piątek, 23 listopada 2012

[FF: Powrót do przyszłości] Jak Marty poznał Browna

Pamiętam, że moi rodzice byli przez dłuższy czas nieufni wobec doktora Browna. I w zasadzie im się nie dziwię. Większość ludzi na naszej ulicy uważała go za dziwaka, który nic, tylko siedzi w swoim garażu i robi tam jakieś podejrzane eksperymenty. Dla kogoś, kto nie znał go zbyt dobrze, mówiący stricte naukowym językiem, prawie nigdy nie opuszczający swojego domu Emmett Brown był jednym z tych sąsiadów, którego powinno się unikać, chociażby po to, aby nie szargać swojej reputacji i samemu nie zostać uznanym za dziwaka. Niektórzy się z niego śmiali, innych przyprawiał o dreszcze, a innym był całkowicie obojętny.

Jak ja go wtedy postrzegałem? Powiedzmy, że przez całe moje dzieciństwo i okres dojrzewania doktor był dla mnie zagadką. Zagadką, której nie chciałem odkryć, pamiętając wszystkie opowieści, które rozpowiadały o nim po całym podwórku dzieciaki (chyba z tysiąc razy słyszałem tę historyjkę jakoby doktor porywał domowe zwierzątka z ogródków sąsiadów, aby potem robić na nich eksperymenty). Ale jednocześnie jakaś mała część mnie była bardzo ciekawa, co kryje się w tym brudnym domku, ogrodzonym drucianym płotem jak jakaś Strefa 51.


Moja rodzina (przed moim, rzecz jasna, wypadem w przeszłość) nie była najciekawszą z rodzin. Mój ojciec był popychadłem Biffa Tannena, matka wydawała się wypalona i znudzona; siostra i brat przeciętni, zajęci własnymi sprawami. Ja sam przez większą część swego dzieciństwa zachowywałem się jak każdy normalny dzieciak – bawiłem się z kolegami, grałem w gry wideo, czytałem komiksy, jeździłem na desce, z przerwami na spanie, jedzenie i szkołę. A im starszy byłem, tym mniej chętnie wracałem do domu, gdzie nie było nic ciekawego i gdzie niepodzielnie panowała apatia i pesymizm. A im mniej byłem zachwycony swoim domem, tym bardziej fascynował mnie dom doktora Browna.

Aż w końcu, kiedy miałem gdzieś tak piętnaście lat, doktor zaczął coraz częściej gościć w moich myślach. Naraz zastanawiałem się kim jest, skąd się wziął, czy ma rodzinę albo jakichś przyjaciół, jaki jest naprawdę. Bardzo chciałem się tego dowiedzieć. Chciałem oddzielić plotki od prawdy. Chciałem wiedzieć o nim cokolwiek. Gdzie jednak miałem szukać tych informacji?

Pomyślałem sobie, że rodzice mogą coś wiedzieć. W końcu doktor Brown miał już swoje lata i mieszkał na tym samym osiedlu, co tata (a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało; nie wiedziałem jeszcze o starym domu doktora), więc istniało jako takie prawdopodobieństwo, że moi starzy go znali. Dlatego też pewnego popołudnia, przy obiedzie odchrząknąłem i odezwałem się:

- Hej, tato. Mogę o coś spytać?

Tata odwrócił wzrok od lecącego w telewizji jakiegoś starego sitcomu i spojrzał na mnie, uśmiechając się uprzejmie. Raczej nie spodziewał się, że chcę go zapytać o coś związanego z okresem dojrzewania. Po prostu cieszył się, że może być dla mnie autorytetem w jakiejś sprawie.

- Tak, synu? O co chodzi? – spytał.

- Wiesz coś może… – zacząłem trochę niepewnie, ale zaraz odchrząknąłem, wyprostowałem się i przeszedłem wreszcie do sedna sprawy: – Wiesz coś może o doktorze Brownie?

Nagle uśmiech mojego ojca zastąpiło zmieszanie. Oboje z mamą spojrzeli na siebie ze zdziwieniem, Linda i David też oniemieli. Następnie rodzice znów popatrzyli na mnie z zatroskaniem, jakbym był chory.

- Czy coś się stało, Marty? – zapytała mama.

- Wiesz, że możesz nam wszystko powiedzieć – wtrącił tata.

- Nie, nie, wszystko dobrze – zapewniłem ich. Po krótkiej pauzie dodałem: – Pytałem tylko, czy wiecie coś może o doktorze Brownie. Wiadomo coś o nim?

- Tak. Że jest stuknięty – odparł David, prychając śmiechem.

- Nie mów tak, kochanie – skarciła go mama, po czym spojrzała znów na mnie. – Wiesz, Marty, ani ja, ani twój ojciec nie interesowaliśmy się poczynaniami pana Browna. Byliśmy zbyt zajęci myśleniem o naszej przyszłości.

- Jestem pewien, że Emmett Brown jest bardzo miłym człowiekiem – oświadczył tata – ale na wszelki wypadek trzymaj się z dala od jego domu. Niektórzy bywają bardzo drażliwi, jeśli przekroczy się próg ich posesji, szczególnie, gdy są to ludzie o, powiedzmy, „nietypowym” usposobieniu.

Już chciałem coś powiedzieć, kiedy pomyślałem sobie, że zabrałem się do tego w zły sposób. Powinienem od razu zacząć od jakichś starszych źródeł. Najlepiej było poszukać kogoś, kto był mniej więcej w tym samym wieku, co sam doktor, albo i wyżej. Od razu pomyślałem o Stricklandzie.

Następnego dnia, od razu po przekroczeniu progu szkoły, zacząłem rozglądać się za nim. I tak oto, idąc niespiesznie po szkolnym korytarzu, czekałem aż na horyzoncie pojawi się mój znajomy wicedyrektor. Nie musiałem czekać długo, bowiem po zrobieniu kilku kroków, od razu natknąłem się na łysą czachę Stricklanda.

- O, właśnie pana szukałem! – odparłem i zaśmiałem się  nerwowo. – Mam pewien problem i pomyślałem, że pan pomoże mi go rozwiązać.

- Masz problem, chłopcze. I to bardzo poważny – odrzekł ponuro, a mój wzrok powędrował na podłogę. – Brakuje ci dyscypliny.

- To też – stwierdziłem, po czym spojrzałem na Stricklamda. – Pan zna się na ludziach, prawda?

- Tak – powiedział krótko.

- I na pewno może pan powiedzieć całkiem dużo o niejednym obywatelu Hill Valley – ciągnąłem dalej. Kiedy znów przytaknął, przeszedłem do sedna sprawy: – A taki doktor Brown? Co pan mi może powiedzieć o nim?

W pierwszej chwili wytrzeszczył na mnie oczy, ale zaraz potem wyprostował się i znów przybrał ten swój poważny wyraz twarzy.

- Z całą pewnością nie ma doktoratu, więc nie nazywaj go doktorem. Podejrzewam, że nawet nie skończył studiów.

W tonie jego głosu dało się wyczuć jakąś mieszankę pogardy i szyderstwa. Przez chwilę jego usta uformowały się w lekki uśmieszek, potwierdzając prawdziwość moich obserwacji.

- Nie zbliżaj się do niego, bo jeszcze coś ci się stanie, McFly. Jego szalone eksperymenty stanowią zagrożenie dla całego osiedla. Dziwi mnie, że jeszcze nikt nie zamknął tego człowieka w zakładzie psychiatrycznym.

Wtem zadzwonił dzwonek na lekcję i musiałem ruszyć w stronę klasy. Usiadłem w ławce i starałem się skupić na lekcji. Nie potrafiłem jednakże przestać myśleć o doktorze Brownie. Strickland miał tendencję do wyolbrzymiania pewnych swoich obserwacji, jeśli chodzi o ocenianie ludzi. Wielu uczniów nazywał obibokami tylko dlatego, że spóźnili się do szkoły o minutę albo grali na gitarze. Wielu całkiem porządnych gości było w jego mniemaniu chuliganami, bo śmieli przyjść do szkoły ubrani, jak to on określał, „w niestosowne stroje” albo słuchali „tej wstrętnej, rockowej muzyki”. Tak więc było duże prawdopodobieństwo, że i w tym przypadku trochę przesadzał. Nie dowiedziałem się zbyt wiele. W zasadzie rozmowa ze Stricklandem potwierdziła tylko to, co wiedziałem już wcześniej – że doktor Brown jest naukowcem i że uważa się go za stukniętego.

