dole zakryli oczy rękoma, aby nie patrzeć na to jak ojciec i syn uderzają o ziemię. Jednak w połowie drogi do pewnej śmierci, koło wieży zegarowej przeleciał pociąg i w porę złapał ich obu. Znaleźli się w bezpiecznym miejscu. Niebezpieczeństwo minęło. Marty pomógł doktorowi wstać, a ten powiedział:

- Nigdy się tak nie cieszyłem, kiedy mój pociąg zjawił się na czas. – Położył rękę na ramieniu Verne’a i oświadczył: – Marty, Einie, chcę wam przedstawić mojego syna. – Odwrócił się twarzą do chłopca i dodał z dumą: – Vernie Newton Brown.

- Witamy cię, zbiegu – oznajmił Marty i pomachał nawet Verniemu. Einstein wydał z siebie radosne szczęknięcie, jakby chciał przytaknąć.

Przy użyciu dostępnej na pokładzie technologii udało im się wywołać sztuczną burzę i doprowadzić do tego, że Ben Franklin odkrył elektryczność. Wrócili do domu na ciasto, które przygotowała Klara.

Okazało się, że to Jules wmówił bratu, że jest adoptowany. To było typowe droczenie się braci, zdarza się w każdej rodzinie z więcej niż jednym dzieckiem. Mimo wszystko przez to droczenie się, o mało nie doszło do tragedii. Doktor Brown, widząc skruchę i autentyczną troskę Julesa o brata, postanowił go jednak nie karać. Najważniejsze było to, że wszystko dobrze się skończyło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz