poniedziałek, 26 listopada 2012

Artykuł: W obronie Kapitana Ameryki, czyli dlaczego nie lubimy postaci praworządnych

[UWAGA! SPOILERY!]

Jakiś czas temu przeczytałam polskie tłumaczenie pewnego fanfika do Avengers, który mnie trochę zdenerwował. Fabuła tego fanfika wyglądała tak: Kapitan Ameryka i Bruce Banner siedzą sobie w jednym pokoju, wyczerpani po walce z Chituari i w pewnym momencie doktor Banner wygarnia Steve’owi, że źle ocenił Tony’ego Starka, bo Iron Man zaakceptował Bannera całego, razem z Hulkiem, którego inni ludzie (łącznie z Kapitanem) się bali. Następnie Bruce wykrzykuje Steve’owi w twarz, że on nie wie, jak to jest wzbudzać strach w innych ludziach, i nawiązuje do wcześniejszej wypowiedzi Kapitana o Starku („Znałem prostych szeregowców, wartych więcej niż ty.”) i stwierdza: „Stark jest wart dziesięciu takich, jak ty.” Kapitan Ameryka zaś reaguje na jego tyradę najpierw jakby myślał sobie: „O, pięknie. Banner robi z siebie divę.”, a potem, po stwierdzeniu doktora, wytrzeszcza oczy zszokowany, że ktoś mógłby coś takiego o nim powiedzieć.

Po przeczytaniu tego tłumaczenia byłam bardzo wzburzona. Captain America: The First Avanger jest jednym z moich ulubionych filmów, a sam Steve Rogers w wykonaniu Chrisa Evansa jest jednym z moich ulubionych bohaterów Marvela. A w tym fiku nie tylko był OOC, ale również został potraktowany bardzo niesprawiedliwie, szczególnie, jeśli chodzi o zdanie: „Stark jest wart dziesięciu takich, jak ty.”

Oczywiście, nie twierdzę, że Tony Stark jest nic niewart (prawdę mówiąc, też uważam, że to jak rozmawiał z Bannerem, było wspaniałe, zwłaszcza, że doktor jest drugą z moich ulubionych postaci Marvelowskich), jednak mimo wszystko odniosłam wrażenie, że autor tego fanfika nie oglądał Kapitana Ameryki, bo wtedy pomyślałby dwa razy, zanim napisałby to zdanie. Cała pierwsza połowa filmu polega na tym, że mamy tego chuderlawego mężczyznę, który chce iść do wojska i walczyć na frontach drugiej wojny światowej, ale ze względu na astmę nie może; i na tym, że przekonuje się nas, że jest to człowiek posiadający odpowiednie moralne predyspozycje do otrzymania Serum Superżółnierza – że jest skłonny do poświęceń i że nie chce walczyć, aby zabijać nazistów, tylko aby bronić słabszych. Jest również skromny. Jest to szczególnie ważne, bo serum Erskine’a ma tendencję nie tylko do zwiększania szybkości, zręczności, siły i samoregeneracji, ale również pewnych cech charakteru (tak więc człowiek zły staje się jeszcze gorszy, a człowiek dobry – jeszcze lepszy). Poza tym w samych Avengersach Kapitan Ameryka nie traktował Bannera z wrogością czy lękiem, wręcz przeciwnie – był dla niego miły, zarówno na początku znajomości, jak i w trakcie pamiętnej sceny, kiedy Stark razi doktora prądem, aby wywołać Hulka. A stwierdzenie fanfikowego Bannera, że Kapitan Ameryka ma dobrze, bo wszyscy mają go za bohatera jest z jego strony wypowiedzią nieczułą, biorąc pod uwagę to, że Steve został zahibernowany na siedemdziesiąt lat i nie tylko obudził się w świecie, którego nie poznawał, ale jeszcze większość jego przyjaciół i znajomych już dawno nie żyła. No tak, super jest być Kapitanem Ameryką.

Tak więc łatwo zrozumieć, dlaczego ten fanfik mnie zdenerwował. Jednakże po jakimś czasie zauważyłam (szczególnie przy mojej tendencji do tworzenia bohaterów szlachetnych do bólu), że postacie praworządne dobre (użyjmy tego określenia z D&D, bo najlepiej oddaje typ charakterologiczny, o który mi chodzi) nie są specjalnie lubiane przez ludzi. Sama na liście postaci, których nie lubię, mam Supermana i Leonarda z Wojowniczych Żółwi Ninja. Zaczęłam się więc zastanawiać, skąd to się bierze i po dłuższym namyśle doszłam do pięciu wniosków, które zamierzam tu przedstawić. Pozwolę sobie również odnieść każdy punkt do Kapitana Ameryki i Avengers w ogóle.


Po pierwsze – postaci praworządne dobre irytują nas, bo czasem przypominają bardzo Mary Sue. Wydają się być bez skazy – nigdy nie kłamią, nigdy się nie boją, zawsze się kontrolują, nie mają fatalnych wad, nie można ich przekupić… Jednym słowem – są w swojej cnocie odrealnieni, przypominają bardziej ideał, do którego trzeba dążyć, niż rzeczywistego człowieka.

Popatrzmy chociażby na Iron Mana. Co jest w nim takiego, że ludzie go lubią? Po pierwsze – jest zabawny, po drugie – jest narcystyczny, zadufany w sobie, potrafi się spić na umór, w dodatku jest kobieciarzem (przynajmniej do czasu), innymi słowy – poprzez swoje wady jest bardzo ludzki. Tony Stark jest zupełnie innym bohaterem, niż Steve Rogers (który od małego wyznaje jakieś wartości i stara się według nich żyć). On reprezentuje typ pokutnika – jest kimś, kto w przeszłości zrobił wiele złego, aż w końcu, w wyniku pewnych dramatycznych doświadczeń, przejrzał na oczy i postanowił odkupić swoje grzechy, broniąc biednych i pokrzywdzonych. Przecież jedną z pierwszych rzeczy, które zrobił po powrocie z Afganistanu, było zwołanie konferencji prasowej i ogłoszenie, że Stark Industries od teraz przestanie budować broń. Stał się Iron Manem właśnie dlatego, że chciał naprawić swoje błędy, a przy tym wciąż pozostaje człowiekiem pełnym wad i sarkastycznym indywidualistą.

Teraz przypatrzmy się Bruce’owi Bannerowi. On i Hulk są jeszcze innymi typami bohatera. Doktor Banner zmaga się ze swoją drugą naturą. Jest dobrym człowiekiem (przecież był lekarzem w Kalkucie, chciał pomagać ludziom), ale boi się sam siebie, boi się tego, czym mógłby się stać, jeśli utraci nad sobą kontrolę. A z Hulkiem jest jeszcze inaczej – Hulk jest wściekły, samotny, zagubiony i niezrozumiany, bo wszyscy wokoło mają go za potwora.

Czarna Wdowa, która przystała do TARCZY ze względu na dług wdzięczności wobec Hawkeye’a; Thor, który został wygnany na Ziemię, aby nauczyć się pokory – to kolejne typy bohaterów, którzy przemawiają do ludzkiej wyobraźni, a przy okazji wydają się po prostu bardziej ludzkie od typu reprezentowanego przez Kapitana Amerykę. Na ich tle Kapitan wypada właściwie jak ktoś bez skazy i bez wyrazu. W oczach wielu fanów jest jak chrześcijański święty – czysty, pełen samokontroli, skłonny do heroicznych poświęceń i postawiony nam przez kogoś innego za wzór do naśladowania. Jak można porównywać wzór do naśladowania z grzesznikiem próbującym odkupić swoje winy, czy z człowiekiem, który boi się swojej ciemnej strony? Każdy z nas jest grzesznikiem. Każdy z nas ma ciemną stronę. Natomiast mało kto jest bohaterem wiernie stojącym przy swoich przekonaniach i gotowym do najwyższych poświęceń w imię wyższego dobra.

Z drugiej strony to, że Kapitan Ameryka jest wzorem do naśladowania, wcale nie przekreśla jego człowieczeństwa. Pierwsza rzecz, którą robi po wykonaniu misji, podczas której nie udaje mu się uratować przyjaciela przed upadkiem w przepaść, jest przecież pójście do baru z zamiarem upicia się w sztok. A po przebudzeniu się w nowej rzeczywistości spędza całe dnie rozładowując agresję na worku treningowym. Jak wspominałam wyżej – wszyscy jego bliscy nie żyją, Steve jest więc sam w nie swoich czasach. Jego sytuacja jest równie dramatyczna, jak sytuacja Bannera, czy Iron Mana. Poza tym potrafi żartować i nie do wszystkiego podchodzi śmiertelnie poważnie, nie jest więc pozbawionym poczucia humoru stoikiem.

Po drugie – postaci praworządne dobre mają tendencję do oceniania innych. To w zasadzie jest naturalna reakcja: jeśli uważamy, że coś jest złe, potępiamy tych, którzy to robią. Z tym, że postać praworządna dobra kieruje się określonym, nieraz bardzo restrykcyjnym moralnie systemem etycznym, toteż grozi jej często postrzeganie moralności innych w czarno-białych barwach i nie zauważanie odcieni szarości. I to jest jeszcze bardziej irytujące w postaciach praworządnych dobrych, niż wyżej wspomniane odrealnienie. Kiedy taki Kapitan Ameryka wygłasza sąd o zwykłym śmiertelniku, to tak jakby osądzał nas. Jest w takim podejściu również jakaś pycha, jakieś przeświadczenie o własnej moralnej wyższości.

W scenie kłótni, w której padają te słowa Steve’a Rogersa do Tony’ego Starka: „Znałem prostych szeregowców, wartych więcej niż ty.”, niektórzy mogą odnieść wrażenie, że ocenia on Iron Mana, jakby chciał mu powiedzieć: „Jestem od ciebie lepszy, bo mam system wartości, a ty jesteś tylko bawidamkiem i aroganckim bubkiem.” Na pewno właśnie w taki sposób odebrał to autor wspomnianego przeze mnie fanfika, mimo że Kapitan nie mówi w tym zdaniu nic o sobie, tylko o ludziach, których znał z frontu; ludziach, którzy walczyli nie dla własnej chwały (jak czyni to w jego mniemaniu Iron Man), tylko za jakąś wyższą sprawę.

Pamiętajmy jednak jak Tony Stark zachowywał się do tej pory – obnosił się ze swoim geniuszem, okazywał pewien brak szacunku dla innych, no i omal nie naraził reszty rezydentów Helicarriera na niebezpieczeństwo, kopiąc Bannera prądem z wyraźną intencją wywołania u niego ataku. Zresztą, i tak Kapitan Ameryka później zmienia o Iron Manie zdanie i to nie w momencie finałowej bitwy, ale nawet wcześniej, widząc reakcję Starka na śmierć Coulsona.

Po trzecie – to ocenianie innych i przeświadczenie o własnej prawości, w połączeniu z poczuciem misji może przerodzić się w fanatyzm. Postać praworządna dobra może z idealisty przemienić się w ekstremistę. Będzie próbować wyplenić grzech z każdego członka swojej społeczności, posuwając się nieraz do drastycznych środków (od zatajenia prawdy poprzez ograniczenie ludzkiej wolności, aż po morderstwo), przy okazji stając się hipokrytą, a nawet tym, co najbardziej zwalcza.

Wszyscy znamy ten typ – począwszy od dewotek, a na komunistach z czasów stalinowskich skończywszy. Możemy z góry przytoczyć z dziesięć fikcyjnych postaci, które uważają za swój obowiązek przymuszać mieczem swoich bliźnich do cnoty. Ekstremizm  sprawia, że takie postaci zapominają o człowieczeństwie swoich bliźnich, o tym, że ci bliźni mogą popełniać błędy i o tym, że pewne sytuacje graniczne mogą zmusić ich do popełniania przestępstw. Tak więc mimo że powinni kochać swoich bliźnich, fanatycy potępiają ich; mimo że powinni zwyciężać zło dobrem, czynią jeszcze większe zło. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że taka postać byłaby niewątpliwie postrzegana przez odbiorców za o wiele bardziej interesującą, niż przeciętna postać praworządna dobra, która nie przekroczyła tej moralnej granicy między praktykowaniem pewnego systemu wartości a ekstremizmem. Tak naprawdę przestałby wtedy być postacią praworządną dobrą i stałaby się postacią praworządną złą.

Powróćmy znów do Avengers. Kapitan w żadnym razie nie jest fanatykiem i hipokrytą. W zasadzie jest kimś, kto pogodził się z tym, że wartości zmieniły się na przestrzeni tych siedemdziesięciu lat jego drzemki i tylko boleje nad tym, że jest uważany za „staromodnego”. Jeśli już mielibyśmy szukać ekstremistów w tym filmie, to Nick Fury i Loki posiadają pewne cechy fanatyków. Nawet Rada Bezpieczeństwa, której podlega Fury, jest bardziej ekstremistyczna, niż Kapitan Ameryka, bo jest gotowa zrzucić na Manhattan bombę atomową, mimo że są tam jeszcze cywile.

Po czwarte – postać praworządna dobra może trzymać się swojego systemu etycznego tak mocno, że w pewnych sytuacjach będzie dokonywać wyborów głupich i bezsensownych. Oczywiście, można cynicznie stwierdzić, że życie cnotliwe w ogóle jest bezsensowne; że umów należy dotrzymywać tylko do momentu, w którym są one nam na rękę; że powinniśmy folgować swoich żądzom z kim popadnie; że w razie potrzeby (przekraczającej samoobronę) możemy nawet kogoś zabić. Z tym, że nawet jeśli przeciętny odbiorca nie jest wyznawcą amoralizmu i uznaje zasadność uniwersalnego systemu etycznego (chociażby Dziesięciu Przykazań), to i tak pewne zachowania postaci praworządnej dobrej – rzeczy, które czyni, słowa, które wypowiada – mogą wydać mu się bezsensowne i głupie. Ponieważ postać praworządna dobra tak mocno trzyma się wyznawanego przez siebie kodeksu etycznego, w pewnych ekstremalnych sytuacjach widzi tylko dwie możliwości: całkowite poświęcenie lub utratę honoru. Nawet jeśli sytuacja zakłada zrobienie czegoś złego w imię honoru (na przykład wykonanie niegodziwego rozkazu osoby, której ślubowało się wcześniej posłuszeństwo), bohater musi to zrobić, aby jego honor nie ucierpiał. Tak więc wszystko albo nic. I rzadko kiedy bohater znajduje trzecią opcję, która pozwoli mu wyjść z tej sytuacji obronną ręką i bez utraty honoru. Z tego powodu też postać praworządna dobra często bywa wyśmiewana przez kompanów, przez przeciwników i przez widownię, a nawet dochodzi do tego, że jej niezłomne zasady są wykorzystywane przez antagonistę do przeprowadzenia jakichś niecnych planów.

Konflikt między Kapitanem Ameryką a Iron Manem jest tak naprawdę konfliktem dwóch postaw – wynikającego z konserwatywnego wychowania altruizmu i utylitarystycznego, nieco cynicznego w stosunku do starych wartości, indywidualizmu. Idealnie obrazuje to scena, w której Steve Rogers stwierdza, że Tony Stark nie położyłby się na drucie kolczastym, aby inni mogli przejść, a Stark odpowiada: „A nie lepiej przeciąć drut?”

Można by to uznać za brak niekonwencjonalnego myślenia ze strony Steve’a, jednak to wcale nie tak. W samym filmie poświęconym Kapitanowi widzimy, że w jednym z zadań na poligonie ćwiczebnym wykazał się jak najbardziej niekonwencjonalnym myśleniem. On i pozostali rekruci mieli ściągnąć z masztu flagę. Kiedy pozostali żołnierze bez skutku próbowali wspiąć się na maszt, Steve usunął śrubę podtrzymującą maszt w pionie, a potem ściągnął flagę, kiedy tylko maszt znalazł się na ziemi.

W tej konkretnej wymianie zdań między Rogersem a Starkiem, Steve używa metafory. Chce przez to powiedzieć, że zadufany w sobie, cyniczny Tony Stark nie jest zdolny do poświęceń; że tylko odgrywa bohatera, ale nie ma moralnych predyspozycji, aby naprawdę się nim stać. Oczywiście niebawem Kapitan Ameryka zostaje wyprowadzony z błędu, ale widzimy w tym, że gotowość do poświęcenia się za innych jest właśnie jednym z tych ostatecznych wyznaczników, według których Kapitan decyduje, czy ktoś może być bohaterem, czy nie.

I w końcu po piąte – przywiązanie do zasad postaci praworządnej dobrej może zostać posunięte aż do braku autonomii. Postać praworządna dobra może być zinterpretowana jako służbista, ktoś, kto tylko wykonuje rozkazy i bezmyślnie podąża za jakimś systemem etycznym. Taki człowiek postrzega swoje zasady moralne bezrefleksyjne, rozumie je pobieżnie, przestrzega ich, bo tak postanowił jakiś (znany bądź nie) prawodawca. Nie potrafi również uzasadnić swojego postępowania argumentami wykraczające poza „bo tak napisano”. W rezultacie, kiedy pojawia się jakiś poważny dylemat moralny lub kiedy bohater zderza się z moralnym odcieniem szarości, albo – bez względu na konsekwencje – decyduje się na coś, co jest zgodne z jego systemem etyczno-prawnym (ale w tym konkretnym przypadku jest niesprawiedliwe), albo nie wie, co zrobić. Nie potrafi znaleźć trzeciej opcji, kompromisu, który byłby w stanie zadośćuczynić sprawiedliwości a jednocześnie załagodzić sytuację. Nie ma również wolnej woli i nie potrafi się zbuntować przeciwko czemuś, co jest jawnie złe, ale wynika z rozporządzenia władcy albo rozkazu dowódcy. Ten punkt łączy się nieraz z tym, co mówiliśmy w punktach trzecim i czwartym.

Czy więc Steve Rogers – Kapitan Ameryka – jest kimś, kto bezmyślnie przestrzega reguł i wypełnia rozkazy bez żadnej refleksji nad nimi? W Captain America: The First Avenger już w pierwszej scenie przed przemianą w Superżołnierza widzimy jak Steve próbuje dostać się do armii, mimo swojego cherlawego wyglądu i astmy. Potem dowiadujemy się, że to nie pierwszy raz, i że w każdym punkcie poborowym przedstawiał fałszywe dokumenty, byle tylko trafić do wojska. Łamie panujące zasady, bo uważa, że jego obowiązkiem jest narażać życie w wojnie, tak jak to robią inni mężczyźni z jego otoczenia. Później, ignorując rozkazy pułkownika Philipsa, rusza uratować przetrzymywanych przez Red Skulla żołnierzy, w tym swojego przyjaciela Bucky’ego. Jeśli zaś chcecie przykładu z Avengers, to kiedy Stark i Banner zwracają mu uwagę, że Nick Fury może coś ukrywać, Kapitan zaczyna węszyć po całym Helicarrierze i odkrywa, że TARCZA wykorzystuje Tesseract do budowy broni masowego rażenia. Jednym słowem – Kapitan Ameryka potrafi myśleć i ma wolna wolę.

Oto więc jest pięć powodów, dla których nie lubimy postaci praworządnych: nierealność, ocenianie innych, możliwość popadnięcia w ekstremum, bezmyślne podążanie za zasadami i brak wolnej woli. Tak po prawdzie, to nawet jeśli postać praworządna dobra zostanie napisana z pominięciem tych pięciu pułapek, istnieje spore prawdopodobieństwo, że nie będziemy jej lubić. Być może są pewne dodatkowe cechy charakteru specyficzne dla danego bohatera, które to cechy w połączeniu z jego praworządnością sprawiają, że jest irytujący (jak fakt, że Leonardo jest również ukochanym uczniem Splintera). A być może nie potrafimy tak dokładnie uzasadnić naszej niechęci do danej postaci, tak jak nie potrafimy określić, dlaczego jakiś nasz znajomy wzbudza w nas niechęć, mimo że nic nam nie zrobił.

Tak czy inaczej, mam nadzieję, że nawet jeśli nie zmieniłam waszego zdania o Kapitanie, to przynajmniej zwróciłam wam uwagę na pewne mechanizmy naszego myślenia. Dziękuję za uwagę.

2 komentarze:

  1. Helo, Meg :) To będzie mój pierwszy komentarz.
    Podobało mi się te pięć punktów. Z punktami jest taki problem, że łatwo wpaść w to, że będą na siebie zachodzić. Ale tobie wyszło to całkiem nieźle :) Choć ja bym dorzuciła jeszcze (niezupełnie niezależne od siebie) zazdrość widza ("Ta, mnie też nie przyjęli do wojska i jakoś mnie nikt nie wybrał!") i to, że wszystko się ów bohaterowi udaje (w sumie oba możnaby zaliczyć do 1., ale nie wspomniałaś o tym spojrzeniu na MS, więc przypominam).
    Miłe było wgłębienie się w psychologię ludzką i miłe było poznanie bliżej Kapitana Ameryki (ja akurat znam go z paru odcinków pewnego serialu animowanego). Jakoś tak nawet przyjemniej czytało mi się niż na forum - czyżby wprawa?

    OdpowiedzUsuń
  2. Sama należę do osób nienawidzących postaci praworządnie dobrych, właśnie z powodów wymienionych przez Ciebie. Kapitan Ameryka nie wzbudza we mnie takich emocji, ale oglądałam tylko "Avengers", więc nie czuję się osobą kompetentną, żeby o nim mówić.
    Artykuł, jak zwykle, ciekawy.

    OdpowiedzUsuń