Po szkole pytałem o doktora jeszcze kilka innych osób, ale wszyscy mówili mi to samo, co rodzice i Strickland. Poszedłem nawet do biblioteki, aby sprawdzić, czy nie znajdę czegoś w kronice miasta albo starych gazetach, jednak po przebrnięciu przez niewiarygodną ilość nic nieznaczących artykułów, zasnąłem nad kroniką i obudziła mnie dopiero bibliotekarka.

Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że jest tylko jeden sposób, aby ostatecznie przekonać się o tym, kim jest Emmett Brown. Musiałem przedostać się do jego domu i na własne oczy sprawdzić, czy rzeczywiście jest tym niebezpiecznym szaleńcem, za którego wszyscy go mieli. Nikomu o tym nie mówiłem (gdybym komuś powiedział, ten ktoś zapewne doniósłby o mnie rodzicom, a oni by mnie uziemili) i nikt w zasadzie nie miał pojęcia, co szykuję, bo zachowywałem się w miarę normalnie.

Tylko przez trzy weekendy z rzędu obserwowałem dom doktora Browna. Patrzyłem jak wychodzi po zakupy i wyrzuca śmieci. Widziałem jak wyprowadza swojego psa. Przyglądałem się również samemu budynkowi, który w zasadzie był dużym, burym garażem z małymi, drewnianymi drzwiczkami z lewej strony. To właśnie przez te drzwiczki doktor zwykle wychodził załatwić coś na mieście. Brama garażu nigdy się nie otwierała i nie znajdowałem żadnego tylnego wyjścia. Wyglądało więc na to, że drzwi frontowe były moją jedyną szansą na przedostanie się do środka.

Kiedy wreszcie nadeszła sobota, którą wyznaczyłem sobie na mój heroiczny wyczyn, byłem podekscytowany. Próbowałem udawać, że wszystko jest normalnie; że właśnie wychodzę na miasto zabawić się z kumplami. I chyba mi się udało, bo moi rodzice i rodzeństwo nie zauważyli nic niepokojącego w moim zachowaniu. Wyszedłem na zewnątrz i ruszyłem na spotkanie z przeznaczeniem.

Zdecydowałem się na porę wczesno-poranną, bo wtedy na ulicach nie ma prawie nikogo. Dotarłszy na miejsce, rozejrzałem się dookoła, a kiedy przekonałem się, że wszyscy siedzą w domach, przeszedłem do dzieła. Zbliżyłem się do drucianego płotu i zacząłem się po nim wspinać. Kilka sekund później byłem na samym szczycie, przełożyłem lewą nogę na drugą stronę, a potem ułożyłem się twarzą do ulicy i przeniosłem prawą nogę, a następnie ostrożnie zszedłem na dół. Będąc jakieś pół metra nad ziemią, zeskoczyłem.

Usłyszałem jak serce zaczyna mi mocniej bić. Gdyby Jennifer poszła ze mną, zapewne w tym momencie powiedziałaby: „Marty, wciąż możesz zawrócić. Przejdź na drugą stronę i zapomnijmy o tym szaleństwie.” Ale ja nie chciałem wracać. Nie, kiedy byłem tak blisko. Nie, kiedy stałem na podjeździe Emmetta Browna i mogłem się dowiedzieć, co było w jego domu.

Nagle usłyszałem jak zamek od drzwi frontowych zaskrzypiał. Szybko podbiegłem do nich i schowałem się za ścianą, zanim drzwi się otworzyły. Po chwili doktor wyszedł na dwór z workiem śmieci w rękach i skierował się w stronę kubłów, zostawiając wejście otwarte na oścież. Doktor był do mnie odwrócony tyłem. Po raz pierwszy widziałem go z bliska i nie mogłem się nadziwić jaką dziwaczną ma fryzurę. Nie chodziło tylko o samo ułożenie, ale i o kolor. Nigdy w życiu nie widziałem tak białych włosów. Miałem wrażenie, że patrzę na jakiegoś sobowtóra Einsteina… Sobowtóra Einsteina w dżinsach i hawajskiej koszuli.

Ale zaraz ocknąłem się z mojego otępienia i wślizgnąłem do środka, tak jak planowałem na samym początku. Tam od razu zacząłem rozglądać się za jakąś kryjówką, ale zaraz zapomniałem o tym i zająłem się podziwianiem wnętrza. To był zaiste dziwny dom. Z kuchenką, lodówką, łóżkiem, telewizorem i tym podobnymi artykułami codziennego użytku. Ale na ścianach, półkach i stołach znajdowały się przeróżne zegary – od stylowych antyków po budziki-koty. Na kuchennym stole walały się dziwne urządzenia, a koło drzwi stała najprawdziwsza szafa grająca. Moje zdziwienie spotęgowało się jeszcze bardziej, kiedy ujrzałem naprzeciw siebie ogromny wzmacniacz. Wyobraziłem sobie przez chwilę, jak fajnie byłoby podłączyć do niego moją gitarę i sprawdzić ile to cudeńko daje czadu.

Sam nie wiedziałem co o tym myśleć. Z jednej strony te zegary mogłyby się co poniektórym wydać tak dziwne, że aż przerażające, ale z drugiej… z drugiej strony było w tym małym domku coś swojskiego, coś przyjaznego. Żaden z walających się po kątach wynalazków nie wydawał mi się jakimś narzędziem masowej zagłady, która mogłaby komukolwiek zrobić krzywdę. W dodatku zgromadzone przez doktora rupiecie były mieszanką nowoczesności i staromodności.

Szczekanie psa przywołało mnie na ziemię. Niebawem wielki owczarek szetlandzki (albo jakaś mieszanka owczarka szetlandzkiego) wybiegł mi naprzeciw, zatrzymał się tuż przede mną i zaczął na mnie warczeć.

- Spokojnie, piesku, nie chcę was okraść – powiedziałem do niego.

Poczułem jak robi mi się gorąco, ale to jeszcze nie był koniec.

- Wielki Szkocie! Kim ty jesteś?! – wykrzyknął ktoś za moimi plecami.

Po chwili usłyszałem za sobą skrzypnięcie zamykanych drzwi. Kiedy się odwróciłem, ujrzałem przyglądającego mi się z wyrazem zmieszania (a nawet lekkiego szoku) doktora Browna. Mogłem się tylko domyślać, co sobie o mnie myślał. Złodziej. Włamywacz. Chuligan. Czekałem, aż nazwie mnie którymś z tych imion.

- Przepraszam, panie Brown – zacząłem z nerwowym uśmieszkiem na twarzy. – Zapewniam, że nie mam żadnych złych zamiarów. Ja tylko… No cóż… – Spuściłem wzrok. Co miałem mu powiedzieć? Że chciałem się dowiedzieć, jak naprawdę wygląda jego mieszkanie?

Nagle jego twarz przybrała bardziej opanowany wyraz. Doktor Brown przeniósł wzrok na swojego psa.

- Einstein, siad.

Pies usłuchał, ale wciąż wpatrywał się we mnie z niechęcią. Oczy doktora znów przeniosły się na mnie:

- Wystaw przed nim rękę.

Stałem jak wmurowany. Czy on chciał, abym sam dał się ugryźć Einsteinowi?

- No, wystaw rękę – ponaglił mnie doktor. – Niech cię obwącha. Dzięki temu następnym razem nie będzie na ciebie szczekał.

Nie chciał, aby jego pies szczekał na włamywacza? To było dość osobliwe. Z drugiej strony może Einstein miał zwyczaj cichego zagryzania swoich ofiar.

Ale postanowiłem zaryzykować. Niespiesznie, z lekkim wahaniem wyciągnąłem drżącą dłoń w stronę pupilka doktora Browna. Einstein przytknął do niej nos i obwąchał ją ze wszystkich stron. Po chwili niepewnie położyłem dłoń na jego głowię i pogłaskałem go. Po czym jego ogon podniósł się i zamerdał z boku na bok. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że już nie jestem dla niego obcy. Spojrzałem jednak z niepokojem na jego pana. Wydawał się zmieszany, ale próbował to zmieszanie ukryć. Poczułem potrzebę, aby się wytłumaczyć.

- Panie Brown, ja… ja… Przysięgam, nie chciałem nic ukraść ani nic z tych rzeczy.

- Wiem, chłopcze – powiedział spokojnym tonem. – Włamywacze nie są aż tak głupi, aby wchodzić do czyjegoś domu wcześnie rano. Nie masz też żadnej puszki z farbą ani kija, więc nie przyszedłeś tutaj, aby coś zniszczyć – dodał i podszedł do mnie. – Pozostaje tylko pytanie… – Spoważniał. – Po co właściwie tutaj przyszedłeś?

- Ja… ja…

Znowu nie wiedziałem co powiedzieć. A doktor czekał. Patrzyłem na niego przez dłuższą chwilę i czułem się jakbym miał osiem lat i został przyłapany na kradzieży ciastek z kredensu. Chyba już wtedy przeczuwałem, że to w gruncie rzeczy miły człowiek. Wyglądał na miłego człowieka i z całą pewnością nie należał do tych zgryźliwych staruszków, którzy szczują psy na dzieciaki sąsiadów i wyganiają intruzów, kiedy tylko ci wkroczą na ich posesję. Zasługiwał na prawdę. Dlatego postanowiłem mu tę prawdę dać. Wziąłem głęboki oddech i powiedziałem:

- Ja chciałem się czegoś o panu dowiedzieć.

- Hę? – Spojrzał na mnie, podnosząc wysoko brwi.

- Ludzie mówią o panu różne rzeczy, a ja chciałem się przekonać, czy to prawda.

Wciąż patrzył na mnie ze zdziwieniem. A ja dodałem:

- Chciałem pana poznać, doktorze Brown.

Przez krótki moment wpatrywał się we mnie z wyrazem konsternacji na twarzy, ale potem uśmiechnął się przyjaźnie.

- W takim razie zacznijmy od nowa – oświadczył i wyciągnął do mnie rękę. – Doktor Emmett Lathorp Brown, do usług.

Niepewnie chwyciłem jego dłoń i uścisnąłem ją. Jego silny uścisk mnie zdziwił. W zasadzie doktor Brown, mimo białych włosów i kilku zmarszczek na twarzy, nie wyglądał na specjalnie wiekowego staruszka.

Po chwili przedstawiłem się:

- Marty McFly.

- Miło mi cię poznać, Marty – powiedział cicho doktor i przerwał uścisk.

Nagle jego uśmiech zrzedł, a oczy znów się rozszerzyły, jakby doktor przypomniał sobie o czymś ważnym.

- Wielki Szkocie! – zawołał. – Wybacz, Marty. Gdzie moje maniery? Rozgość się, zaraz cię czymś ugoszczę.

I szybko pobiegł do kuchni.

Tymczasem Einstein, który nadal spoglądał na mnie, machając ogonem, zaczął koło mnie radośnie skakać. Kucnąłem przed nim i znów go pogłaskałem. Przez chwilę żałowałem, że nie jesteśmy na powietrzu, bo mógłbym się z nim pobawić w aport.

- Chcesz się czegoś napić, Marty? – doszedł mnie nagle głos doktora. – Kawy? Herbaty?

- Erm… może pepsi?

- Raczej nie mam. Dałbym ci zbożowy napój alkoholowy, ale jesteś niepełnoletni.

Dopiero po krótkiej chwili namysłu zdałem sobie sprawę, że chodziło mu o piwo.

Zgodziliśmy się na herbatę. Podczas, gdy doktor zajmował się jej przygotowywaniem, ja zacząłem się znów rozglądać po pomieszczeniu. Zapadła cisza, która była poniekąd niezręczna, choć w zasadzie taka być nie powinna.

- Fajne zegary – powiedziałem, aby ją przerwać.

- Wiem, że to wygląda trochę dziwnie, ale to taki eksperyment z czasem – wyjaśnił, stawiając czajnik na kuchence. – A mówiąc o czasie – odezwał się znów i spojrzał na swój podręczny zegarek. – Chyba czas nakarmić Einiego.

Tak oto dowiedziałem się jak zdrabnia się imię Einsteina.

A po chwili zobaczyłem jak Einie podchodzi do jednego ze stołów, na którym stało pochylone ku dołowi koryto. Na tym korycie znajdowały się trzy puszki z psim żarciem, które przed ześlizgnięciem się na dół blokowało coś metalowego. W pewnym momencie to metalowe coś puściło, zanim jednak puszka opadła na dół, została złapana przez stojący koło koryta chwytak, nad nim zaś znajdował się otwieracz. Chwytak zaczął okręcać puszkę o 360 stopni, przyczyniając się do jej otwarcia. Następnie przeniósł ją nad leżącą pod stołem miskę dla psa i wsypał do niej karmę. Czekający niecierpliwie na ukończenie tej całej procedury Einstein wreszcie mógł się najeść.

Ja z kolei byłem pod wrażeniem i chciałem zobaczyć inne wynalazki doktora w akcji.

Gwizd czajnika oznajmił, że woda się zagotowała. Doktor zalał herbatę mnie i sobie, po czym zaprosił mnie do starego fotela, sam zaś usiadł na łóżku (a w zasadzie była to posłana kanapa). Wtedy zobaczyłem, że na ścianie przy łóżku wisiały portrety Newtona, Einsteina (naukowca, nie psa), Franklina i chyba Edisona, jak również dwa wycinki z gazety oprawiony w ramkę. Nagłówki głosiły: „Rezydencja Browna spłonęła” i „Ziemię sprzedano pod zabudowę”. Doktor od razu zauważył, że patrzę w tamtą stronę i cichym, spokojnym tonem odezwał się:

- Pewnie się dziwisz, po co ktoś miałby trzymać na widoku wycinek z gazety informujący o tym, że spłonął jego dom.

Nie odpowiedziałem, ale tak właśnie myślałem.

Odłożył herbatę na nocny stolik, podniósł się z miejsca i zaczął opowiadać z pasją o tym jak pracował nad bardzo ważnym eksperymentem. Nie pamiętam już dokładnych szczegółów – ani tego, czego dotyczył ten eksperyment, ani tego jak przebiegł (zresztą i tak zapewne połowy z tego nie rozumiałem). Pamiętam z tej opowieści tylko to, że doktor zostawił w piekarniku lasagnię i tak był zajęty swoim doświadczeniem, że zapomniał o niej, przynajmniej do momentu, w którym nagle nie poczuł przypływu ciepła i zapachu dymu. Wszystkie próby samodzielnego zgaszenia pożaru spełzły na niczym, więc w końcu doktor zadzwonił po straż pożarną i zajął się wyciąganiem na zewnątrz wszystkiego, co się dało. Ostatecznie jednak po ugaszeniu pożaru dom nie nadawał się do zamieszkania.

- Może to i dobrze? – powiedział doktor, uśmiechając się smutno. – Nie potrzebowałem tak dużego domu. A ze sprzedaży ziemi dostałem dość pieniędzy, aby zostało mi jeszcze na potrzebny sprzęt. No i…  – Nagle jego uśmiech przybrał bardziej radosny wyraz i doktor wyciągnął spod łóżka gaśnicę. – No i nauczyłem się, że zawsze trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność.

Wskazał oczami na górę. Skierowałem wzrok na sufit i zobaczyłem czujnik dymu.

Chciałem opowiedzieć doktorowi o tym, jak w wieku ośmiu lat podpaliłem dywan w salonie, ale nasza rozmowa zeszła na muzykę i doktor wyciągnął pudło ze swoją kolekcją płyt. Przeważały tam kawałki jazzowe, ale doszukałem się tam też klasyków rocka i rock’n’rolla. Byłem pod wrażeniem tego, jak wiele unikalnych albumów znajdowało się w tej kolekcji, mimo że wiele z nich nie należało do moich ulubionych kawałków.

Powiedziałem mu, że gram na gitarze, że mam zespół garażowy, że chciałbym kiedyś wystąpić przed większą widownią, ale czasem mam wrażenie, że nigdy do tego nie dojdzie.

- Dlaczego, chłopcze? – spytał i spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

- No, cóż… Rodzina McFly’ów nie jest zbyt ambitna. Mój ojciec jest pomiatany przez swojego szefa, mój brat pracuje w fastfoodzie, a siostra ciągle siedzi w domu. I żadne z nich nie chce tego zmienić. Czasami wydaje mi się, że ciąży na nas jakaś klątwa i nigdy żadnemu z nas nie uda się nic osiągnąć.

- Ale ty chcesz coś osiągnąć – powiedział doktor i po raz kolejny się do mnie uśmiechnął. Następnie przechylił się bardziej w moją stronę i oświadczył nieco teatralnym szeptem: – Dla chcącego nie ma nic trudnego, Marty.

To był pierwszy raz, kiedy usłyszałem to zdanie z jego ust, a miałem je usłyszeć jeszcze wiele razy w ciągu naszej wspólnej znajomości (przynajmniej odnośnie mojej kariery muzycznej).

Oparł się o ścianę z tym samym wyrazem twarzy i oznajmił:

- Jesteś jeszcze młody. Wystarczy, że się doskonalisz i że się nie poddajesz. Jest duże prawdopodobieństwo, że ci się uda. Wyliczyłbym ci to, ale kalkulator gdzieś mi się zapodział.

Prychnąłem śmiechem.

Nie był szalony. Może i mówił banalne rzeczy, ale nie był szalony jak wszystkim się wydawało. Każdy rozsądny człowiek mógłby powiedzieć mi to, co on. W zasadzie moja dziewczyna często mi powtarzała, że nasz zespół ma szansę do czegoś dojść, a daleko jej było do szaleństwa.

Rozmawialiśmy dalej o różnych rzeczach. Zdarzało się, że doktor Brown podnosił się z miejsca i w bardzo energiczny sposób opowiadał mi o czymś, kiedy indziej mówił cicho, w skupieniu. Kochał naukę we wszystkich jej przejawach. Potrafił na okrągło o niej mówić tak jak dziecko mówi o ulubionej kreskówce. I choć nie wszystko do mnie docierało (w zasadzie więcej niż połowa mi umykała), to słuchałem jego wywodów z dużym zainteresowaniem. Dla kogoś takiego jak ja – wychowanego w domu, gdzie wszystko było nijakie i apatyczne – był to powiew świeżości. A przy tym Emmett Brown wydawał się być rozsądny i optymistyczny. Sto razy wolałem w tamtej chwili siedzieć w jego zagraconym domu, niż wracać do siebie.

Od czasu do czasu do mnie albo doktora zbliżał się Einstein, a my, nie przerywając rozmowy, zajmowaliśmy się nim. Raz nawet Einie podszedł do mnie, oparł przednie łapy na moich kolanach i zaczął mnie lizać. Zachichotałem i pogłaskałem go po głowie, ale ni stąd ni zowąd mój wzrok padł na jeden z wiszących na ścianie zegarów i zdałem sobie sprawę z tego, że jest już późne popołudnie.

- Bardzo przepraszam, ale muszę już iść – oznajmiłem i wstałem na równe nogi. – Zaraz będzie obiad i rodzice mnie zabiją, jeśli się nie pojawię.

- Rozumiem. – Oparł ręce na kolanach, po czym postawił je na materacu i podniósł się z łóżka. – Czy mogę cię jeszcze o coś zapytać, zanim wyjdziesz?

Poczułem się trochę nieswojo, ale przytaknąłem.

- Co ci o mnie opowiadali?

Odchrząknąłem i spuściłem wzrok. Naprawdę chciał wiedzieć? W zasadzie po tym jak go bliżej poznałem, nie chciałem mu robić przykrości. Ale zapytał mnie. Miałem skłamać?

- Mniejsza o to – odparłem po chwili uśmiechając się nerwowo. – Ludzie czasem nie mają o niczym pojęcia, a myślą, że wszystko o wszystkich wiedzą.

- Mówili, że jestem szalony? – spytał domyślnie.

Przez chwilę milczałem, ale potem odparłem:

- Niektórzy. Strickland twierdzi, że jest pan niebezpieczny. Ale on jest idiotą i paranoikiem, więc niech się pan nie przejmuje – dodałem szybko. Uśmiechnąłem się do niego i powiedziałem: – Ja myślę, że jest pan zarąbisty.

- To dobrze? – zapytał, ale zaraz się rozpromienił, więc pewnie domyślił się, że tak.

W pewnym momencie doktor Brown spoważniał i popatrzył na mnie w dziwny sposób, jakby mnie badał. Wyszedł na środek swojego mieszkania i odwrócił się do mnie tyłem z wyrazem głębokiego zamyślenia na twarzy i ręką przytkniętą do brody. Najwyraźniej myślał nad czymś intensywnie. Nagle spojrzał na mnie.

- Marty, tak sobie myślę, że może… – zwrócił się do mnie niepewnie, ale zaraz machnął ręką i odparł: – Nie, to głupie. Zapomnij o tym. Chociaż… – ponownie się zamyślił.

Czułem, że czas mnie nagli, że powinienem już iść. Ale chciałem się dowiedzieć, co chodziło mu po głowie. Albo wmawiałem sobie, że chcę się tego dowiedzieć, a tak naprawdę chciałem opóźnić swój powrót do domu.

- Niech pan to wreszcie powie, doktorze.

Jego brwi podniosły się, a potem zapytał:

- Marty, czy ty gdzieś pracujesz?

- Nie, ale tak po prawdzie nigdy jeszcze o tym nie myślałem.

- A byłbyś zainteresowany posadą na pół etatu jako mój asystent? Prowadziłbyś filmową dokumentację, pomagał przy eksperymentach, czasem zajął Einsteinem. Za, powiedzmy… pięćdziesiąt dolarów tygodniowo? O ile, oczywiście, twoi rodzice nie będą mieli nic przeciwko – dodał pospiesznie. – Co ty na to, chłopcze?

Widziałem po jego minie, że oczekuje z niepokojem na moją odpowiedź. Teraz z kolei to ja się zastanawiałem, ale namysł nad jego propozycją nie zabrał mi zbyt wiele czasu. Nawet, gdyby doktor oferował mi dolara tygodniowo, praca z nim zapowiadała się na bardziej ekscytującą, niż w fastfoodzie, w którym pracował mój starszy brat; czy nawet etat mojego ojca. Poza tym po bliższym poznaniu doktora Browna zdążyłem go polubić.

Odpowiedź była jasna jak słońce. Dlatego wyciągnąłem rękę w jego stronę. Uścisnęliśmy sobie dłonie, pieczętując umowę, i uśmiechnęliśmy się do siebie nawzajem.

Tak oto narodziła się ta dziwna przyjaźń. Przyjaźń między dwoma facetami, których dzieliła różnica wieku, wykształcenie i upodobania, a mimo to dogadywali się wyśmienicie. Przyjaźń, która spowodowała wiele zakłóceń w czasoprzestrzeni, a jednocześnie pozwoliła je naprawić i to z jeszcze lepszym skutkiem. Przyjaźń, która zawiodła nas w przeszłość, przyszłość i z powrotem. Dla nas obu była to jedna z najwspanialszych rzeczy, które nas spotkały. Od tamtego ranka moje życie nie było już takie samo i wiedziałem, że doktor sądzi podobnie.

Ostatecznie nie mogliśmy się lepiej dobrać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz